Mimo że dopiero dwa tygodnie temu wróciłam z urlopu, dałam się wciągnąć w delikatny marazm przedwiosennych dni. Niby już, za momencik, dosłownie za chwilę zrobi się ciepło, a jednak każdego ranka budzę z zimnym nosem, pełna nadziei wychodzę na słońce, tylko po to, żeby poczuć ziąb, a butelka wody zostawiona na noc w samochodzie jest zimna aż parzy. Dziś przypomniałam sobie, że mam sposób na te dni. Dzięki niemu mogę w każdej chwili przenieść się do pięknej willi we Włoszech, podróżować po Francji czy pływać w ciepłym oceanie. Siedząc pod kocykiem na kanapie.

Wystarczy tylko wypowiedzieć życzenie.

Chcę spędzić lato we włoskiej willi

Ukryte pragnienia

Lata dziewięćdziesiąte. Dziewiętnastoletnia Lucy spędza lato we Włoszech, u przyjaciół jej zmarłej matki. Dziewczynę po raz pierwszy oglądamy okiem kamery wideo – obcy mężczyzna nagrywa ją podczas podróży, robiąc zbliżenia na jej niewinną, jeszcze dziecinną twarz, gdy ta drzemie w pociągu. Tego lata Lucy dorośnie i to w scenerii, jaką można sobie tylko wymarzyć. Przyjaciele jej matki mieszkają w pięknej, starej włoskiej willi o kamiennych ścianach, położonej wśród złocistych pól pełnych dojrzewającego zboża. Są przedstawicielami tutejszej bohemy, chadzają na przyjęcia i piją mnóstwo wina, opalają się nago, malują obrazy i goszczą artystów. I wspominają z czułością matkę Lucy, która dokładnie dziewiętnaście lat temu również gościła w tym miejscu…

Dlaczego warto obejrzeć ten film: przede wszystkim dla młodziutkiej Liv Tyler, która jest tak piękna, że ma się ochotę ugryźć ją w policzek. Albo w pośladek. Generalnie ugryźć. I dla muzyki, która była moim soundtrackiem do dorastania (Portishead „Glory Box”, Cocteau Twins „Alice”). I dla Jeremy’ego Ironsa, który wnosi potrzebną ironię w ten sielski krajobraz. I dla tej cudownej włoskiej willi – od momentu, gdy ją zobaczyłam, marzę, by spędzić kiedyś lato w podobnej. Pływać w kamiennym basenie, spacerować wśród pachnących pól i łąk, a wieczorami przy kieliszku wina, zwinięta w kłębek na stołeczku, patrząc przez okno na gwiazdy, pisać książkę.

Ach, i jak mogłabym zapomnieć o tym szczególnym najntisowym klimacie?:

Gdzie obejrzeć: na starej płycie DVD dołączonej do gazety. Poszukajcie u rodziców 😉


Tamte dni, tamte noce

Lata osiemdziesiąte. Elio, razem z rodzicami, spędza lato w ich rodzinnej willi we Włoszech. Pochodzi z rodziny intelektualistów – w tym domu mówi się po angielsku, francusku i włosku, analizuje literaturę antyczną i czyta na głos ulubione fragmenty książek. Elio fascynuje się muzyką, i to nie tylko klasyczną, którą gra na pianinie w różnych aranżacjach. Dnie spędza, czytając, grając, pływając w basenie, jeżdżąc na rowerze, jedząc posiłki z rodzicami i ich licznymi gośćmi „pod gruszą”, spotyka się z miejscowymi nastolatkami, w tym z pewną śliczną dziewczyną. Każdego lata jego ojciec, profesor literatury antycznej, do swojej włoskiej posiadłości zaprasza wybranego doktoranta, by przez kilka tygodni wspólnie pracować nad antycznymi tekstami. W tym roku bagaże do pokoju Elia wniesie Oliver – złotowłosy Amerykanin, który swoją bezpretensjonalnością i arogancją początkowo zniechęca do siebie Elia. Gość z każdym dniem jednak coraz bardziej go fascynuje…

Dlaczego warto obejrzeć ten film: I tu się powtórzę. „Dla młodziutkiego Timothee Chalameta, która jest tak uroczy, że ma się ochotę ugryźć go w policzek”. Serio. Przez pierwsze pół godziny filmu Timothee strasznie mnie irytował, szczególnie w zestawieniu z moim ukochanym Armiem Hammerem, ale im dłużej widziałam na ekranie, tym bardziej mi się podobał. Podoba mi się jego delikatność, eteryczność, a jednocześnie pewna zaciętość i zadziorność w twarzy. No i oczywiście to, że jest świetnym aktorem (słyszeliście, że będzie grał głównego bohatera w ekranizacji „Diuny” Franka Herberta? To będzie dopiero kosmos!). Na uwagę zasługuje też oczywiście piękny Armie i jego powiewające koszule. I pachnąca włoskim latem zmysłowa atmosfera. I plener Moneta, ukryty pośród drzew. I cudowny soundtrack. I historia chwytająca za serce. I w ogóle wszystko.

I jeszcze dlatego, żeby zobaczyć taniec Armiego Hammera. Ja tak tańczę, jak się wczuję i jestem szczęśliwa. Czyli prawie za każdym razem:

Gdzie obejrzeć: Chili, HBO GO, Ipla, na wygodnej kanapie, ze szklanką lemoniady albo kieliszkiem wina, i pozwolić sobie dwie godziny oderwania od rzeczywistości…

Tęsknię za upalnymi dniami
na Lazurowym Wybrzeżu

Basen

Lata sześćdziesiąte. Na brzegu basenu leży opalony mężczyzna. Po jego nagim torsie spływają krople wody, on sam wylewa sobie do ust resztkę napoju ze szklanki, nie zmieniając pozycji. Kobieta w czarnym bikini po przepłynięciu długości basenu wychodzi z niego i staje nad mężczyzną, pozwalając, by woda skapywała z niej prosto na niego. On głaszcze ją po udach, a ona kładzie się obok niego, przytulając do niego rozgrzane słońcem ciało. Całują się, wodząc rękoma po opalonej skórze.
To Marianne i Jean-Paul, którzy spędzają lato w willi przyjaciół, położonej niedaleko St. Tropez. Ona robi karierę w branży reklamowej, on chce powtórzyć swój pisarski sukces sprzed lat. Ich sielankę we dwoje zakłóca dzwonek telefonu..

Dlaczego warto obejrzeć ten film: pisząc jego opis, miałam wrażenie, że napisałam go już tysiąc razy, więc wybaczcie, jeśli się powtarzam, ale to mój ukochany film, do którego wracam, ilekroć mi tęskno za słońcem, wodą i francuską atmosferą. Kocham głównych bohaterów, Romy i Alaina, uwielbiam pobocznych, Jane Birkin i Maurice Roneta, jestem zachwycona willą, w której rozgrywa się akcja, jej wystrojem, tarasem, basenem, a gdy byliśmy z Konradem w kawiarni w St. Tropez, w której bywają gwiazdy, i okazało się, że zagrała ona rolę w tym filmie, prawie się rozpłynęłam z rozkoszy.

Jeśli nie przekonałam was opisem sceny nad basenem, to możecie obejrzeć ją sobie tutaj i poczuć to ciepło na własne oczy:

Gdzie obejrzeć: Chili, ale to nie będzie oryginalny „La piscine”, tylko jego nowa wersja „The Bigger Splash”. Wyreżyserował ją reżyser „Tamtych dni, tamtych nocy”, więc może się podobać. Tilda Swinton gra rolę Marianne i jest to ciekawy zabieg. Ale „Basen” jest tylko jeden. I jeden jest Alain Delon. I jedna Romy Schneider.


Witaj, smutku

Lata pięćdziesiąte. Siedemnastoletnia Cecile chce czerpać od życia jak najwięcej przyjemności. Tańczyć na balach w pięknych sukienkach, wodzić za nos pięknych chłopców i romansować z nimi, a także nie przestawać być ukochaną córeczką tatusia, który podobnie jak córka lubi czerpać z życia pełnymi garściami. Lato, które spędzą w willi na Lazurowym Wybrzeżu, będzie słodko-gorzką opowieścią o dorastaniu i jego smutkach. Tylko kto z nich tak naprawdę dorośnie?

Dlaczego warto obejrzeć ten film: dla tej letniej, dusznej, podszytej smutkiem atmosfery. Dla dojrzewania razem z Cecile, dla gniewania się razem z nią, dla przeżywania buntu przeciwko konwenansom i powinnościom. Dla pięknych widoków. Dla leciutkiego bólu w sercu po seansie. I dla leciutkiego bólu w sercu w środku nocy, gdy przebudzicie się i przypomnicie sobie ten film.

Tu obejrzycie sobie kilka scen, które oddają troszeczkę klimat filmu:

Gdzie obejrzeć: film nie jest dostępny obecnie w żadnym serwisie streamingowym, ale zawsze możecie przeczytać książkę, na podstawie której powstał. Jej autorem jest Francoise Sagan. Poszukajcie sobie starych wydań.


Nad morzem

Lata sześćdziesiąte. Para pięknych ludzi jedzie kabrioletem wzdłuż Lazurowego Wybrzeża w takt piosenki Jane Birkin. Ona ma na głowie kapelusz w lamparcie cętki, zawiązywany pod brodą jedwabistą szarfą. On białą panamę. „Jane B” towarzyszy im przez całą podróż, której zwieńczeniem jest hotel położony na wybrzeżu. To w nim była tancerka Vanessa ma zapomnieć o dramacie, który ją spotkał, a pisarz Roland napisać swoją wielką powieść. Są małżeństwem z czternastoletnim stażem i bardzo drogimi walizkami, ale dzieli ich całe morze goryczy. Pokój obok zamieszkuje młode małżeństwo w podróży poślubnej, którą najchętniej spędziliby w całości w łóżku…

Dlaczego warto obejrzeć: ponieważ to taki powolny, popołudniowy film. Jest przepiękny od strony wizualnej, scenografia dopracowana jest w najmniejszych szczegółach. Pozwala się odprężyć, chociaż na ekranie bohaterowie przeżywają małżeński kryzys. Można nacieszyć oczy Angeliną Jolie w wydaniu ala lata 60. i Bradem Pittem jeszcze przed rzeczywistym rozpadem ich małżeństwa. To trochę jakby zajrzeć im za firankę… Ach, i otwierająca film „Jane B.”, na wskroś francuska i poruszająca <3 Samą melodię usłyszycie również w trailerze, więc jej posmakujcie:

Gdzie obejrzeć: Chili, ale pamiętajcie, że to nie jest film, który rozgrzewa. Jest raczej jak spacer po plaży w ostatni ciepły dzień.


Jeśli nieśmiało marzysz o erotycznej przygodzie gdzieś
w Ameryce Południowej


Dzika orchidea

Koniec lat osiemdziesiątych. Szalony koktajl niewinności, oversize’owych ciuchów, kolorowych piór, taniej erotyki i tropikalnych wodospadów, zwieńczony wisienką w postaci Mickeya Rourke’a. Młoda prawniczka Emily dostaje posadę w Rio de Janeiro. Bardziej ekscytuje ją nowe miejsce niż nowe zawodowe możliwości. Ze swoją świeżą, dziewczęcą buzią i burzą falistych włosów wyróżnia się na tle tętniącego erotyzmem otoczenia, przyciągając uwagę ekscentrycznego miliardera…

Dlaczego warto obejrzeć ten film: Musicie sobie odpowiedzieć na pewne zajebiście ważne pytania. Czy lubicie kicz? A ile kiczu jesteście w stanie znieść? Bo z moim gustem jest tak, że doceniam różnego rodzaju filmy, nawet te potwornie kiczowate. Te, w których kicz jest zamierzony i nie przekracza pewnych granic, uważam za sztukę. Te, które pretendują do bycia poważną sztuką, a są kiczem ubranym w kolorowe szmatki, dziejącym się w Brazylii i gra w nich Mickey Rourke – no cóż, są moim guilty pleasure 😉 Ej, to prześliczna dziewczyna i karnawał w Brazylii, poduszki wypychające ramiona i historia miłosna rodem z harlequina – każdy tego czasem potrzebuje 😉

Gdzie obejrzeć: Jest to film podobno tak kiczowaty, że nawet internet stara się o nim zapomnieć i ciężko mi było znaleźć jakiekolwiek zdjęcia, które by oddały jego urok. Ale wy się nie zrażajcie! Na pewno odnajdziecie go gdzieś w rodzinnym domu, na kasecie wideo, wsadzonego w najciemniejszy kąt piwnicy, aby nigdy nie ujrzał światła dziennego 😉


Chcę odpocząć na bezludnej tropikalnej wyspie

Błękitna laguna

Lata… hmmm, te lata, w których jeszcze istniały bezludne tropikalne wyspy. Kucharz okrętowy ratuje z pożaru statku dwoje małych dzieci. Ich szalupa przybija do brzegów wyspy, na której odtąd będą oczekiwać ratunku. Brodacz ma wiele serca dla dzieciaków i pewnie o wiele szybciej cała historia by się skończyła, gdyby nie jego miłość do rumu. Pewnego dnia Emmeline i Richard znajdują go martwego na plaży i od tej pory muszą radzić sobie sami, bez żadnego wsparcia ze strony dorosłych… Nie wierzę, że to muszę pisać, przecież każdy zna historię z „Błękitnej laguny”!

Dlaczego warto obejrzeć ten film: to bardzo ważne dzieło, bo jeśli urodziłeś się w latach 80., to w tym filmie pierwszy raz mogłeś zobaczyć nagich chłopca i dziewczynę, i to za przyzwoleniem rodziców, bo przecież to film familijny i przygodowy (a może tylko moi tak myśleli?). Dla fajnej przygodowej historii. Dla samego spędzenia 115 minut na tropikalnej wyspie nieskażonej jeszcze turystami. Dla uroczej Brooke Shields, która w chwili kręcenia filmu miała 15 lat. Warto go obejrzeć również dlatego, że nie spodobał się krytykom, za to podbił serca ludzi. Bo trzeba wyrobić sobie własną opinię, prawda?

I żeby trochę poczuć się znów dzieckiem, odkrywającym cudowności tego świata (jak na przykład pływanie nago).

Gdzie obejrzeć: na dwójce w niedzielę po obiedzie. Żartowałam. Kiedyś go tak obejrzałam, i to doświadczenie zdefiniowało w mojej głowie osobny gatunek filmu. Film niedzielny. Jak mówię Konradowi, że chcę obejrzeć film niedzielny, to on od razu wie, że to Błękitna Laguna, Lolita albo Robin Hood: Faceci w rajtuzach. Widzicie wspólny mianownik? Ja też nie, poza tym, że w mojej głowie to filmy niedzielne.
Sprawdźcie w programie telewizyjnym. Tylko pewnie by puścili ocenzurowany.

***

Uff, kolejny raz zrobiłam to samo – miał to być przyjemny, krótki post, a pisałam go przez kilka dni. Ale co zrobić, kiedy każdy film przeżywam na nowo 😉 Która propozycja zainteresowała was najbardziej? Włochy, Francja, Brazylia, a może bezludna tropikalna wyspa? A może macie swoje ulubione filmy, które przenoszą was w ciepłe miejsce za jednym przyciśnięciem guzika? Komentujcie na fanpejdżu: klik.