Zaczęło się od telefonu, który leżał na siedzeniu za kierowcą autobusu. Zobaczyłam go, bo bezczelnie zajmował miejsce, na którym zwykłam siadać, gdy z jakichś powodów decydowałam się na skorzystanie z komunikacji miejskiej. Był bardzo duży, bardzo różowy i bardzo bez właściciela.

W czasach, w których pozostawiona na dworcu siatka z Biedronki rozbrajana jest przez zespół wykwalifikowanych saperów i antyterrorystów, postąpiłam niemądrzewzięłam go do ręki, i po upewnieniu się, że nie należy ani do śpiącego w tyle autobusu pana wątpliwej świeżości, ani do rudej dziewczyny z wytatuowanym na ramieniu kotem, patrzącej beznamiętnie w brudne okno, wybrałam ostatni numer. „Koti”. Musiał to być ktoś ważny dla posiadacza telefonu, kto pomoże mi nawiązać łączność z właścicielem.

I był. Strapiony mąż przeprosił za swą roztargnioną żonę, obiecał, że ją w domu pouczy na temat zostawiania telefonu w dziwnych miejscach, potem trzy razy się roześmiał, a na koniec wyraził zdziwienie, że dzwonię. Bo on gubił już telefony z pięć razy i nigdy nikt nie zadzwonił. Dziwnym trafem telefon wyłączał się i znikał, by już nigdy się nie pojawić i ułożyć sobie życie z kimś innym.

Pan skontaktował się z żoną, a ja zgodziłam się wysiąść na kolejnym przystanku i poczekać na nią, bo mieszkali niedaleko. W sumie nigdzie się nie spieszyłam, pogoda była piękna, a Konrad właśnie zaczynał z kolegami rozgrywkę na playu, więc przez najbliższe kilka godzin nie byłoby z nim kontaktu, a nawet, o zgrozo, byłby niezadowolony, gdybym przypadkiem dziesięć razy uwodzicielsko przeszła przed telewizorem, bo pilnie potrzebuję czegoś z półki. Tej najwyższej. Albo tej najniższej. Serio. Pospacerowałam sobie więc wokół przystanku, pogapiłam się na ludzi wracających z pracy, pokopałam kamyczki, aż wreszcie na końcu ulicy wyłoniła się właścicielka telefonu, w nieładzie, w krzywo zapiętym swetrze, z dzieckiem pod pachą, które okazało się być zasmarkanym małym chłopcem.

– Proszę pani, to pani? – spytała, zasapana, zawstydzona, stawiając synka na ziemi. Podałam jej telefon. – Dziękuję, dziękuję! Wysiadłam z autobusu godzinę temu, miałam siatki i Patryk płakał, i dotąd nawet nie zauważyłam, że nie mam telefonu! I tu nagle mąż do mnie dzwoni i pyta złowieszczo, gdzie mam swojego nowego Samsunga, co mi go wziął na raty dwa tygodnie temu! Ratuje mnie pani, to byłby już trzeci telefon zgubiony w tym roku! Jak mogę się pani odwdzięczyć?

– Przecież każdy by tak zrobił. Nie trzeba – odpowiedziałam, uśmiechając się do niej i klepiąc po głowie chłopca, który przyglądał mi się w milczeniu, zachwycony aferą i niespodziewaną zmianą w rytmie dnia.

– Ale ja chciałabym się jakoś odwdzięczyć. Proszę, to dla pani. – Wyciągnęła w moją stronę dwie czekolady i papierek z facetem w koronie. – Będzie mi przykro, jeśli pani tego nie przyjmie.

– Czekoladę wezmę. Czekoladzie nigdy nie odmówię. – Milce ciasteczkowej tym bardziej.

– Jak nie pieniądze, to… to ja może… – Pani żona zarumieniła się i spojrzała na mnie przepraszająco – …może bym zrobiła pani paznokcie? Bo widzę, że robi pani hybrydy. Bo ja kosmetyczką jestem.

W odpowiedzi spiekłam takiego buraka, że aż zadudniło mi w uszach. Paznokcie! Od tygodnia nie mogę się umówić z moją osobistą stylistką do spraw paznokci, w pracy trzymam ręce w kieszeniach, by nikt nie zobaczył tego, co zostało z moich hybryd, które wyglądają jak po dwutygodniowym zbieraniu gruzu, a nie leniwym urlopie, a znajduję telefon należący do kosmetyczki, która na pewno wszystkich ocenia po tym, jak wyglądają ich dłonie. Super.

Schowałam ręce za plecami.

– No? – Pani żona uśmiechnęła się zachęcająco. – Co pani na to?

– Nie, nie – bąknęłam.

– Dlaczego nie?

– Bo… – walczyłam z pokusą darmowych paznokci – …moja kosmetyczka, Marysia, chyba by się obraziła. Że wie pani, że poszłam do innej. Miałabym wyrzuty sumienia.

–  To teraz szanuję panią jeszcze bardziej. Co tam telefon – pani jest wierna swojej kosmetyczce! Rzadko tak bywa – powiedziała pani żona uroczyście. – Wie pani, ile moich klientek łazi do innych, a potem wracają do mnie ze spieprzonymi paznokciami, pokrytymi jakimś łuszczącym się badziewiem, i jeszcze mi wmawiają, że się z żadną nie puściły, że to ja je tak urządziłam i że to moja wina? Powiem pani, kosmetyczka zawsze zauważy rękę innej, zauważy każdy skok w bok, nawet jednorazowy. To prawie jak zdrada, tylko gorsze.

– Gorsze?

– Tak, bo kobiet się nie zdradza. A szczególnie tych, które robią ci dobrze.