Od dnia, w którym zacząłem prowadzić blog, chciałem napisać tekst o maturach. Teksty o maturach to taki blogerski evergreen. Dobrze się klikają, można bezkarnie używać w nich wyświechtanych frazesów i na dodatek co roku można wrzucać je na nowo, bez żadnych zmian, i mieć z głowy tekst na początek maja.

Problem w tym, że ja matury najzwyczajniej w świecie nie czuję.
Chciałbym podzielić się jakimiś dodającymi otuchy wspomnieniami, ale niewiele z tamtego okresu pamiętam. Nawet nie pamiętam, czy kwitły kasztany. Pamiętam za to, że tamtej wiosny wszędzie wokół rozkwitały kolorowe od taniego wina pawie. I nie czyniło to tej wiosny jakąś wyjątkowo specjalną. Wiosny wtedy tak wyglądały. Pamiętam, jak mama, bo to jej zawsze najbardziej zależało na moim dobrym wykształceniu, goniła mnie do nauki. Pamiętam, jak w ramach cichej – dającej nam obojgu spokój ducha – umowy spędzałem dni w pokoju z coraz to nową książką schowaną ciągle za tym samym repetytorium. Ja udawałem, że się uczę, a ona, że w to wierzy. Całą „Mroczną Wieżę” wtedy przeczytałem. Pamiętam jeszcze parę rzeczy, ale żadna z nich nie ma związku z samymi egzaminami. Najbliżej wspomnienia z egzaminu jest to, że po pierwszym poszliśmy na pizzę i piwo. Traf chciał, że kiedy na stoły w restauracyjnym ogródku trafiła druga kolejka, obok przejechali moi rodzice. Moja mama żartowała, że w pierwszej chwili była przekonana, że wspiąłem się na wagarowe szczyty i zwiałem z matury.
Wiem, że tak naprawdę nie żartowała.

Nie czuję matury i nigdy nie czułem, bo zawsze miałem wrażenie, że to jedna wielka ściema. Że może kiedyś to było coś dużego, ale już dawno zdążyło się zdewaluować.
Pisałem egzamin na koniec podstawówki. Straszyli nas, że od niego zależy nasza przyszłość. Tydzień po o nim nie pamiętałem.
Pisałem egzamin na koniec gimnazjum. Straszyli nas, że od niego zależy nasza przyszłość. Tydzień po o nim nie pamiętałem.
Przyszedł czas na egzamin na koniec liceum. Straszyli nas, że od niego zależy nasza przyszłość. Tym razem nie dałem się nabrać.
Zresztą jak można serio traktować egzamin, którego jedną z najistotniejszych części jest zrobienie prezentacji na wybrany albo nawet wymyślony przez siebie temat.

Może moi znajomi, ci szczęściarze, którzy mieli jasno nakreślony plan na przyszłość, którzy wierzyli, że ich przyszłość to dobre studia, a po nich równie dobra praca, czuli inaczej. Ja już wtedy wiedziałem, że harówa na etacie do emerytury jest nie dla mnie. Maturę zdałem z dobrą średnią, studia wybrałem tak, żeby dały mi jak najwięcej przyjemności, zabierając jak najmniej czasu. Nigdy ich nie skończyłem, ale wyniosłem z nich zdecydowanie więcej niż tytuł naukowy. Zdobyłem wiedzę, którą wykorzystuję na co dzień. Pierwszą dorosłą, naprawdę fajną pracę. Najwspanialszą dziewczynę na świecie. Rzadko komu udaje się zdobyć więcej niż jedną z tych rzeczy przez całe życie, a mi się poszczęściło.
A mimo to mam do siebie pretensje. Troszkę.

O to, że przed maturą nie znalazłem trochę więcej czasu na siedzenie w książkach. O to, że już po maturze nie znalazłem trochę więcej czasu na siedzenie w bibliotece. Nie dlatego, że nie podoba mi się miejsce, w którym teraz jestem. Nie dlatego, że lepsze stopnie i ładniejszy dyplom zapewniłyby mi wyższe dochody i szczęśliwsze życie. Mam do siebie pretensje dlatego, że dojrzałem do wiedzy. Do tej podręcznikowej. W końcu zaczęła sprawiać mi przyjemność podobną do tej zdobywanej na wagarach, a mam problem z jej przyswajaniem, bo nie nauczyłem się uczyć wtedy, kiedy był na to czas. Nie tyle odczuwam z tego powodu żal, co raczej robię sobie małe wyrzuty. Bo jestem szczęśliwy.
Ale nie do tego zmierzam i nie to jest morałem, bo to wszystko kwestie indywidualne. Nie zakładam, że macie podobnie, i nie sugeruję, że powinniście. Chcę się tylko podzielić wnioskiem, do którego doszedłem w tym tygodniu, kiedy z K tradycyjnie odprowadzaliśmy wzrokiem maturzystów, siedząc na ławeczce, pijąc zimną colę, paląc fajki i ciesząc się, że to nie my. Matura jest ważna, ale nie jako najważniejszy egzamin życia. Prawdziwe egzaminy dojrzałości dopiero się zaczną. Matura jest ważna, bo

Matura to symboliczne zakończenie tego okresu w życiu, w którym ktoś za ciebie decyduje, co masz robić.

Od tej chwili jesteś zdany na siebie i wszystko zależy od ciebie. To wspaniałe i przerażające zarazem, ale od tej chwili nikt nie jest za ciebie ustawowo odpowiedzialny. I tak, jest jakiś złośliwy chichot losu w tym, że

Najważniejsze decyzje swojego życia podejmujesz, kiedy jesteś jeszcze skończonym głąbem.

Napędzanym hormonami szczylem. Ale widocznie właśnie na tym polega urok życia.
Dlatego nie życzę wam powodzenia na maturze. Czego mieliście się do niej nauczyć, już się nauczyliście. Arkusze też już dawno ułożono. Wszystko jest przesądzone i szczęście nic nie pomoże. Liczyłbym raczej na brak tremy i kaca.
To, czego wam życzę, to decyzje, których nie będziecie żałować.
Powodzenia na nowej drodze życia. Głąby.


  • Chwileczka

    No i właśnie się w pełni z tym tekstem zgadzam. Niestety…

  • Patr

    No taka prawda, ja ze swojej matury pamiętam że piłam piwo w kiblu czekając na wyniki ustnego polskiego <3

  • Paulina

    przez chwilę nie wiedziałam czy nadal jestem na mdcb czy może znalazłam się na kominku 🙂

  • Ja pamiętam 50tkę przed wynikami z ustnego polskiego 🙂 Właściwie nie było się czym martwić, zdać wiedziałam że zdam, w dodatku ustne matury są nikomu do niczego nie potrzebne. Klimat. Klimat wokół matur. Straszą człowieka od najmłodszych lat maturą. Przychodzi co do czego i… za kilka lat nie pamiętasz. Faktem jednak jest to co napisałeś. To ostatnie chwile kiedy ktoś pilnuje i rozkazuje… potem beztroska, odpowiedzialność za wszystkie wybory. Jednak mit matury nigdy nie wyjdzie z obiegu, tak jak potwór z Loch Ness – dobrze się sprzedaje 🙂

  • Tamara Feliga

    Dzisiaj powiedziałam do maturzysty palącego fajkę w hipsterskiej kawiarni nieopodal najlepszego liceum w mieście „ej, fajnie macie” (bo teraz to już tylko do roboty)

  • A dziękuję. Za głąba też dziękuję, bo jutro mam egzamin ustny z angielskiego i naprawdę wyjdę na głąba 😀
    Dla mnie matura jest czymś wręcz koniecznym. Po pierwsze, uczy bardziej za siebie odpowiadać. Cały rok trzeba samemu robić sobie grafik nauki, wybrać na jakie zajęcia dodatkowe idziesz itp. Z matury na wagary, rzeczywiście, trudno zwiać, chociaż byłam tak zaspana, że chciałam nie pójść na angielski. Ale musiałam sobie uświadomić- to matura, wstajesz i idziesz. Bez drzemki.
    A uczucia po zdaniu kolejnej części matury nie da się niczym zastąpić. Człowiek chociaż na 100% czuje, że żyje, i nagle zaczyna nawet to życie doceniać. Nigdy nie czułam się tak bardzo żywa jak czekając na ustny z polaka, a z natury jestem charakterem depresyjnym.
    No i dobrze przygotowują do dużej dawki stresu. Uczą, żeby nie martwić się non stop jutrem.
    Nie wiem, jak ja to robię, ale w czasie matur czuję się szczęśliwsza i mam bardziej otwarty umysł niż wtedy, kiedy chodziłam do szkoły.
    Rok przed maturą tylko był niefajny, ale też miał plusy, np. poczucie wspólnoty z innymi maturzystami, masę wspólnych tematów i zachowań (spanie na podręcznikach…), wspólnych marzeń (imprezy na studiach) i wspólnego dziwienia się, że istnieje coś takiego jak przyszłość (za dziesięć lat pewnie będziemy mieli dzieci i rodziny, to jest d z i w n e). Dużo rozkmin ogólnie. Ciekawy czas ta matura.

  • A wiesz z tym dojrzewaniem do wiedzy po „musie nauki” to chyba pewien rodzaj normy u niektórych. Od kiedy nie muszę czytać książek na zajęcia na studia tym chętniej i lepiej (to dopiero paradoks) je przyswajam. Od kiedy nie muszę malować na „tygodniowy przegląd” malarstwa tym chętniej robię to w wolnej chwili i lepiej. Tylko z graniem na klawiszach nie mam takiej lekkosci ale za to moja przyjaciółka tu przykładem, że od momentu kiedy skonczyął szkołę muzyczną gra lepiej i częsciej improwizuje.
    To chyba paradoks nie muszenia a chcenia jeśli jesteś typem osoby która lubi się rozwijać 🙂

    btw. przycięgnąło mnie tu po takim czasie zdjęcie z Isladni z trasy na Vik 😛