Spotkałam się z nią na przerwie, pomiędzy polskim a wuefem. Schowałyśmy się w kiblu w łazience na piętrze.
– Masz ją? – zapytałam nerwowo, nasłuchując, czy nikogo nie ma w sąsiednich kabinach.
– Mam! Mówię ci, to jest kosmos. – Zaciągnęła się elemem i wypuściła kłąb dymu w stronę pokrytego zaciekami sufitu. – Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego!
– Sama nie wiem… – Zaczerwieniłam się. – A jak rodzice ją u mnie znajdą?
– To powiesz, że to moje. Albo kogoś tam. Ale najlepiej trzymaj ją pod materacem albo gdzieś pod ubraniami. Bo tam wszystko jest dokładnie opisane. D-O-K-Ł-A-D-N-I-E! – wyszeptała konspiracyjnie, wyjmując z plecaka książkę w różowej okładce.

Tak w moje ręce trafił pierwszy harlequin. Miałam jakieś piętnaście lat, przyjaciółka, która dała mi go do przeczytania, była dokładnie rok młodsza. Zawinęła go ze stolika nocnego swojej macochy, zaintrygowana tytułem – „Miłosna edukacja”. Nie dziwię się jej. Przecież to brzmiało jak bardzo brzydka książka, którą zbuntowane nastolatki koniecznie muszą przeczytać, a potem podzielić się tym dobrem z przyjaciółkami, by to wiekopomne dzieło nigdy nie zostało zapomniane 😉

Trzymałam książkę pod łóżkiem i każdego dnia, po troszeczku, z wypiekami na twarzy chłonęłam przygody Rhonwyn uerch Llywelyn. Razem z nią szalałam na koniu po walijskich wrzosowiskach, uczyłam się fechtować i strzelać z łuku, by później przejść pozornie gruntowną przemianę w damę i dać się wmanewrować w polityczne małżeństwo. W wyniku bycia bardzo krnąbrną Rhonwyn trafia do haremu, gdzie zaczyna się ta właściwa część książki. Oczywiście kalif zakochuje się w niej na zabój i już pierwszego wieczora chce ją widzieć w swojej komnacie…

Więcej nie napiszę, bo się troszkę wstydzę – te górnolotne opisy pieprzenia się do dziś wywołują u mnie rumieniec. Ale na pewno było tam coś o „zamknięciu w dłoni dwóch bliźniaczych klejnotów”, „jądrze rozkoszy” oraz klasycznym „wsuwaniu miecza do miłosnej pochwy”.
Tak.
Takie właśnie rzeczy tam były.

***

Dwa tygodnie temu razem z Konradem zaczęliśmy oglądać serial „Outlander”, o którym słyszeliśmy wiele dobrych opinii. Jeśli nie wiecie, co to za serial, bo ja do niedawna nie wiedziałam – to taki historyczny romans przygodowy z lekką nutką fantasy w tle. Wciągający romans, bo oglądaliśmy dziennie kilka odcinków. Gdy wspomniałam o tym na Instastory, zostałam wręcz zasypana podekscytowanymi wiadomościami, jak cudowny jest to serial, jak bardzo pociągający jest główny bohater i że się w nim do szaleństwa kochacie, że książki są jeszcze lepsze, że zazdrościcie nam, że jesteśmy dopiero na pierwszym sezonie. Wszystko oczywiście w wiadomościach prywatnych, a większość kończyła się: „Tylko nie publikuj tego na story, proszę”.

Mam wrażenie, że przyznawanie się do czytania czy oglądania romansów jest bardzo źle widziane. No bo jak to – wykształcona dziewczyna, po studiach, z doktoratem, to powinna czytać same ambitne książki, które ubogacają jej światopogląd, poszerzają jej wiedzę na różne tematy albo chociaż, w ostateczności, są nagradzanymi reportażami. Jak u takiej dziewczyny może na półce stać Tego Typu Książka, z okładką jak z jakiegoś taniego pornola, on z nagą klatą stoi w świetle księżyca, włos rozwiany, ona w rozerwanej sukni tuli się do jego piersi i patrzy w oczy czytelnika. I to bezczelnie patrzy, za nic mając skromnie odwracającą wzrok kolekcję literatury klasycznej stojącą obok niej.

Ja mam to szczęście, że niewielu rzeczy się wstydzę, a już na pewno nie wstydzę się niczego, co czytam. Kiedyś na zajęcia na studiach o ulubionych periodykach przyniosłam stos Detektywów, podczas gdy inni wybierali jakieś Pressy i Twoje Style. A ja nie.

Dlatego, przyznaję się wszem i wobec:

Czytam i oglądam romanse

A najbardziej z romansów to lubię te historyczne.

Bo są takie cudownie nieskomplikowane. Ona. On. Spotykają się. Zakochują w sobie. I żyją długo i szczęśliwie. W międzyczasie mają problemy, ale wszystko dobrze się kończy. Jeśli jest to romans historyczny, losy pary bohaterów lubią splatać się z prawdziwymi wydarzeniami. Krucjaty, wielkie bitwy, królowie, spiski i powstania mają oczywiście wpływ na wydarzenia w książce/serialu, ale nie na tyle istotny, by trzeba było przerwać czytanie/oglądanie i sprawdzić na Wikipedii, o kim i o czym mowa. Nikt nie czyta/ogląda romansu historycznego dla książkowych faktów, tylko raczej dla tego pięknego postawnego Szkota, czyż nie? 😉

Bo ich bohaterowie są piękni. Tak, ostatnio pisałam z przyjaciółmi na grupie, że dla mnie każdy jest piękny, nawet książkowy wiedźmin, który podobno był brzydki. Dlatego tak łatwo i przyjemnie czyta mi się romanse. Bohaterka bezsprzecznie musi być piękna, ale może trafiać w różne kanony urody. Może być wysoka i postawna, może mieć mocne uda od konnej jazdy, ramiona i szerokie biodra wprost stworzone do rodzenia dzieci. Może być drobna i szczupła, mieć cienkie, arystokratyczne nadgarstki i długie szczupłe palce, którymi gra na pianinie poruszające serce melodie. Jej uroda powinna być opisana szczegółowo, ale nie za szczegółowo – w końcu każda czytelniczka musi móc poczuć się jak ona. Jego uroda nie ma aż tak dużego znaczenia – wystarczy, że wykazuje się kilkoma pożądanymi cechami. Nie musi być oszałamiająco przystojny, ale za to powinien mieć ciepłą twarz, jasne oczy i zniewalający uśmiech. Nie musi być bardzo wysoki, ale za to nad potokiem musi pokazać zaskakująco ładnie zbudowane ciało (naprawdę, szok, wcześniej tego nie było widać), gdy okrywa ramiona bohaterki swoją lnianą koszulą chwilę po tym, jak przed chwilą uratował ją z rwącego nurtu.

Bo uprawiają dużo seksu. Seks jest super, nie ma co ukrywać. On może mieć wybuchowy temperament, ale za to dobrze pożytkować go w alkowie. Tak. Musi koniecznie być biegły w sztuce miłości (tu przydadzą się burdele w okolicy, bo przecież nie żadna była żona), aby bohaterka mogła nauczyć się przy nim odczuwania nieziemskiej rozkoszy (dopuszczalne jest odwrócenie ról, tak jak w Outlanderze, ale to się rzadko zdarza, bo nie wypada przecież, by wcześniej ktoś inny wsadzał swój miłosny miecz do pochwy bohaterki, a jeśli nawet miała z jakiegoś powodu wcześniej męża bądź kochanka, to musi pozostać „jakby nietknięta”). On musi doprowadzać bohaterkę na szczyty zachwycających rozkoszy, sam być tym faktem zachwycony i powtarzać bez końca, jak bardzo jej pożąda.

Bo ich bohaterowie są niedzisiejsi i przeżywają przygody. Mówią egzaltowanym językiem, śpiewają i nazywają penisy mieczami, a łechtaczki jądrem rozkoszy. Noszą jedwabne suknie i bryczesy, fryzują włosy, kochają się w łożach z baldachimami. On ratuje ją z rąk groźnych porywaczy/zazdrosnego byłego, złego narzeczonego/zaślepionego jej urodą króla/pospolitego gwałciciela z motłochu. Ona mdleje i jest niesiona na rękach ukochane w bezpieczne miejsce, np. na leśne posłanie z mchu, gdzie nie ma żadnych owadów – tym lepiej, bo od razu może przejść do pocałunków, których niby nie chce, a może jednak chce, albo jednak nie 😉 Ona też raz na jakiś czas uratuje jego z opresji. Pod osłoną nocy ukradnie strażnikowi klucze i uwolni go z więzienia, w którym niesprawiedliwie został zamknięty, albo ubierze się w najpiękniejsze suknie i skupi na sobie uwagę jakiegoś pana na świeczniku, a potem przyłoży mu nóż do gardła i zażąda wypuszczenia niewinnego ukochanego. Albo wraz z trzema służącymi przygotuje obronę zamku przed najeźdźcą, germańskim kurwa oprawcą. A potem żyją długo i szczęśliwie aż do kropki na ostatniej stronie (i do kolejnego tomu, jeśli autor ma w planach pomęczyć ich jeszcze trochę)…

Bo ich bohaterowie są zaskakująco dzisiejsi. I mają dzisiejsze problemy. On na przykład może być zamknięty w sobie i mieć za sobą mroczną przeszłość, mogą dręczyć go demony. Ona jest krnąbrna i postępuje według własnego widzimisię. Musi wykazywać się inteligencją, mieć zaskakujące umiejętności, które przydadzą się jej w najmniej oczekiwanych momentach, i doskonale radzić sobie bez pomocy mężczyzn… Chociaż i tak wiemy, że siła miłości w końcu utoruje im tę ścieżkę wspólnej rozkoszy. I to jest bardzo pokrzepiające 😉

***

Mogłabym napisać jeszcze dwa razy tyle o romansach (czyżbym tęskniła za pracą naukową? ;), ale „Outlander” czeka (do tych, co widzieli: Zauważyliście, że Jamie jest o wiele bardziej przystojny z niechlujnym zarostem i zmierzwionymi włosami niż wygolony na gładko i uczesany?) Ale z chęcią poczytam o waszych ulubionych historycznych romansach i tych pierwszych, zakazanych, które czytałyście pod kołdrą w lalki Barbie 😉 Czekam na was w komentarzach na Facebooku (będę odpisywała, czekając, aż się odcinek załaduje). Buziaki!