W związku z powracającymi pytaniami i poczuciem przytłaczającej presji otoczenia odpowiadam.
Tak, protestuję.

Protestuję przeciwko obowiązkowi
opowiedzenia się za lub przeciw

Większość protestów – nie bierzcie tego za pewnik, opieram się na swoim rozumieniu ludzkiej natury, nie statystykach – zaczyna się od wkurwu. Od przyparcia do muru. Mój zaczyna się od zmęczenia, więc będzie protestem dosyć leniwym, kameralnym i oszczędnym w formie. Mam zamiar zmieścić cały w tym jednym wpisie, nawet nie ruszając się z krzesła, i zakończyć go, zanim ścieżka dźwiękowa z Virgin Suicides dobiegnie końca.

Zmęczyliście mnie. Zmęczyliście mnie wszyscy po równo. Mimo że do jednej ze stron tej wielkiej polsko-polskiej zadymy jest mi z założenia znacznie bliżej, wszystkich mam tak samo dość. Chociaż może tej mojszej strony mam dość bardziej. W końcu bardziej boli, jeśli rani cię przyjaciel.
Nigdy nie ukrywałem swoich poglądów. Jeśli czułem potrzebę, mówiłem o nich publicznie – także na blogu. Jeśli nie – milczałem. Wychodziłem z założenia, że prawo do wolności słowa jest też prawem do zachowania tego słowa dla siebie. I w przypadku zadymy aborcyjnej postanowiłem z tego prawa skorzystać. Miałem swoje powody. Uważam, że kiedy nie mam pojęcia, co powiedzieć, powinienem milczeć. I naprawdę w temacie aborcji nie mam pojęcia, co powiedzieć.

Tak, uważam, że to nie jest dyskusja mężczyzn. Tak, uważam, że głos mężczyzn powinien być w niej brany pod uwagę. Tak, chcę, żeby moja dziewczyna, moja siostra, moja ewentualna córka miały możliwość wyboru.
Nie. Nie czuję, żebym mógł kogokolwiek przekonywać do moich przekonań. Bo to nawet nie są przekonania. Raczej odczucia. Nie chcę pisać o tym publicznie, ponieważ nie chcę wchodzić z nikim w polemikę.
Ponieważ sam mam wątpliwości.
Ponieważ brak mi wiedzy.
Ponieważ nie jestem kobietą, rodzicem, lekarzem, etykiem ani tym bardziej bioetykiem.

I przede wszystkim dlatego, że rozumiem, że ktoś może czuć inaczej.

Dlatego nie chciałem pisać o czarnym poniedziałku. Nie chciałem pisać o czarnym proteście. I nie napisałbym, gdybym nie został wywołany do odpowiedzi. Pod zwykłym heheszkowym postem na fanpage, niemającym absolutnie nic wspólnego z tematem.

Zażądano ode mnie opowiedzenia się po jednej ze stron.

Dzisiaj K wrzuciła swój post. To nawet nie jest post, który jednoznacznie określił ją jako zwolennika którejś ze stron. Mówi tylko o tym, że dziś jest ważny dzień, że może to nie jest dzień na tradycyjne poniedziałkowe żarciki.

Post sprawił, że kilka osób, pewnie zwolenników jednej ze stron, cofnęło polubienie strony.

Znamienne jest to, że post K nie spowodował żadnego otwartego hejtu. Moja decyzja, że się nie wypowiem, wręcz przeciwnie. Wychodzi więc na to, że te lewaki są w tym wypadku dużo mniej wyrozumiałe od prawaków (tak, wiem, jak kuriozalnie brzmi używanie tych określeń w tym kontekście, ale nie ja to zacząłem, ja tu się tylko wpisuję w język dyskusji).

Albo ten post. Konrad Kruczkowski to człowiek, którego poglądy i styl niesamowicie cenię, chociaż w pewien sposób stoimy na dwóch przeciwległych biegunach. Konrad nie boi się trudnych tematów. Jest człowiekiem od trudnych tematów, a jednak tym razem postanowił się nie wypowiadać. I też spotkał się z zarzutem, że to błąd.
A ja go rozumiem, chociaż domyślam się, że jego powody są inne niż moje powody.

Nie jestem blogerem z misją. Nie uważam, że każdy blog powinien mieć misję. Nie jestem człowiekiem z misją. Nie uważam, że każdy człowiek powinien mieć misję. Nie poszedłem na czarny protest. Nie wystąpiłem przeciwko niemu.
A jednak teraz wstaję i protestuję.

Protestuję przeciwko zmuszaniu mnie do wyboru strony, podczas kiedy obie strony mnie żenują. Poziomem dyskursu. Brakiem zrozumienia i poszanowania drugiego człowieka. Bezgraniczną wiarą, że kto nie z nami, ten przeciwko nam.
Nie twierdzę, że obie strony to oszołomy. Wierzę, że i tu, i tu większość stanowią ludzie z gruntu dobrzy. Twierdzę, że mimo to po obu jest dla mnie stanowczo za dużo oszołomstwa. Czy nie ustaliliśmy, jako ludzkość, już na początku lat 50., że argumentum ad hitlerum sprowadza dyskusję poniżej dopuszczalnego poziomu, a osobę, która tego argumentu użyła, z miejsca stawia na przegranej pozycji? Ustaliliśmy.
To dlaczego wszyscy zaczęli nagle zagrywać tą kartą przy każdej możliwej okazji?

Nie ma dla mnie znaczenia, kto zaczął stosować dialektykę na tym poziomie. Nie ma dla mnie znaczenia, kto ma rację. Każdy ma jakąś rację, a czyjaś racja jest zawsze czyjsza. Jedyne, co ma dla mnie znaczenie, to to, że po żadnej stronie nie widzę już ludzi walczących o coś, co ma znaczenie.
Widzę dwie wielogłowe hydry rzucające w siebie kupą.
Słyszę, jak jedna krzyczy: Odpierdolcie się od mojej macicy!, i jak druga odpowiada jej: Odpierdolcie się od biednych dzieciaczków, mordercy! Pierwsza woła: Pieprzeni naziści!, a druga odpowiada: Hitler stał tam, gdzie wy.
Widzę to, słyszę i trochę się brzydzę.
Widzę też, że podczas kiedy wszyscy zajmują się oprotestowywaniem ustawy, która i tak nie przejdzie, dzieją się rzeczy, które muszą dziać się po cichu. Podatki. CETA. Bo jeśli, w zależności od strony, myślicie, że im chodzi o wasze macice albo obronę biednych małych duszyczek, które nie mogą obronić się same, to się mylicie. Im chodzi tylko o pieniądze.

Mam nadzieję, że nikogo tym tekstem nie urażę. Mam przekonanie, że parę osób nim zawiodę. Nie mam pretensji do nikogo, kto poszedł na marsz. Było tam wielu moich znajomych i wiem, że wasze intencje i przekonania są szczere. Kibicuję wam, bo też pragnę kraju, w którym nikt nie będzie wciskał swoich paluchów tam, gdzie tych paluchów wciskać nie należy. Nie mam pretensji do nikogo, kto na marsz nie poszedł. Wiem, że nie poszło wielu moich znajomych, i nie oceniam tego, niezależnie, czy zrobiliście to z powodu powodów, czy braku powodów.

Ten dzień był bez wątpienia dniem ważnym. Ale nie był moim dniem.

Wersja skrócona mojego krótkiego protestu, jeśli komuś nie chciało się czytać, zawiera się w pamiętnym cytacie z męża pani Dulskiej:

A dajcie wy mi wszyscy święty spokój.