Na La La Land poszliśmy już w tygodniu premierowym. Dlaczego więc piszę o nim dopiero teraz?
Bo myślałem, że nie ma o czym. Ale teraz, kiedy cały świat* się co do niego myli, czuję się zobowiązany.

Z kim nie rozmawiam, czyjej opinii nie przeczytam, to wszyscy po seansie wyszli zachwyceni co najmniej jak moja mama, kiedy się dowiedziała, że jakimś cudem dopuszczą mnie do matury. I kompletnie nie rozumiem dlaczego.

Bo, wiecie, ja w teorii jestem idealnym targetem dla tego filmu.
Kocham kino i jego magię, a ten film to przecież hołd dla kina i jego magii.
Piosenki w filmach mi nie przeszkadzają. Ba! Są nawet musicale, które lubię bardzo i nie wstydzę się powiedzieć, albo i zaśpiewać (chociaż lepiej nie) tego głośno.
Naprawdę lubię Goslinga (zwłaszcza po filmach Refna) i naprawdę nie przeszkadza mi Emma Stone (zwłaszcza we wszystkim, bo w niczym się nie wyróżnia).
Szanuję jazz.

Czyli wszystko w sam raz. Akurat tak, żebym szedł na ten film pozytywnie nastawiony, ale nie z wygórowanymi oczekiwaniami, którym trudno będzie sprostać. Wybrałem wczesną godzinę, żeby nie być zbyt zmęczonym i marudnym, kupiłem sobie ulubioną przekąskę, wziąłem ulubioną narzeczoną, miejsca też wziąłem takie, jak lubię, czyli na środku. I co?
I nico.
Zie zie ziew.

No dobra. Nie aż tak. Bardziej takie me me meh. Takie OK. W porządku. Może być. Takie no już, dobrze, przepraszam, zaśmieję się i uronię łezkę, tylko błagam, nie wpychajcie mi tej magii do gardła siłą.
Miałem wrażenie oglądania takiej przyjemnej komedii. Jakiegoś „Love actually” albo innego „Notting Hill”. Albo bajki Disneya z niekoniecznie najwyższej półki. Ot, filmu, który można obejrzeć w niedzielne popołudnie. Uroczy, całkiem przyjemny, dobrze się przy nim trawi rosół i kotleta.
Ale nie coś, co powinno dostać 14 nominacji do Oscara. Chociaż akurat nominacje jestem w stanie zrozumieć. Nominuje branża, a ten film to branżowa laurka. Taka kartka okolicznościowa z napisem Tacy byliśmy, jesteśmy i będziemy.

Mam pewną teorię odnośnie tego, jak piosenki (ładne) i magia (ładna) trafiły do tego filmu (ładnego). Ktoś miał pomysł na film. Typowy film z Ryanem i Emmą. Niestety, pomysł nijak nie dawał się rozciągnąć na więcej niż 45 minut. Więc zamiast wypełnić to tym, czym zazwyczaj wypełnia się film (drugim planem – tutaj naprawdę nie ma takiego tradycyjnego drugiego planu. Są główni bohaterowie, Hollywood, a później trzeci plan i dalsze), wypełnili go muzyką i magią.
Niestety, po drodze coś nie pykło i zamiast idealnie skrojonego filmu na miarę dostaliśmy taką dociętą pod miarę masówkę.
Mam przez ten film głupie uczucie czepialstwa, bo w sumie nic w nim nie było złe. Poszczególne elementy były naprawdę w porządku. Po prostu coś nie zagrało. Może było w tym za dużo jazzowej walki, w której każdy próbuje pociągnąć film w swoją stronę. Może było czegoś za mało. Nie wiem. Po prostu, moim zdaniem, coś nie zagrało.

Przynajmniej ja tak czuję, ale wbrew temu, co napisałem w leadzie, dopuszczam do siebie myśl, że to ja nie mam racji, więc jeśli powiecie mi, że powinienem zobaczyć La La Land jeszcze raz, to pewnie obejrzę go jeszcze raz i może nawet zmienię zdanie, bo zabija mnie myśl, że jestem tym jednym pretensjonalnym marudą, który narzeka na naprawdę fajny film.

*cały świat – znajomi autora i ludzie, których obserwuje w social mediach [przyp. red.]


  • Martyna

    Ja też nie rozumiem. Miło się to oglądało, na sekundę uruchomiło jakieś nostalgiczno-marzycielskie uczucia, ale 14 nominacji do Oskarów, Złote Globy – nie mam pojęcia za co.

  • Justyna T.

    Oskar za scenografię się należy, jak znanej vlogerce paczka PR-owa. Ale za aktorstwo i reżyserię to im powinni te Globy odebrać. Sam film wg mnie „ładny” – w dosłownym znaczeniu, ale niestety nic więcej. Żeby nie było, nie narzekam, bo jednak się nie nudziłam, a film zły nie jest.

    • Scenografia tak. Zdecydowanie. Te latarnie <3

  • shvayda

    Płakałam od początku do końca i wyszłam głęboko poruszona. Ale za drugim razem.
    Przy pierwszym podejściu wytrzymałam 25 minut i stwierdziłam, że nie moja para kaloszy.

    • A nie marzyłaś przypadkiem o zostaniu aktorką/baletnicą/piosenkarką/cośtakiego?

  • misshappyplace

    W końcu ktoś kto nie pieje z zachwytu nad tym filmem! <3 U mnie to trochę moja wina, że jestem rozczarowana, bo miałam zbyt duże oczekiwania. Nastawiłam się na coś "wow", a tymczasem wynudziłam się, bo film był po prostu banalny i przewidywalny. Unoszący się Gosling tańczący w chmurach to nie moja bajka.

  • Mam nadzieję, że Oskara w nominacji dla najlepszego aktora dostanie Andrew Garfield, nie Gosling.

    • Jakoś nie mogłem się zmusić, żeby obejrzeć „Przełęcz Ocalonych”, więc kibicuję Affleckowi.

  • Ania Piwowarczyk

    Jak słucham znajomych i reakcji na ten film, to myślę, że głównym problemem jest przerost oczekiwań. Wszyscy chcieli wyjść z kina zachwyceni, więc są niezadowoleni, że wyszli „tylko” zadowoleni.

    Mnie naprawdę zachwyciła właściwie tylko jedna rzecz i była to garderoba Emmy. Chciałabym mieć te wszystkie ciuszki.

  • Alicja

    Pierwsza połowa – waliłam głową w niewidzialny puzon i myślałam o wycieczce do. Na-na-nachoslandii Potem było mi już dobrze i sypnęłam na filmwebie siedmioma serduszkami. Jeszcze później musiałam napisać recenzję i z tego pisania wyszło, że jednak osiem.

  • Goszcz

    A myślałam, że tylko ja tak mam! Wszyscy się zachwycają, a dla mnie było po prostu ok. Było kilka super momentów, ale było też kilka strasznych dłużyzn.

  • To pierwsza nieprzychylna opinia, jaką widzę! 😀 Mojej akurat zabraknie, bo nie oglądałam i jakoś nie mam chęci, mimo że Emmę Stone bardzo lubię, a i musicale nawet mi podchodzą („Pitch Perfect” czy „Rock of Ages” mogę oglądać non stop). Po prostu jakoś… no nie.

    • Kocham Rock of ages. Kocham ujęcie w którym Cruise śpiewa do wypiętej pupy. Jego najlepsza rola. Nie licząc Top Gun.

  • Aleksandra Magdalena Anna Kot

    Dorzucę swoje trzy grosze, a co!
    (Spoiler alert! kto nie widział niech nie czyta!)
    Ja wyszłam z kina zachwycona, może dlatego, że nie miałam żadnych oczekiwań, żadnych recenzji nie czytałam, obiło mi się o uszy, że to musical, podsumowując: nie czytałam, nie oglądałam, nie słuchałam.
    Wzięłam mojego ulubionego chłopaka, zasiadłam w wygodnym fotelu w bardzo fajnym, jednym z mniejszych kin i może jedyne czego oczekiwałam to Gosslinga bez koszulki (co się niestety nie wydarzyło, chlip).
    Ale wracając do zachwytu, wiem dokładnie co go spowodowało, oczywiście poza piękną melodią, kostiumami i scenografią, a mianowicie to, że film okazał się być tak konwencjonalnie niekonwencjonalny. Klasyczna historia miłosna bez hollywoodzkiego happy endu; prawdziwa miłość przezwyciężająca przeciwności, poza marzeniami!; abstrakcja niczym z Disneya, w świecie, w którym na spektakl bohaterki przychodzi parę osób i nie są nawet zadowolone.
    Oczywiście dotknęło to też mojej artystycznej duszy i rozmyślałam nam własnym niewykorzystanym potencjałem.
    I moim zdaniem o to się tu właśnie rozchodzi, o wykorzystywanie okazji lub nie i do jakiego miejsca nas to prowadzi.
    A tak już na marginesie parę interesujących faktów od reżysera: Ryan Gossling nauczył się grać do tego filmu na pianie i wszędzie, gdzie ono rozbrzmiewa nagrał to on; kostiumy Mii, a dokładnie ich kolorystyka jest dobrana do rozwoju emocjonalnego bohaterki; scena taneczna otwierająca film została nagrana w jednym ujęciu, klasycznie, po starohollywoodzku.

    • Wyróżniam ten komentarz jako bardzo fajną kontropinię.
      Jesteś pewna co do tej sceny? Bo mi się wydaje, że tylko udaje, że jest jednym ujęciem.

      • Aleksandra Magdalena Anna Kot

        Jestem pewna 🙂 Oglądałam wywiad z reżyserem i aktorami w niej grającymi, którzy opowiadają jak trudne to było do zrobienia

        • No ja też oglądałem wywiady, a teraz jeszcze sprawdziłem i wychodzi, że:
          The scene was designed to look like a single shot nearly six minutes long — but in fact, said Chazelle, “it’s three shots stitched together.”
          Co oczywiście nic jej nie umniejsza.

          • Aleksandra Magdalena Anna Kot

            Naprawdę?! Kurcze… Jestem przekonana, że powiedział o jednym ujęciu… Może nie zrozumiałam do końca co mówił…
            Ale i tak, trzy ujęcia to mało jak na taką scenę.

  • Nie Nie Nienawidzę mjuzikali 🙁

    Ale dla Rajana mogę obejrzeć. Chyba.