wpis jest wynikiem współpracy z marką McDonald’s

Nie wiem jak wy, ale ja bardzo lubię wiedzieć, co jem. Nie żebym się od razu fiksował na temacie zdrowego odżywiania. Po prostu nie lubię wrzucać w siebie byle czego.

Dlatego kiedy McDonald’s zaproponował, że, zamiast normalnej współpracy, zabierze nas i grupę naszych czytelników na wycieczkę po restauracji, pokazując, jak to wszystko wygląda od kuchni, nie mogłem odmówić. Raz, że uwielbiam wołowinę. Dwa, że jestem facetem i jeśli mogę zobaczyć, jak coś działa, to muszę zobaczyć, jak coś działa. No i trzy – wokół Maka narosło tyle mitów i legend, że żal byłoby nie sprawdzić, czy chociaż część z nich nie jest przypadkiem prawdą.
Więc poszliśmy. Ja, K (która pięknie podpisała zdjęcia, normalnie dostanie uśmiechniętą buźkę do dzienniczka. Albo wytnę jej order z, nomen omen, ziemniaka) i wyłoniona drogą konkursu ekipa śledcza. Oto, co ustaliliśmy.

3 zdjęcie plus napisyPRAWDA JEST NUDNA

Widzieliśmy wszystko. Takie było założenie. Miałem wejść do środka i zapytać o rzeczy, o jakie nikt wcześniej nie zapytał. Widzieliśmy kuchnię, magazyny, zaplecze, wsadziliśmy nos, gdzie się dało i… tak właściwie nie ma o czym pisać. Albo inaczej, nic, o czym mógłbym napisać, nie będzie tak porywające jak legendy o MOM-ie, mięsie, które nie jest z mięsa, frytkach, które nie są z ziemniaków, i rybie, która nie jest rybą. Jak ja mam wam powiedzieć, po tylu ekscytujących teoriach spiskowych, że wołowina w McDonald’s jest robiona, normalnie szok, z krowy? I to nie byle jakiej, bo w polskich restauracjach dostajemy bułki z polską krową. Na dodatek w kuchni wiedzą, jak te hamburgery usmażyć, bo nie używają do tego żadnego oleju i przyprawiają mięso tylko solą i pieprzem już po przyrządzeniu. Jak ja w domu.

8 zdjęcie

Frytki też są z polskich ziemniaków, gdyby ktoś pytał. A jajka od polskich rolników, sam sprawdzałem, macałem ( ° ͜ʖ ͡°). Wszystkie z dwójeczką z przodu, z chowu ściółkowego, a nie jakieś tam mityczne jaja w proszku.

jajkaCo mnie zaskoczyło, to teoria dotycząca napojów. Kiedy w trakcie zwiedzania K wrzuciła zdjęcie, jak to ładnie określiła, dojarki do Coca-Coli, pojawił się komentarz, że oczywiście cola też z syropu. No oczywiście. Cola w butelce też jest z syropu. Jeżeli trafi wam się rozwodniona cola, to dlatego, że po prostu kończy się syrop, ktoś tego nie zauważył i możecie poprosić o nową. Ilość lodu w kubeczku też nie jest po to, żeby kogoś oszukać. Po prostu mocno schłodzony napój wolniej traci gaz.

CZAS JEST INTERESUJĄCY

zegar

To, co widzicie powyżej, to oczywiście zegar. Tylko taki nie do końca zwykły zegar. To trochę zabytek wiszący na tej ścianie jako pamiątka. I moim zdaniem to on, oprócz godziny, pokazuje to, co najciekawsze. Zmiany.

Poprzedni system polegał na założeniu prawdopodobnej ilości zamówień na konkretne produkty i przygotowanie ich na zapas. Gotowe jedzenie mogło jednak leżeć tylko przez dziesięć minut. Stąd te cyferki. Na przygotowanych kanapkach były takie same. Co nie zdążyło się sprzedać, musiało, niestety, zostać wyrzucone. Zgodnie z nowym standardem przygotowuje się tylko to, co zostało zamówione, u kasjera albo w multimedialnym kiosku, bez utraty tempa, co znacząco obniżyło straty.

2 zdjęcie plus napisy

Przez cały czas na zapleczu towarzyszyło mi uczucie, że jestem nie na miejscu. Nie żebym bał się przebywać w kuchni albo żeby ktoś był dla mnie niemiły. Po prostu czułem się, jakbym wszedł między tryby. Pracownicy poruszali się po swoich ścieżkach, każdy wiedział, gdzie idzie i co robi, a moja obecność wymuszała dodatkowe kroki, łuki, obchodzenie. Nawet kiedy pozwolili mi popatrzeć, jak smaży się mój ćwierćfunciak, musiałem stanąć w odległości kilku kroków. Mówili, że nie spełniam standardów czystości, ale ja wiem, że byłem umyty i pachnący i chodziło o to, żebym nie przeszkadzał.

I to jest to, co wydaje mi się, że cechuje całą markę. To wszystko jest dokładnie poukładane i zgodne z masą standardów, że aż K zaświeciły się oczy na myśl o tym, ile z tych zasad może wprowadzić u nas, żeby ułatwić mi bycie kurem domowym. To naprawdę niesamowite logistyczne przedsięwzięcie. System, który ogarnia wszystko tak, że tysiące produktów docierają na czas tam, gdzie mają dotrzeć, schodzą w odpowiedniej kolejności (first-in, first-out), żeby wszystko było świeże i nic się nie marnowało, podczas kiedy ja nie jestem w stanie ogarnąć tego, że kończy mi się w domu cukier. Pewnie dlatego robi to na mnie takie wrażenie.

Jeśli macie jakieś dodatkowe pytania albo wątpliwości, które chcielibyście rozwiać, możecie pytać w komentarzach – razem spróbujemy uzyskać odpowiedź – albo pytajcie bezpośrednio u źródła. To fajni ludzie są.
Wiecie, kto jeszcze jest fajny? Nasi czytelnicy. To było pierwsze oficjalne spotkanie z czytelnikami i od tamtej pory zastanawiam się, dlaczego tak długo z tym czekałem. Więzi zostały zawiązane, anegdoty opowiedziane, warkocze zaplecione, a selfie zrobione. Spotkanie miało trwać półtorej godziny, trwało w sumie cztery, a czas zleciał jak pomiędzy pierwszym a ostatnim gryzem jedzonego na kacu cheesburgera. Czyli za szybko. Możecie się spodziewać, że w nieodległej przyszłości będziemy próbowali to jakoś powtórzyć. Mniej oficjalnie i na większą skalę.

6 zdjęcie