Chciałam o niej napisać od razu wczoraj, natychmiast, w dziesięć minut po wyjściu z kina (bo tyle zajmuje mi droga z kina do domu). Byłam tak pełna emocji, że nawet nie zauważyłam, że nie umiem jeszcze płynnie poruszać się w moich nowych wysokich butach, i ani się obejrzałam, zdejmowałam już w przedpokoju płaszcz, prowadząc nieprzerwany monolog. Poprzetykany głębokimi westchnięciami i z serca wypowiadanymi przekleństwami.

A teraz chyba się cieszę, że wstrzymałam się z tym do dziś. Jest wcześnie rano, wypiłam swoją pierwszą kawę i pożarłam w dwóch kęsach ciastko z kremem, a po takim zestawie świat jawi się w jakichś takich weselszych barwach. I nawet ten film, na który się czekało tyle czasu, do którego zatrudnili twojego ulubionego Justina Theroux i tego przystojnego, wąsatego Barda z „Hobbita”, może się w świetle poranka nie okazać wcale taki zły.

„Dziewczynę z pociągu” przeczytałam rok temu, jesienią. Jaki był na nią szał! Z każdego konta na Instagramie zerkała na mnie ta czarna okładka z rozmazanym zdjęciem, a blogi uginały się pod ciężarem recenzji, z których większość wcale nie była pochwalna. Czytałam: „nuda, nuda, nuda, od razu wiadomo, kto jest mordercą, nuda, bohaterki nie da się polubić, a tak w ogóle to chyba strasznie dużo włożyli w promocję tej książki, że nawet Kingowi zapłacili za hasło na okładce, a temu słynnemu Tomczykowi za zdjęcie na Instagramie”. Wiadomo, że części internautów książka się spodobała, ale ja zapamiętałam tylko te złe opinie, ponieważ stały w opozycji do mojej własnej – bo ja tę „szmirę” przeczytałam w dwa dni, zmieniając pozycje pod kocem na kanapie, a Konrad służył mi wówczas jedynie do zabierania spod kanapy wystawki z kubków po kakao i herbacie i donoszenia jedzenia. Po wino nie ośmieliłam się sięgnąć, nie przy tej książce.

Bo czułam się przez dwa dni jak alkoholik. Czułam suchość w ustach, dudnienie w głowie, czułam razem z bohaterką, której nawet nie lubiłam, ochotę na puszkę dżinu z colą, dwie puszki, dziesięć. I butelkę wina. Czułam wstyd, że w takim stanie siedziała w pociągu,zataczała się po ulicach, że litowała się nad nią koleżanka, że Rachel upodlała się, dzwoniąc do swojego byłego męża i jego nowej, pięknej żony, bełkocząc żałośnie w słuchawkę. Czułam mrok wkradający się pomiędzy stronice, gdy zdarzyła się tragedia, czułam płacz więznący w gardle i bezsilność bohaterów. Uwielbiam czuć coś, gdy czytam – ta książka pozwoliła mi na to, chociaż nigdy nie znajdzie się w 100 pozycjach BBC, które „musisz przeczytać”, bo główna bohaterka, w przeciwieństwie do Anny Kareniny, nie rzuca się lirycznie pod pociąg z powodu utraconej miłości, tylko chleje na umór. A chlanie jest takie nieromantyczne.

I tu następuje zderzenie moich wyobrażeń z tym, co zobaczyli w „Dziewczynie z pociągu” scenarzyści. Tak, wiem, że książka to książka, film to film, i nieczęsto mają ze sobą po drodze. Ale, do jasnej cholery, jak można było z tego tekstu zrobić film dla kobiet, które lubią mądre napisy wymalowane lub powieszone na ścianach ich domów, a na ścianach wirtualnych udostępniają głębokie myśli naniesione helveticą na zdjęcia w sepii lub innej czerni i bieli? „To, co zobaczysz, może cię skrzywdzić”. „Nigdy nie będę dziewczyną, którą kiedyś byłam”. „Tylko gdy biegam, naprawdę jestem sobą”. Noż kurwa. Już widzę pokój pełen specjalistów od PR, którzy zastanawiają się, jak nakręcić film, który spodoba się kobietom. Jak w tym filmie z Melem Gibsonem. W „Czego pragną kobiety”.

No właśnie – czego chcą kobiety? Długich zbliżeń na twarze, by dokładnie ukazać emocje. Rozmazanych, melancholijnych kadrów. Przemilczanych scen, w których bohaterowie patrzą na siebie ze smutkiem. I najważniejsze – wewnętrznych kobiecych monologów, zakończonych motywującymi tekstami! Prawie jak w reklamie Nike, no bo przecież „tylko gdy biegam, naprawdę jestem sobą”.

– No i główna bohaterka. Odejmijmy jej kilogramów, bo się nie spodoba widzom – powiedział prawdopodobnie jeden ze speców od PR w sali konferencyjnej hollywoodzkiego studia. – Niech będzie tylko odrobinę odpychająca. O, wiem! Rozmażmy jej makijaż. Taka trochę laska, ale w sumie nie laska. W końcu próbujemy zarobić, hehe, pieniążki.
– Trochę laska, ale w sumie nie laska? Genialne!
– No i przecież nie może upijać się pospolicie tanimi puszkami dżinu i jakimś wstrętnym wińskiem z supermarketu. Dajmy jej lepszy alkohol. I niech pije martini w knajpie. Bond też pije martini, też rozwiązuje zagadki i się, hehe, dobrze sprzedaje. O! i niech martini ma oliwkę na wykałaczce. Dodajmy jej trochę klasy, trzeba jakoś wyrównać ten rozmazany makijaż. Tak będzie bardziej cool.

– Wyborne! Dostajesz awans, skurwysynu.

Może za dużo oczekiwałam. Może oczekiwałam za dużo brudu, realizmu, który tak zachwycił mnie w książce. Może po prostu przeniesienie akcji spod Londynu do miasteczka niedaleko Nowego Jorku zburzyło z mojego punktu widzenia ten mglisty, angielski klimat. Nie wiem. Wiem tyle, że gdybym pisała ten tekst wczoraj, napisałabym: Idźcie mi z tym w cholerę.

Dziś napiszę: Idźcie mi z tym w cholerę, ale może komuś może się to spodobać i jeśli chce, niech idzie do tego kina. Dla muzyki, zdjęć, obsady warto. I dla Justina Theroux. I dla jednego czy dwóch żartów, podczas których nawet Konrad się uśmiechnął, chociaż przez cały seans pocieszająco poklepywał mnie po ramieniu (tudzież bezsilnie we mnie tłukł, nie jestem pewna). I sorry, nie pamiętam, jakie to były żarty. Ale na pewno nadawałyby się na napisy na ścianie.