Czekałem na ten film.
Czekałem na niego, jeszcze zanim zapowiedzieli, że powstanie.

Kocham pierwszą część. Uwielbiam książkowy pierwowzór. Chciałem, żebyście wiedzieli o tym na samym początku. Żeby nie było niedomówień, jeśli w którymś momencie moja obiektywność zniknie jak łzy w deszczu.
Próbowałem nie mieć względem niego oczekiwań.
Pohamowałem swój entuzjazm, kiedy zachwycony Arrival dowiedziałem się, że za reżyserię nowego Blade Runnera będzie odpowiadał ten sam gość.
Kiedy pojawiły się pierwsze pełne zachwytu recenzje, nie przeczytałem ich. Wiedziałem, że są. Poczułem przez nie motylki w brzuszku. Ale nie przeczytałem.
W sobotę poszedłem do kina i w sumie nie planowałem dzielić się swoimi odczuciami. Ale wydarzyły się dwie rzeczy.
1. Moi znajomi podzielili się na dwa obozy. Zachwyconych i zdecydowanie mniej zachwyconych.
2. Zostałem wywołany do odpowiedzi i to wywołanie sprawiło mi ogromną przyjemność.

Dzięki Zuza, o niczym innym nie chce mi się dzisiaj gadać tak bardzo, jak o Blade Runnerze, a już nie bardzo mam z kim.

Dlaczego Blade Runner 2049 jest taki pusty

Gdybyście zapytali mnie, która grupa – ci zachwyceni czy ci mniej zachwyceni – ma rację, odpowiedziałbym, że obie.
Tak. Ten film jest wspaniale powolny, przez co zupełnie niehollywoodzki. Monumentalny i przepiękny. Doskonale oddaje klimat pierwszej części. Zgadzam się ze wszystkim.
I tak. Jednocześnie ten film jest trochę pusty. Może nawet wydawać drobinę miałki w sferze filozoficznej. Zgadzam się z tym zarzutem.
Tylko że to kompletnie nie jest problemem tego filmu, bo tu też doskonale oddaje klimat pierwszej części. I książki.
Chociaż może nie. Jest głębszy niż poprzednie historie w tym świecie.
Problem leży w chybionych oczekiwaniach krytyków.

Mam wrażenie, że ludzie, którzy wysuwają ten zarzut, są zupełnie nowi w świecie Blade Runnera, albo nie bardzo pamiętają, jak było wcześniej.

Łowca androidów był wspaniałym filmem, jednym z najważniejszych w moim życiu, ale w żaden sposób nie można go nazywać filozoficznym traktatem. Nawet nie próbował nim być. A jeśli uważasz inaczej, to tylko dlatego, że zwiodło cię kilka podniosłych słów, jak te o łzach na deszczu.
Czy androidy śnią o elektrycznych owcach też nim nie były. Philip K. Dick pisał głównie pulpę. Był takim Stephenem Kingiem literatury science fiction. Mimo że często jego książki, poprzez wykreowany w nich świat, stawiały trudne pytania, rzadko próbowały dać na nie konkretną odpowiedź. A ta konkretna książka, jeżeli nie pamiętacie z chęcią wam przypomnę, jest opowieścią o gościu, który miał zrzędliwą żonę, na dachu wieżowca hodował elektryczną owcę, i bardzo chciał ją wymienić na jakieś prawdziwe zwierze. Próbował uzbierać na nią hajs polując na androidy, ale ostatecznie dał się tylko wykorzystać jednej z nich. Bzyknęła go i porzuciła.
NO FAKTYCZNIE GŁĘBOKIE SPOJRZENIE NA PROBLEMY TRANSHUMANIZMU.

Blade Runner 2049 jest od nich (moim zdaniem – zabezpieczenie przeciw hurr durr) głębszy, a ta głębia jest tkwi właśnie w pustce. Mam wrażenie, że ten gość z trudnym nazwiskiem Villeneuve zdecydował się na podobny zabieg co Refn w Neon Demon. 
Tamten obraz krytycy określali piękną wydmuszką, wizualnym arcydziełem pustym w środku, a ja głęboko wierzę, że to celowy zabieg mający pokazać pustkę i samotność pięknego świata modelek.
Blade Runnera widzowie nazywają wizualnie pięknym, ale trochę pustym filmem, a ja wierzę, że ten film jest taki właśnie dlatego, że mówi o świecie przyszłości, który jest pełen smutku i samotności.
To nie jest film o transhumanizmie, androidy są tylko pretekstem.

Kocham ten film. Jest wszystkim, czego oczekiwałem. Może poza muzyką. Zimmer w porównaniu z Vangelisem jest najzwyczajniej w świecie nudny. Ale w każdym innym calu, od pierwszej do ostatniej sceny, jest taki, jak sobie życzyłem. Oddaje hołd, ale w takim stopniu, który pozwala mu być osobnym bytem, zamiast bezmyślną kalką, jakiej się obawiałem.

Ten film to przedstawiciel gatunku, który umiera. Od lat, jeśli nie dekad, nie było tak wspaniałej opowieści sf. Idźcie obejrzeć, jeśli nie jest wam obojętna przyszłość kina, bo niestety istnieje ryzyko, że okaże się finansową klapą. W w moim kinie grali go na malutkiej (fakt, że wypełnionej po brzegi) sali.
Ta największa była zajęta przez Botoks.

 


  • Siri

    Doskonale rozumiem Twoją tragedię, bo jestem w tej samej sytuacji. Wiedziałam, że dostanę wysmakowany wizualnie film, ale nie spodziewałam się, że mnie zachwyci. Że tak przeżyję tę historię. Że tak zachwyci mnie ten świat, ale też przerazi syntetycznością doznań i wewnętrzną pustką. Że los jakiegoś drewnianego androida tak mi wyszarpie serce. A potem zobaczyłam tę wszystkie kręcące nosem głosy i poczułam się tak bardzo samotna jak palec.

    Cieszy mnie, że w końcu ktoś napisał o tym filozoficznym wydźwięku Blade Runnera. Jasne, stawia pytania. Ale to jest jedna scena. Pod koniec. I jakiś monolog o łzach w deszczu. Przez chwilę. Pod koniec. Tak, to jest piękne. Ale wcześniej są 2 godz. klimatycznego filmu, który poza wizją jakoś specjalnie nic głębokiego nie chce mi przekazać. Który poza Royem Batty’m nie ma specjalnie ciekawych postaci. A Harrison Ford udowadnia, że daleko mu do świetnego aktora. Dziś po tych wszystkich Matriksach, Ghost In The Shellach i Ex Machinach oglądanie Blade Runnera nie wnosi nic. Te filmy odwołują się do niego, ale w nurcie sci-fi wciąż zadają te same pytania. Nie idą dalej. A co mnie urzekło w nowym Blade Runnerze to własnie rozwinięcie tej problematyki. No wiemy już, że androidy czują. I jak ten świat ich oczami wygląda? Czy naprawdę jest im lepiej z tymi uczuciami? Czy pogardzane, spychane na margines, traktowane jako siła robocza zasługują na współczucie czy może jest ono zarezerwowane tylko w stosunku do drugiego człowieka? Czemu więc empatyzujemy z K.? Czemu czujemy jego ból, gdy odbiera mu się ukochaną osobę albo nadzieję na bycie tym-jedynym? On reaguje zupełnie jak człowiek. Ale jak stracony człowiek. Biernie, bez oporu. Przywykł. Straszna rzecz. Ale jakże ludzka. Wracając do pytań. Co z tym naszym humanitaryzmem? Androidy też na niego zasługują? Czy obdarzenie ich tą odrobiną człowieczeństwa i danie prawa do życia – tym razem bez limitu – poprawia ich los? I ile warte jest takie życie patrząc na egzystencję K.?

    Tak, dla mnie nowy Blade Runner jest głębszy. Zadaje nowe pytania, ale Villeneuve też lepiej rysuje dramat androidów. W końcu ich smutek się czuje. W końcu czuje się miłośc Dekharda do Rachel, czego o oryginale z pewnością nie mogę powiedzieć (czy mogę przypomnieć tę żenującą scenę, gdzie Dekhard niemal siłą bierze Rachel i zmusza do pocałunku? I nie wypuszcza z domu? Chyba każda kobieta wie, jakie to przerażające nawet ze strony faceta, który jej się podoba). W końcu widzę dwie sztuczne istoty, których dramat rozumiem (w przeciwieństwie do Roya i Pris). W końcu widzę, jaki ten świat jest przerażający. I nie potrzeba mi już żadnych słów o łzach w deszczu. Wystarczy mi Gosling na obsypanych śniegiem schodach i kocham ten film tak samo jak pierwszy. Nie, wróć. kocham jeszcze mocniej. Bo Villeneuve nie bawi się w odtwarzanie żadnych kultowych scen. Nie musi. Czym innym zapada w pamięć.

    A teraz czysto fanowsko. Jezu, jakie to było piękne! Jaki ten świat jest ciekawy, jak już pokazuje nowe lokacje! Jaki wątek K. z Joi jest piękny i chwytający za serce (ta scena seksu – tu się Zimmer postarał, muzyka pięknie ją podbija – i spaceru przez miasto na końcu, gdy widzi jej reklamę – myslałam, że mi serce pęknie), jaki Gosling jest świetny, jakie cuda robi tu Deakins z kadrami i światłem, jaki piękny jest ten śnieg, mgła, statek, hotel na pustyni WSZYSTKO. Takie filmy chcę oglądac. Takie sequele chcę dostawać. Z tempem, przez które wnikasz w świat niemal jeden do jednego. I tak, takie filmy są już na wymarciu. Takich filmów Hollywood boi się najbardziej za takie pieniądze. Może dlatego miłość do nich będzie tym większa, nie wiem. Wiem tylko, że czegoś tak pięknego i z wizją nie widziałam od czasów Mad Max: Fury Road (a to jest dla mnie już totalny top topów w kinie). I nie zdziwię się jeśli na drugi (trzeci?) taki poczekam kolejne 35 lat.

    I dzięki za cytat mojego tweeta. Prawdopodobnie mój jedyny przebłysk kariery na Twitterze 😀 W ogóle dzięki, że chociaż z Tobą mogę tym filmem pozachwycać. Bo ja już nie wiem, jakich filmów chcą ludzie, jeśli ten im nie odpowiada. Nawet zgadzając się co do wad, to nadal jeden z najlepszych sci-fi w ostatnich latach (a może i dekady, nie wiem, ale skoro tak zachwyciła ludzi banalna Ex Machina, to nie wiem, jak ten mogą zdyskredytować) i jeden z najmocniejszych tytułów roku. Film, którego w mainstreamie nie uświadczyłam od lat. Zupełnie wbrew obecnym standardom. I nie dość, że zostawia coś w głowie, to jeszcze serce może kilka razy szybciej zabić (czego po sci-fi się w ogóle nie spodziewam).

    A jeszcze co do Zimmera, to kurczę, taki zdolny gość, a tak mu się chwilami nie chce. Ten soundtrack jest dobry, ale jest w sumie żaden. Do Vangelisa go nawet nie przyrównuję, bo nie ma o czym gadać. Tylko dwa momenty zapadły mi w głowę – scena zbliżenia K. i Joi (kwałek „Joi”) i końcowa bitwa na wodzie (kawałek „Sea Wall”). Piękne, ale to w sumie tyle. No i wściekałabym się bardziej, ale w tym roku Zimmer zabłysnąłw „Dunkierce”, więc mu to wybaczę. Ale celowo nie wspominam o muzyce, bo raczej nie ma o czym. Nie, jesli zna się jego najlepsze kompozycje. Ale z obrazem to gra ładnie.

  • Lams

    Moim zdaniem dwoma największymi krzywdami, których ten film doświadczył od strony realizacyjnej są ledwie *ok* oprawa muzyczna i hm. Zbytni rozmach poruszanych wątków? Moim zdaniem pośród miałkości warstwy filozoficznej Elektrycznych Owiec i pierwszego Łowcy dużym atutem tych historii była ich kameralność. Jasne, nie udzielały żadnych odpowiedzi, a jedyne pytania które padały wysnuwał sam czytelnik (i Roy swoimi łzami w deszczu) – ale, brońcie bogowie, nie musiały. Osiami fabularnymi były pojedyncze śledztwa prowadzone przez łowcę – ani nie były pierwsze, ani (w Owcach) ostatnie, ot parszywa robota. Deckard nie szukał żadnych odpowiedzi ponad to, czego potrzebował do wykonania zlecenia; powstania andków były ledwie jakimś wydarzeniem odległego tła, a potencjalna niemożliwość odróżnienia andka od człowieka była przede wszystkim nową trudnością w pracy.
    A potem wychodzi Blade Runner 2049 i się okazuje, że Deckard wcale nie był takim przypadkowym gliniarzem tropiącym syntetycznych terrorystów. Ba, równie dobrze wszystkie wydarzenia z jedynki mogły być ukartowane przez szefa megakorpo. Główny bohater też mimo swojej przypadkowości (bo przecież to ślepy traf chciał, że to ON dostał zlecenie otwierające film) wcale nie jest takim szaraczkiem tylko kimś bardzo powiązanym, a osobą centralną dla całej fabuły jest androidzie dziecko stanowiące bez mała Wybrańca na miarę Anakina Skywalkera, mogące samym swoim istnieniem odmienić losy świata. A głównym antagonistą nie jest wspomniany już syntetyczny terrorysta, jeden z wielu mu podobnych – a szef jeszcze większej megakorpo/zbawca świata/slaver. Ot, potencjalnie najpotężniejsza osoba na Ziemi. I cała kameralność historii poszła się ten tego.

    Szczerze mówiąc podobał mi się ten brak bezpośrednich pytań i kategoryczny brak jakichkolwiek odpowiedzi z „jedynki”. Po co stawiać konkretne pytania, skoro można zostawić to odbiorcy? Zakończenie filmu sugestią, że Deckard może być andkiem było fenomenalne (i „siedziało” o wiele lepiej niż lata później ten sam zabieg w Incepcji). W „dwójce” za to mamy finezję moździerza. BUM, androidy doświadczają cudów. BUM, urodzony – znaczy z duszą. BUM, chcę być tym kimś specjalnym. BUM, to jednak nie ty jesteś tym kimś specjalnym. Gdzie tu miejsce dla samodzielnego trawienia dzieła?

    I mimo tych zarzutów nie potrafię się na ten film gniewać. Oszołamiająco piękny, dojmująco melancholijny, pieszczotliwie powolny. A to ostatnie bum – to nawet siadło. Sam się spodziewałem niedopowiedzenia 😉

  • vesper

    Zimmer robił bardzo niewielką część muzyki, tak uściślając… Pretensje proszę kierować do pana Wallfischa 😉

  • Książkę przeczytałem z wielkim zaciekawieniem, jestem fanem Dick’a, ale do pierwszej części podchodziłem 3 razy i za każdym razem zasypiałem. Mam nadzieję, że nową część „zmęczę” na raz.

  • A mnie tam się muzyka Zimmera podobała i nie był to pierwszy raz – powiem nawet, że kompozytor zawsze daje radę. Z całą resztą pozostaje mi się zgodzić, bo i film był piękny i Stephen King pisze, jak to ująłeś, pulpę. Ale pomimo tego go uwielbiam, jego miałkość leży mi najbardziej w czasie sesji. 😀

    Swoją drogą, jak ci się podobał Gosling w zupełnie innej roli, niż zazwyczaj? Moim zdaniem zdecydowanie na plus, nie przepadałam za słodkim kochasiem, którego zawsze odgrywał.

    • 1. Zimmer robi wszystko na jedno kopyto.
      2. Zawsze odgrywał słodkiego kochasia? No błagam. „Drive”, „Tylko bóg wybacza”, „Blue Valentine” i masa innych ról.

      • Okej, nie zawsze odgrywał, ale z takimi kreacjami jest głównie kojarzony. Przynajmniej w moim odczuciu – gdy pytam o Goslinga, najczęściej słyszę o „Pamiętniku” i „La la land”.

        • Wszystko zależy od tego, jakich ludzi pytasz ¯_(ツ)_/¯ W ciągu ostatnich dziesięciu lat zagrał w kilkunastu filmach. W tym w jednej komedii romantycznej i jednym musicalu.