Przy okazji ostatniego wpisu o włosach przyznałam się, że od kilku miesięcy farbuję włosy u fryzjera. Powodów było kilka: pomimo stosowania farb fryzjerskich nie mogłam uzyskać pożądanego koloru, w wyniku wielu niefrasobliwych farbowań miałam włosy w paski, aż wreszcie – chciałam się po prostu oddać w profesjonalne ręce. I by ktoś mnie rozpieścił.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym w końcu nie zatęskniła za farbowaniem w domu. Robiłam to przez wiele lat i trochę mi tego brakowało. Tego dreszczyku emocji: Wyjdzie czy nie? Będzie dobrze czy będzie kurczak przy odroście? A może wybrałam farbę z za dużą ilością niebieskiego barwnika, wyjdę siwa jak Horpyna i będę się mogła nająć do straszenia w okolicznych lasach, by zarobić na fryzjera, który naprawi tę tragedię na głowie?

Tym razem jednak podeszłam do kwestii farbowania na poważnie, to jest podejrzałam, co fryzjerka nakłada mi na włosy (nie karćcie mnie, zrobiłam to dla siostry, która miała tajemniczy wzór powtórzyć swojej fryzjerce). Zdziwiona stwierdziłam, że jest to mieszanka, o której już wiele razy czytałam w internecie i widziałam ją polecaną na wielu forach, ale nigdy z niej nie skorzystałam, bo jak to tak, nie dość, że wydaję kasę na tubkę farby fryzjerskiej, to jeszcze mam kupić dwie, by je pomieszać? I do tego jakiś, kurde, toner? Szaleni.

Stwierdziłam jednak, że zaryzykuję.
I opłaciło się.

Składniki tajemnej mikstury farbującej:

15 ml farby Alfaparf 11.11
15 ml farby Alfaparf 11.21
30 ml oksydantu 9%
30 ml oksydantu 12%
3,75 ml Olaplex nr 1 (niekoniecznie)

Czyli proporcje 1:2 (1 część farby na 2 części oksydantu). Z wymieszania oksydantów o stężeniach 9% i 12% otrzymujemy moc 10,5%. Można oczywiście pomieszać więcej, jeśli ma się dużo włosów i nie do końca jest się przekonanym, że 90 ml starczy (na moje odrosty jest akurat).

Tu włosy przed bez jakiejkolwiek stylizacji. Widać ciemny odrost i minę typu: „Nie wiem, jak mam zapozować do zdjęcia włosów przed. Czy powinnam się uśmiechnąć, czy być smutna? Lepiej nic nie zrobię z twarzą”.

Wszystko wlałam/wycisnęłam do miseczki z podziałką, mieszałam do gładkiej konsystencji i przystąpiłam do farbowania samych odrostów (w kolorze brązowym). Pamiętałam szczególnie o włosach na czubku głowy, nad czołem i tymi nad uszami, bo wielokrotnie udało mi się niedokładnie je pokryć i wyglądałam, jakbym miała bokobrody i właśnie zabierała się do liczenia pieniędzy w swoim mieszkanku nad sklepikiem.

Jeśli myślicie, że to koniec, że po upływie 55 minut zmalaksowałam farbę na odrostach , po czym ją zmyłam, umyłam włosy, nałożyłam maskę itd., to się grubo mylicie. Jest jeszcze jeden haczyk.

Składniki zupełnie nietajemnej mikstury tonującej:

30 ml Wella Colour Touch 9/73
60 ml oksydantu Wella Colour Touch 1,9%
3,75 ml Olaplex nr 1

Po wyznaczonym czasie (w przypadku rozjaśniających farb Alfaparf jest to 55 minut, albo 45 + 10, jeśli chcemy wyrównać kolor na całej głowie – ja tego nie robiłam) zmyłam farbę dokładnie z włosów, spojrzałam w lustro, zobaczyłam dużo ciepłych tonów, przeraziłam się, biegałam w amoku po domu, drąc się wniebogłosy, wróciłam do łazienki, na mokre włosy nałożyłam toner od odrostów po końcówki, po czym poszłam na 20 minut grać w Tomb Raidera. W tym czasie toner walczył z niechcianymi odcieniami, a ja walczyłam z niedźwiedziem (toner wygrał, ja przegrałam 5 razy i musiałam poprosić Konrada o pomoc, bo mnie ten niedźwiedź ciągle zjadał). Do tonera również dodałam ociupinkę Olapleksu, bo nakładałam go na całe włosy, a Olaplex kocham. Po zmyciu tonera nałożyłam na włosy jakieś 10 ml Olapleksu nr 2, zawinęłam włosy w ręcznik, pohuśtałam się na krześle, zrobiłam obiad, popatrzyłam, jak Konrad pokonuje mi niedźwiedzia. Po czym DOPIERO zmyłam z włosów to, co się nie wchłonęło, umyłam włosy szamponem, nałożyłam maskę itd. Koniec końców wyglądało to tak:

Rezultat. Bez filtra. I bez twarzy, bo nadal nie wiedziałam, co z nią zrobić.

Według mnie zajebiście. Jest błyszcząco, jest mieniąco, jest trochę złoto, trochę srebrnie i trochę perłowo. Jest bez filtrów i jest równo! Dawno nie zebrałam na żywo tylu komplementów od znajomych. Jak to napisała obserwatorka na Instagramie i co za jej przyzwoleniem przytoczę:

Piękny ten blond. Takie idealne wypośrodkowanie między kolorem włosów księżniczki z bajek, a surowym chłodem z wybiegów 😀 <3

Taki dokładnie jest. Oczywiście będę na bieżąco edytować ten wpis – zrobię to na pewno po kolejnym farbowaniu pod koniec lutego, żeby zobaczyć, czy ta cudowna mieszanka znów się sprawdziła. Póki co życzcie mi, by włosy do następnego farbowania wyglądały tak samo 😉

PS. Pamiętajcie, że zabawa z farbami fryzjerskimi musi być poprzedzona dokładnym czytaniem ulotek, trzymaniem się podanych w ulotce proporcji i czasu, który farba spędza na włosach. 
I nie polecam stosowania samej 11.11. 

Wyglądam po niej jak Wiedźmin po przejściach.