Dowiedziałem się ostatnio, że Instagram jest zły. To znaczy domyślałem się tego, bo wiadomo, że całe social media to dzieło szatana, ale byłem strasznie ciekaw, za co konkretnie obrywa się apce ze zdjęciami śniadań, zwierzaków i cycków.

Bo wiecie, Instagram to moja ulubiona aplikacja na smartfonie, zaraz po miarce i tej depresyjnej gierce, w której buduje się zamki z piasku, które zaraz zmyje morska fala i nic nie możesz z tym zrobić. Czym Instagram zawinił? Niewystarczająco dba o dane użytkowników? Promuje spożywanie takich abominacji jak pumpkin spice latte? Przez zdjęcia napojów z rurkami przyczynia się do globalnego mordu na żółwiach?
Nie.

Okazuje się, że Instagram jest zły, bo pokazuje nierealną, okrojoną i wyidealizowaną wizję rzeczywistości.
Ekhm.
Serio?
Gdybym miał wymienić rzeczy, które źle wpływają na stan zdrowia psychicznego, to na pierwszym miejscu wymieniłbym życie, a gdybym miał wymienić rzeczy, które pokazują nierealną wizję rzeczywistości, to wskazałbym dosłownie wszystko, co ma ekran. To samo dotyczy okrojenia. Zresztą każdy obraz rzeczywistości jest przekłamany i okrojony. Kiedy ktoś ci mówi siema, jak leci, a ty odpowiadasz mu, że wszystko w porządku, też. Nie zdarza się tak, żeby wszystko było w porządku.
Dlatego nie rozumiem dlaczego akurat na Instagramie miałoby to być tak wielkim problemem.

Zwłaszcza u nas.

Nie oszukujmy się, nie żyjemy w najpiękniejszym kraju na świecie. To znaczy tak, wiem, myślimy Polska, a widzimy te pagórki leśne, te łąki zielone, szeroko nad błękitną Wisłą rozciągnione; pola malowane zbożem rozmaitem, wyzłacane pszenicą, posrebrzane żytem; bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, dzięcielina co panieńskim rumieńcem pała, a wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą zieloną, na niej z rzadka ciche grusze siedzą.
Tylko że nie.
To znaczy tak, spędziłem pół życia na wsi i jest tam pięknie, ale tylko poza tymi miejscami, w których jest paskudnie. A miasta, poza chlubnymi wyjątkami, to jest jakaś estetyczna masakra. Patrzenie na nie to przyjemność porównywalna chyba tylko z borowaniem zębów bez znieczulenia. Syf, brak planu, brak pomysłu, reklama na reklamie i przysłowiowa już wanna z kolumnadą*.
Wydaje mi się, że z tego powodu powinniśmy cenić wyidealizowaną i estetycznie dojebaną wizję rzeczywistości lansowaną przez popularną wśród dzieciaków apkę. Gdzie indziej mają się tej estetyki uczyć? Tego nie nauczy lekcja plastyki w szkole i jedna grupowa wycieczka do muzeum w roku. Tego nie nauczy obładowana siatami, zmęczona po dwóch zmianach w fabryce mama, ani popijający przed telewizorem piwko, ubrany w wyciągnięty podkoszulek tata. I to nawet nie jest ich wina. Ich też nie miał kto nauczyć.

Niektórzy rodzą się z większą wrażliwością, większymi predyspozycjami w tym kierunku, inni z mniejszymi, to prawda. Ale tu nie chodzi tylko o geny przecież. Estetykę trzeba chłonąć przez osmozę. Dobry gust trzeba sobie wyrobić.
A co mają zdjęcia airmaxów i kubków z kawą?
Wszystko.

Zmiany najlepiej podobno zacząć od siebie, a te dzieciaki są już teraz lepiej ubrane niż połowa moich znajomych. I nie mówię tu o moich znajomych w czasach podstawówki, gimnazjum czy nawet liceum, bo wtedy wszyscy wyglądaliśmy jak pokemony w ciuchach po starszym kuzynie (przy odrobinie szczęścia pochodzącym zza granicy). Człowiek miał szczęście, jeśli prędzej niż później wpadł w sidła jakiejś subkultury, bo wtedy istniała szansa na zakiełkowanie jakiegoś stylu przez naśladownictwo. Ramona, czarne buty i jeansy do tej pory nie wyszły z mody.
Te dzieciaki, już teraz, są ubrane lepiej niż połowa moich dorosłych wykształconych znajomych. I tak, wiele z tego to naśladownictwo i moda (my nawet tyle nie mieliśmy), ale codziennie widzę też przebłyski kreatywności i w pełni świadome, przemyślane stylówki. I niech się tak ubierają. Ubiorą się dobrze i będą chcieli, żeby ich otoczenie do nich pasowało. Najpierw zobaczą, że buty, które chcieli włożyć, średnio pasują do koszulki, a potem, może, że blok z płyty otynkowany w kolor spranych neonowych gaci z New Yorkera średnio pasuje do ich miasta.

To nie jest tylko kwestia pieniędzy. Częściowo tak, ale uwierzcie mi, brzydkie ubranie kosztuje tyle samo co ładne. Firmowe niekoniecznie, ale nie o logo przecież chodzi. Budowa brzydkiego domu, a coś o tym wiem, nie jest dużo tańsza niż budowa ładnego. Poza tym rozumiem argumenty o biedzie, które się zaraz pojawią, że są rzeczy ważniejsze niż rzeczy ładne. Pewnie. Ale my już nie jesteśmy biednym społeczeństwem. W większości mamy za co żyć. Może warto teraz zacząć wdrapywać się na kolejny stopień tej piramidy potrzeb i spróbować nauczyć się lepiej żyć. Lepiej, czyli też ładniej.

Powiesz mi, że to nie jest tak do końca? Z niczym nie jest. Wiem, że to wszystko ma też wady. Ale to nie medium jest winne. To ludzie.

To nie jest wina Instagrama ani żadnego innego medium, że dziecko nie potrafi oddzielić kreacji od prawdziwego świata. To wina rodziców, że zamiast wychowywać swojego gówniaka wsadzają mu w ręce tablet albo smartfona, żeby mieć więcej świętego spokoju. Sprawdzaliście kiedyś, jaki jest przewidziany w regulaminie minimalny wiek użytkownika?
To nie wina Instagrama ani żadnego innego medium, że laska nie ogarnia rzeczywistości i bierze kredyty, żeby żyć jak socialmediowa gwiazdka, a później nie ma tych kredytów z czego spłacać. Przecież to nie tak, że wcześniej nie było idiotów żyjących ponad stan, pozerów i innych. Po prostu teraz dostają więcej ekspozycji.

Instagram, tak jak każde inne narzędzie, jest tylko tak mądry lub głupi, brzydki lub ładny, szkodliwy lub twórczy jak ludzie, którzy z niego korzystają.
I nie, nie mówię o nich – twórcach, gwiazdkach i influencerach.
O tobie mówię.
Jeśli treści, które widzisz są głupie, to tylko dlatego, że jesteś głupi, obserwujesz i lajkujesz głupie rzeczy.
Jeśli ma na ciebie zły wpływ, to tylko dlatego, że źle z niego korzystasz.

*Odnoszę się tu do zbioru reportażów o przestrzeni w Polsce. Polecam, świetna lektura.