Stanęłam nad brzegiem jeziora.

Dokładnie w tym miejscu, w którym powinna zaczynać się piaszczysta plaża, szeroka może na dwa metry, nie więcej. Dziś jej nie było, bo woda dochodziła aż po trawiasty brzeg, podmywając korzenie rosnących na nim drzew. Powierzchnia jeziora była cudownie gładka, a woda tak czysta, jak zapamiętałam – można było dostrzec piasek ułożony w drobne fale i gdzieniegdzie małe kępki wodorostów. Zapragnęłam ściągnąć buty i podwinąć nogawki dżinsów, ale po chwili namysłu zrezygnowałam. Zmącenie tak idealnie spokojnej toni wydało mi się świętokradztwem.

Usiadłam na drewnianej ławeczce, objęłam się ramionami, bo od strony wody powoli na ląd wkraczał wieczorny chłód, i spojrzałam na jezioro, oblane łagodnym światłem słońca powoli chylącego się ku zachodowi. Było jednocześnie błękitne, srebrzyste i delikatnie różowe, podobnie jak niebo nad koronami drzew znikających we mgle na drugim jego brzegu. Wokół panowała cisza, niezakłócona żadnym dźwiękiem, jakbyśmy w tym ulotnym momencie byli jedyni na całym świecie – tylko ja i to ciche jezioro, z którym związanych mam tyle pięknych wspomnień. Nastrój ten wprawił mnie w melancholię. Czułam się jednocześnie szczęśliwa i smutna. Przymknęłam na chwilę oczy.

Gdy je otworzyłam, plaża nie była już pusta. Na trawie porozkładane były kolorowe koce i ręczniki, na których siedzieli opaleni i roześmiani ludzie, przy brzegu brodziły dzieci, grupki młodzieży grały na głębszej wodzie w piłkę, dorośli również poddawali się ogólnej wesołości, chlapiąc na siebie wodą. W oddali nad powierzchnią wody widać było głowę pływaka, który płynął z drugiego brzegu. Powoli rozpoznawałam znajome twarze. Był tam i mój starszy o dwa lata sąsiad z naprzeciwka, który zawsze witał się ze mną miłym: Cześć, sąsiadka!, co bardzo lubiłam, sama nie wiem czemu. Tak!, ucieszyłam się, przyjechali z rodzicami moi dwaj koledzy z klasy, na których zawsze czekałam i zawsze po przyjechaniu na plażę rozglądałam się za nimi. Każdego roku zakochiwałam się w jednym z nich i to platoniczne zakochanie kończyło się zawsze ostatniego dnia lata, wraz z zamianą ławki na plaży na szkolną ławkę i lekcji wstrzymywania oddechu pod wodą tak długo, jak się da, na lekcję polskiego.

Cofnęłam się w czasie. Odrosły pościnane przez lata drzewa, które kiedyś dawały nam schronienie przed słońcem za mocno przygrzewającym w południe. Zniknęła brzydka metalowa siłownia pod chmurką i toporne stoły piknikowe z miejscem na grilla. Olbrzymiemu dębowi stojącemu dokładnie pośrodku plaży odrosły gałęzie pełne liści, przez które patrzyło się w niebo, leżąc na plecach na kocu w kratkę i schnąc po kolejnej kąpieli. Z wody wychodziliśmy dopiero wtedy, gdy opuszki palców u rąk i nóg były pomarszczone, usta sine z zimna, a mama, która obserwowała nas przez cały czas, machała ręką i rzucała gniewne spojrzenia, gdy się za długo z tym wychodzeniem ociągaliśmy. Siedząc na kocu, z ręcznikiem z nadprutym brzegiem narzuconym na ramiona pokryte gęsią skórką, pałaszowaliśmy bułki z konserwą i zagryzaliśmy je pomidorami. Po palcach ciekł nam sok, tak były dojrzałe.

Na plażę jeździliśmy w każde letnie popołudnie, gdy rodzice kończyli pracę, a w soboty i niedziele na cały dzień. Czasem, gdy starym polonezem trzeba było zabrać również naszych kuzynów, którzy byli u nas na wakacje, jeździło się te kilka kilometrów w bagażniku, obserwując przez szybę przesuwające się po niebie drzewa.
Wracaliśmy dopiero wtedy, gdy zachodziło słońce. Plaża była od dawna wyludniona, ostatni plażowicze brodzili w wodzie lub kąpali się trochę dalej, korzystając z ostatnich chwil ciepła. A myśmy chcieli zostać tam najdłużej jak się da, aż na niebie pojawią się gwiazdy.
„Jeszcze tylko chwilkę, proszę, jeszcze tylko chwilkę…”.

W moich wspomnieniach zostaliśmy tam na zawsze.