Gdyby ktoś zapytał mnie, nie żeby ktoś zapytał, ale gdyby, Konrad, powiedz mi, po co lecieć do tej Norwegii, tak jeden dobry powód mi daj, to ja doskonale wiem, co bym mu odpowiedział.

Żeby zobaczyć ją z okien samolotu.

Uwierzcie mi, nic, co wcześniej widziałem, nie przygotowało mnie na to, co ukazało się moim oczom, kiedy samolot zaczął podchodzić do lądowania i zszedł poniżej linii chmur. Naprawdę, nic.
Zasnąłem, kiedy samolot wznosił się nad Gdańskiem, i kiedy obudziłem się po godzinie, nie mogłem uwierzyć, że spałem tak krótko, bo obudziłem się w zupełnie innym świecie. Gdyby nie brzmiało to tak grafomańsko, napisałbym, że było tak pięknie, że aż mi serce pękło. Było pięknie do tego stopnia, że nawet do głowy nie przyszło mi, żeby wyciągnąć aparat i próbować to uwiecznić. Zresztą teraz, kiedy szukam w googlach jakiegoś zdjęcia, widzę, że zrobiłem dobrze, bo i tak żadne tego nie oddaje. Te wynurzające się z zimnego morza skały, szczegóły i faktury, które stają się z każdą chwilą coraz bardziej widoczne. Mała motorówka płynąca z wyspy z jednym domkiem do miasta. Morza zieleni wśród morza błękitu. I małe kolorowe domki, które wyglądają, jakby były częścią tego krajobrazu od zawsze, a nie nowotworową naroślą trawiącą ten kraj.
Żadne zdjęcie tego nie odda i to jest ten jeden powód.

Chociaż niejedyny oczywiście. Spędziłem tam tylko kilka dni, ale doskonale rozumiem ludzi, którzy potrafią się w tym miejscu zakochać tak, jak moja siostra, którą tam odwiedzaliśmy. Jeżeli chcielibyście przekonać się na własnym sercu, to proszę bardzo, oto nasze doświadczenia.

Transport

WizzAir na trasie Gdańsk – Stavanger lata w obie strony przez cały tydzień z wyłączeniem poniedziałku i piątku. W normalnych warunkach bilety w obie strony powinny zamknąć się w 200-250 zł za osobę (spokojnie mógłbym za ten hajs polecieć w tę i z powrotem tylko po to, żeby jeszcze raz spojrzeć na Norwegię z góry), a lot trwa tylko godzinę, więc nawet nogi nie zdążą za bardzo zdrętwieć. Jeśli zdecydujecie się lecieć rano, bądźcie na lotnisku z zapasem czasu. Nie spodziewałem się takich tłumów o 5 rano i co się nastresowałem w kolejce do kontroli, to moje.

Na miejscu, jeśli nie wynajmujecie samochodu (elektryka oczywiście), warto kupić wieloprzejazdowy bilet na transport publiczny. Bilet tygodniowy to 280 nok za tydzień. Najwygodniej skorzystać z apki w telefonie, bo odchodzi ci jednorazowa opłata 50 nok za kartę. Wszystkie informacje dostępne są na tej stronie. Warto zapoznać się z trasami, bo bilet obejmuje autobusy, pociągi i promy w całym regionie.

Nocleg

Tym się nie musieliśmy przejmować, bo nocowaliśmy u mojej siostry, ale sprawdziłem i nie ma tragedii. Na Bookingu czy Airbnb spokojnie można znaleźć pokój dla dwóch osób, w fajnym standardzie, w granicach 200-250 zł za dobę.

Przeżycie

Tu już jest gorzej z cenami. Gorzej w sensie półlitrowa cola w sklepie za 20 zeta. Woda podobnie, ale mają dobrą kranówę, więc polecam zabrać ze sobą butelki, bo to i ekologicznie, i ekonomicznie, i zdrowo, bo wszyscy pijemy za mało wody. Za obiad dla czterech osób (burgery, frytki, po piwku) wyszło jakieś 500 zł. Piwo w fajnej knajpce na starym mieście to jakieś 40-50 zł. Tanio nie jest. Ale kiedy otrząśniesz się z pierwszego szoku, można sobie spokojnie poradzić nawet przy ograniczonym budżecie. Tuńczyk w puszce nie jest droższy niż u nas, a na tuńczyku można przeżyć kilka dni. Tak jak na żarciu przywiezionym z domu. No i polecam less waste’ową apkę Too Good To Go, która pozwala ci wyszukać w okolicznych knajpach jedzenie, które się nie sprzedało i normalnie trafiłoby do kosza, i odkupić je za często dużo niższą cenę.

Jak spędzić czas

Powiem wam, że takie krótkie city breaki to dla mnie coś nowego. Jasne, wyjeżdżało się na kilka dni, ale do znajomych, żeby wspólnie zgubić granicę między dniem a nocą, albo nad morze czy w inne góry, żeby bez przerwy leżeć albo bez przerwy łazić. Długi weekend w zupełnie nowym miejscu to zupełnie inna para kaloszy.
No bo jak tu sensownie połączyć fakt, że jesteś w nowym miejscu i chcesz zobaczyć jak najwięcej, ale masz mało czasu, no i w sumie przyjechałeś odpocząć? Moja propozycja na poszczególne dni wygląda tak:

Gandsfjorden.
Pomiędzy Stavanger a Sandnes rozciąga się 16-kilometrowa trasa widokowa, która jest właściwie wszystkim, czego potrzebowałem pierwszego dnia w Norwegii. Jedziesz rowerem albo idziesz wygodną ścieżką biegnącą wzdłuż fiordu i podziwiasz. Podziwiasz sobie drugą (ładniejszą i zieleńszą) stronę fiordu, żaglówki, to, jak dookoła czysto i że nikt nie wali browarów. Na trasie można trafić na pojawiające się zupełnie nieoczekiwanie trampoliny, więc jak ktoś ma ochotę skoczyć do wody, to proszę bardzo.

Jeśli nie chce ci się za bardzo łazić (to po co tu w ogóle przyjechałeś?), możesz pojechać pociągiem w kierunku Egersund lub Nærbø i wysiąść na stacji Mariero. Kawałek na południe są przyjemne do siedzenia skałki i fajna plaża.

Fajną opcją może być też skoczyć na drugą stronę fiordu autobusem nr 29 na Dale i wejść na Dalsnuten – taką małą, trzystumetrową górkę z widokiem na cały fiord, albo wrócić do Stavanger i zobaczyć Sverd i fjell, czyli pomnik trzech nagich mieczy, bo Norwegowie są bogaci i stać ich na więcej nagich mieczy niż nas.

Preikestolen
Ten sześćsetmetrowy klif zakończony płaską amboną był głównym celem naszej wycieczki, ale moja dzielna narzeczona zrobiła już cały wpis na ten temat, więc po prostu kliknij w obrazek, żeby zobaczyć zdjęcia i dowiedzieć się, jak się tam dostać.

Stavanger
Na starym mieście przesiedziałem chyba z pół dnia. Jest piękne, pełne starych drewnianych domków w stanie takim, w jakim się u nas rzadko nowe drewniane domki widuje.


Zaliczyliśmy też muzeum morskie (super) i muzeum puszkowania szprotek (mniej super). Oba należą do MUST – grupy 11 muzeów w Stavanger. Kupując bilet (95 kr dorośli, 75 kr dzieci powyżej 3 roku życia, dzieci poniżej trzeciego i studenci za darmo) do jednego, uzyskujecie darmowy dostęp do wszystkich tego dnia, albo zniżkę 50% następnego.
Trafialiśmy z jednej urokliwej uliczki na drugą.

Warto też przejść się do portu. Właściwie trudno się nie przejść, bo jest przy samym starym mieście. My, zupełnym przypadkiem, trafiliśmy na Queen Mary II, jedyny aktualnie pływający liniowiec atlantycki, Sea Cloud II, naprawdę ładny żaglowiec i warty 250 milionów dolarów (czyli jeden z najdroższych) superjacht Anna.

A jeśli zostanie wam czas, to sami wiecie najlepiej, co lubicie robić. My zaliczyliśmy park rozrywki Kongeparken. Fajnie spędzony dzień, ale Disneyland to to nie jest. Energylandia też nie. Większość atrakcji jest raczej rodzinna. Jeżeli miałbym coś podpowiedzieć, to może zainteresowanie się street artem w Stavanger.

Starałem się przekazać jak najwięcej informacji w jak najlżejszej formie i za bardzo tego nie rozwlekać. Nie wiem, jaki obraz naszej wycieczki wyłania się z tego wpisu, ale ja byłem zachwycony. Pokochałem Norwegię za naturę. Pokochałem Norwegów za architekturę, autonomiczne kosiarki w każdym ogródku i jakiś taki dziwny miks dystansu i bycia super miłymi. Nie wiem, jak to działa, ale działa. Zupełnie inni ludzie, niż kiedy spotykasz ich nawalonych jak trzy nagie miecze na monciaku.