Chociaż na początku zupełnie się na to nie zapowiada. Ani trochę. No bo wyobraź sobie – od dziecka nie jesteś malutki.

W przedszkolu na balu gwiazdkowym kamerzysta nie mieści cię w kadrze i pomiędzy roześmianym dziećmi w strojach królewien i żółwi ninja, tańczącymi w kółko Białego walczyka, widać tylko twoje nogi ubrane w grube, prążkowane rajstopy zaciągnięte na lewym kolanie (kolana masz zresztą troszkę krzywe). W przedstawieniach bywasz zwykle narratorem, by nie zasłaniać innych. Albo grasz drzewo. I szumisz, bo tak robi drzewo. Zresztą na wysokości twojej głowy zawsze mocno wieje. Więc szumisz.

W pierwszych klasach podstawówki jesteś wyższa od wszystkich chłopców w twoim wieku o głowę. Co bystrzejsi lubią cię taką, jaką jesteś, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto wrzaśnie za tobą na szkolnym korytarzu: „E, żyrafa! Wysoka jak brzoza, głupia jak koza!”. Jak jesteś mądra, to w ogóle się tym nie przejmujesz. Ale nie jesteś, bo jesteś dzieckiem. I do tego dzieckiem powoli stającym się kobietą, więc dochodzi do głosu naiwne przeświadczenie, że powinnaś podobać się WSZYSTKIM, bez wyjątku.
Więc w gimnazjum… zaczynasz się garbić, by choć trochę zniżyć się do poziomu swoich koleżanek. Chowasz głowę między ramiona także wtedy, gdy przechodzisz obok tego blondyna, który tak ci się podoba, ale niestety stał w innej kolejce, gdy inni stali po wzrost, i teraz sięga ci do nosa. Taki mariaż – wysokiej dziewczyny i niskiego chłopca – jest przecież w szkolnym środowisku nie do pomyślenia. Taka para byłaby zaburzeniem nastoletniego wyobrażenia o idealnym świecie, nijak się mając do szablonowego obrazu szkolnej społeczności (a szkoda, bo ten blondyn tak pięknie gra na gitarze rockowe ballady i uśmiecha się do ciebie, gdy w szkolnym meczu kolejny raz trafiasz za trzy punkty. On sam gra w nogę).

W liceum sytuacja odwraca się o 180 stopni. Bo każdy, gdy tylko przekroczy jego próg, rozpoczyna przecież nowe życie i buntuje się przeciwko utartym przez ostatnie lata stereotypom. Rezultat? Lgną do ciebie najniżsi w szkole kolesie, którzy jako pierwsi dorośli do tego, by docenić wysoką dziewczynę i nie przejmować się docinkami kolegów. Wszystko bardzo fajnie, gdyby nie to, że w tym czasie inni zdążyli już urosnąć tak, że przewyższają cię o dobre kilka centymetrów, jeśli nie o głowę, a minione wakacje były bardzo łaskawe dla ich urody. I muskulatury. Rzeczy, które przed tym okresem raczej nie spędzały ci snu z powiek, a teraz… właśnie spędzają (i mogłabyś na randkę z którymś z tych dryblasów nałożyć te śliczne szpilki, które od dwóch lat czekają w twojej szafie, aż się odważysz być wyższa od innych). Ale nie, bo nagle okazuje się, że żeby stworzyć perfekcyjną parę, należy połączyć jak najwyższego kolesia z jak najniższą laską. Bo to słodkie.

I tak, w tych młodzieńczych latach, wszystko dzieje się nie w tym czasie, w którym powinno. W środowisku pełnym oceniających spojrzeń, plotek, mierzenia innych swoją miarą i zwykłej złośliwości mocnych w gębie towarzyszy szkolnej niedoli, próbujesz zbudować swoje poczucie własnej wartości, które w tym czasie mocno wiąże się z wyglądem. I w końcu nie wiesz, czy masz wierzyć swojej przyjaciółce, której w rozmowie z tobą się niechcący wymsknęło, że prawdziwa kobieta to tylko tak do 169 cm (bo jak inaczej mężczyzna ma się nią opiekować, jeśli nie może roztoczyć nad nią parasola ze swoich gabarytów), temu zakochanemu w tobie koledze, który nieśmiało komplementuje twoje nogi i smukłą szyję, czy zniecierpliwionemu tacie, który twoje przyśniadaniowe narzekania na wzrostowe tematy kwituje krótkim: „Dzieciaku, nie gderaj. Ciesz się. Przekonasz się, jak dorośniesz”.

I się przekonujesz. Bo jest zajebiście.

W sieciówkach zawsze zostają ubrania w twoim rozmiarze. I to na dużych promocjach. Pasują ci spodnie z wysokim stanem i białe, luźne koszule. W sukniach do ziemi wyglądasz zjawiskowo i jeszcze długo potem śnisz się weselnikom, którzy po piętnastym kieliszku bimbru wzięli cię za grecką boginię. Możesz też po prostu kupować rzeczy na męskim dziale. I nie wyglądać jak w ubraniach starszego brata, tylko z klasą. Albo seksownie, w zależności od potrzeb. Grunt, że żadna inna takich nie będzie miała.

Nie wiadomo, ile byś ważyła (w granicach rozsądku), nadprogramowe kilogramy rozłożą się na twym ciele tak, że będzie je widać tylko trochę, a na pewno już zdecydowanie mniej niż na tej średniego wzrostu lasce z biurka obok, która też ostatnio przytyła. A na dodatek w pracy możesz patrzeć na wszystkich z góry, szczególnie jeśli nałożysz szpilki. Bardzo się to przydaje, jeśli jesteś z natury nieśmiała. Widząc respekt na twarzach rozmówców, ich lekkie zagubienie w twojej obecności, od razu czujesz się pewniej.

W tłumie na koncercie nie musisz prosić obcego wysokiego chłopaka, by wziął cię na barana – widzisz wszystko doskonale, i prędzej to ty będziesz tą osobą zasłaniającą ludziom ukochanego wokalistę plującego piwem na publiczność (dobra rada – nie śmieszkuj i nie proponuj niziutkiej koleżance, że możesz wziąć ją na barana albo podstawić jej stołeczek – ty nie jesteś Legolasem, ona Gimlim, a to nie jest „Władca pierścieni” – obrazi się śmiertelnie i potem obsmaruje wśród znajomych, określając pogardliwym mianem podłej, zawistnej, wyniosłej, a do tego wielkiej kobyły. Been there, done that).

Nie wspominając już o tak trywialnych rzeczach, jak samoobsługa w kuchni przy sięganiu do najwyższych szafek.

I najważniejsze: gdy jesteś dorosła, tak naprawdę nikogo nie obchodzi twój wzrost. Serio. Po tych dwudziestu paru latach spędzonych pomiędzy ludźmi uczymy się dostrzegać, że naprawdę jesteśmy różni, i skupiać się na ważniejszych rzeczach niż tych kilkunastu centymetrach.

Podobno kolejne pokolenia są coraz wyższe. Ja sama spotykam wokół siebie coraz więcej wysokich ludzi, ale tłumaczę to tym, że sama jestem pogodzona ze swoim wzrostem, a nawet uważam go za swoją zaletę i lubię dostrzegać ją u innych. Dlatego bardzo cieszy mnie za każdym razem widok młodej, wysokiej, roześmianej dziewczyny, która nie chowa głowy w ramionach, a wręcz zadziera ją do góry i patrzy w niebo. W słońce.

Bo ma do niego bliżej.