Mówi się, że poziom czytelnictwa w Polsce leży. Że Polacy nie czytają książek. Jeśli to prawda, to albo, jak mawiał doktor House, wszyscy kłamią, albo mam wyjątkowych znajomych.

Pięć książek w tydzień!
Siedemnaście od początku roku!
Kolejny traktat filozoficzny za mną. Nie dość, że jestem mądrzejsza, to jeszcze wyrobiły mi się bice!
Czytam trzy książki tygodniowo, chociaż mam bliźniaki, psa, kota i kameleona z problemami psychicznymi, dom na głowie, w którym można jeść z podłogi ekowsiankę z niepryskanymi owocami, i robię karierę w rękodziele. Da się? Da!
A ja zgrzytam zębami i pytam: no jak? Kiedy oni to wszystko czytają?! Przecież ja też bym tak chciała, a nie mogę. Kiedyś mogłam, ale teraz?

Ostatnio zasnęłam, trzymając Kindle nad głową. Wiecie, co człowiek robi, jak zasypia? Rozluźnia się. Wiecie, co u mnie się najpierw rozluźniło? Palce. To znaczy nie wiem, czy były pierwsze pierwsze, ale na pewno były przed resztą ręki, więc zamiast ją opuścić i zasnąć słodko jak księżniczka, wypuściłam czytnik z ręki. Prosto na twarz. Śmiechu było co niemiara. Według Konrada, bo ja się nawet nie obudziłam i jak zwykle przegapiłam szansę, żeby się z siebie pośmiać. Dosłownie kilka minut wcześniej po raz dziesiąty zabierałam się do przeczytania trzeciej strony jednej z dwudziestu rozpoczętych akurat książek. Uroki czytnika. Stos rośnie, a ty nawet tego nie zauważasz. Więc zabieram się do czytania, poduszki są, kołdra jest, ciepło Konrada obok jest. Perfekcyjne warunki do czytania. I co? I skończyłam na tarczy, z policzkiem przyklejonym do ekranu wyświetlającego promocję na „Dzikiego ogiera z Arkansas”. Jedyne 3 dolary i 99 centów. Taniocha.

Było mi smutno. „Czy tak to się właśnie kończy? Dorosłam i nie pociągają mnie już fascynujące historie, krwawe horrory ani nawet mdłe do porzygu romansidła o lekarce z Afryki odnajdującej miłość w niebieskich  oczach wysokiego jak baobab poskramiacza lwów?” – myślałam, przyglądając się śladowi od ramki czytnika, odciśniętemu na moim czole po kolejnej upojnej nocy spędzonej twarzą w twarz z ekranem.

Ale, na szczęście, już jest dużo lepiej. Może moja wewnętrzna czytelniczka miała doła, może nieodpowiednio dobierałam lektury, a może było tak, bo było, i na chuj drążyć temat. Ważne, że znów jestem w formie i przyciągam do siebie dobre książki.

Fatum i Furia

Lauren Goff

Wiem, wiem. Czytało ją ostatnio pół internetu, a drugie pół zamierza ją przeczytać. Historia z pozoru jest prosta: małżeństwo, przekrój przez ich wspólne życie, dużo miłości, dużo smutku, trochę szarej codzienności i tajemnic. Deski teatru, William Szekspir i okręgi od kawy odciśnięte na scenariuszach. Pełen wdzięku Lancelot, łaknący po dziecięcemu towarzystwa i podziwu. Chłodna, wyniosła Mathilde z utlenionymi na biało włosami i oryginalną urodą, która rzuca na kolana. Oboje są piękni, wysocy i zupełnie różni. Wciągnęli mnie w swoje życie wraz z przypieczętowaniem pączkującej miłości wśród nadmorskich wydm – i do ostatniej strony nie chciałam ich zostawić samym sobie choć na chwilę. Choć czasem mnie przerażali.

Dziunia

Anna M. Nowakowska

Polskich pisarek nie lubię z założenia. Nie, i już. Dorocie Masłowskiej, tak chwalonemu przez tłumy nieprzyzwoitemu głosowi pokolenia, powiedziałam serdeczne „O nie!” już po próbie obwąchania się z „Wojną polsko-ruską” – po kwadransie miałam sucho w ustach jak na potężnym kacu i głowa mi pękała. Dlatego za „Dziunię” zabrałam się tylko dlatego, że poleciła mi ją Tattwa, od której zresztą wcześniej bezczelnie zerżnęłam „Fatum i Furię”. I przepadłam. Zasypywałam Konrada wyrwanymi z kontekstu cytatami, które wydawały mi się prozatorskim majstersztykiem o lekkim zabawieniu ironicznym, traktującym o życiu dziecka w Polsce be w latach siedemdziesiątych. Dziecka, które urodziło się bez łokci, w chwilę po narodzinach prawie wpadło do kibla i wie, że nie warto opisywać rzeczywistości taką, jaką jest, bo za swoją pierwszą reporterską próbę: „Gdy mama do kur wychodzi, tata do kurwy chodzi”, dostało lanie.

To książka jednocześnie szydercza, brutalna, zabawna, momentami wulgarna. Przeszywająca do szpiku kości. Jedna z tych, które sprawiają, że nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Więc robiłam i to, i to. Często jednocześnie.

Szkarłatny płatek i biały

Michel Faber

Sięgnęłam po nią po lekturze „Pod skórą” tego samego autora. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy zamiast mrocznego thrillera rozgrywającego się na szkockich pustkowiach, otrzymałam tętniący smrodliwym życiem wiktoriański Londyn, charakterystykę ówczesnych prostytutek różnej maści, od pospolitych dziwek zadzierających spódnice w zaułkach cuchnących rybami, po pachnące różanym olejkiem rozkoszne kurtyzany odziane w jedwabie, oraz degrengoladę londyńczyków z najwyższych warstw społecznych, przykrywających swą zgniliznę moralną najlepszymi ubraniami od krawców czy kapeluszami od modystów. Wśród miejskiego brudu jak kwiat na wysypisku wyrasta Sugar – dziewczyna o bladych spierzchniętych ustach i burzy rudych włosów. Marzą o niej wszyscy mężczyźni poszukujący usług prostytutek najwyższej klasy, takich, które można i porządnie wydupczyć, i  porozmawiać z nimi o kwestiach natury filozoficznej po. Albo przed. Jak kto woli.

Ale Sugar ma inne plany, a jej cipka ma być tylko środkiem w drodze na szczyt.

Scenarzyści HBO lepiej by tego nie wymyślili.

Niech się wam nie wydaje, że pasjonują mnie wyłącznie dziwne artystyczne małżeństwa, dzieci urodzone bez łokci czy wiktoriańskie prostytutki pragnące ukarać mężczyzn. Biorę wszystko, nie zważając na gatunki, jeśli tylko jest dobrze napisane. Więc jak macie coś godnego polecenia, to mi polećcie. Mam zamiar prześcignąć tych wszystkich mięczaków od traktatów filozoficznych i ich wyzwania. Żeby jeszcze tak posty z biegania i siłowni na mnie podobnie działały…