Ależ mnie dziś te nominacje zelektryzowały. Zawsze mam wypieki, gdy oglądam na żywo, jak prowadzący odczytują kolejne filmy i osoby nominowane do złotej statuetki, a w tym roku aż dziesięć razy podskakiwałam z radości, gdy nominowano Pewnego razu… w Hollywood. To był zdecydowanie mój ulubiony film zeszłego roku <3

Nominacje w kategoriach: najlepszy film, reżyseria, scenariusz oryginalny, aktor pierwszoplanowy, aktor drugoplanowy, scenografia, kostiumy, zdjęcia, dźwięk i montaż dźwięku <3

Brad Pitt za drugoplanową (jak dla mnie pierwszoplanową, co to byłby za buddy movie gdyby był w nim tylko jeden buddie) rolę Cliffa Bootha, kaskadera, który wykręcił się z morderstwa własnej żony, otrzymał już Złoty Glob, więc można się było spodziewać, że sięgnie i po nominację, ale zawsze to tak bardzo cieszy, szczególnie, że uważam, że to była jedna z najlepszych ról w jego karierze. Oprócz niego zostali nominowani Al Pacino i Joe Pesci za Irlandczyka, Tom Hanks za Piękny dzień oraz Anthony Hopkins za Dwóch papieży.

Leonardo DiCaprio również został nominowany do Oscara za występ w Pewnego razu…, ale tym faktem ekscytuję się trochę mniej, chociaż nadal. Też był pewniakiem, chociażby za doskonałą scenę w przyczepie, w której prowadzi sam ze sobą monolog i daje sobie opierdol za słabą grę 😉

Brad Pitt i Leonardo DiCaprio w Pewnego razu… w Hollywood

Jeśli chodzi o pierwszy plan, pewniakiem jak dla mnie był również Joaquin Phoenix, może nie dlatego, że uważam jego Jokera za epokową postać, ale dlatego, że potrafię zrozumieć, dlaczego tak wielu ludziom się podobał. Sam film zebrał w tym roku najwięcej nominacji, bo aż 13. Jest to dla mnie bardzo interesujące, bo na mnie nie zrobił aż takiego wrażenia. Nawet nie chciało mi się o nim rozmawiać w pubie po seansie, a to jedna z moich ulubionych rzeczy w chodzeniu do kina – dyskusje z przyjaciółmi o tym, co właśnie widzieliśmy.

Joaquin Phoenix jako Joker

Adam Driver w Historii małżeńskiej był spoko, ale to znów nie była rola, nad którą bym rozmyślała – a musicie wiedzieć, że według moich własnych wewnętrznych zasad, tym wyżej oceniam filmy i role, im dłużej o nich myślę. O Adamie i o całej Historii… zapomniałam po godzinie od zakończenia seansu. Ale może po prostu nie jestem w grupie odbiorców, którzy głęboko przeżywają historie rozwodów.

Scarlett Johannson i Adam Driver w Historii małżeńskiej

Wstyd się przyznać, ale z aktorek nominowanych za pierwszoplanowe role widziałam tylko Scarlett Johannson w Historii małżeńskiej. Muszę koniecznie zobaczyć moją ukochaną Charlize Theron w Gorącym temacie (w ogóle jak można było tak przetłumaczyć tak cudny tytuł jak Bombshell?) i oczywiście Saoirse Ronan w Małych kobietkach (przepadam za nią od kiedy pierwszy raz obejrzałam Grand Budapest Hotel). Oba te filmy wchodzą w styczniu do kin, więc zdążę je zobaczyć przed właściwymi Oscarami. Nie szaleję za Renee Zellweger, ale podobno w Judy naprawdę dała czadu. Piątkę nominowanych zamyka Cynthia Errivo w Harriet – jeśli widzieliście ten film, dajcie znać, czy jej rola rzeczywiście wbija w fotel.

Cynthia Erivo jako Harriet

Podobnie mam z drugim planem kobiecym, bo znów widziałam tylko Historię małżeńską i Laurę Dern w roli prawniczki specjalizującej się w rozwodach (jakoś tak podobnie wypadła do swojej postaci w Wielkich kłamstewkach). Moją kolejną nominowaną ulubienicę Margot Robbie zobaczę w Bombshell i naprawdę ciekawa jestem Kathy Bates w Richard Jewell. Nominowana została również Florence Pugh, której z Konradem przepowiadaliśmy błyskawiczną karierą po tym, jak ją obejrzeliśmy w Midsommar. Naprawdę dziewczyna ma w sobie coś i już się nie mogę doczekać tych Małych kobietek, szczególnie że obsada jest przesmakowita 🙂

Florence Pugh w Małych kobietkach

Z dziewięciu filmów nominowanych w kategorii najlepszy film widziałam na razie cztery: Pewnego razu… w Hollywood, Irlandczyka, Jokera, Historię małżeńską. Czekam, aż gdzieś wznowią seanse Parasite, a na Małe kobietki, Jojo Rabbit i 1917 pójdę niedługo do kina (premiery będą odpowiednio 31 stycznia, 24 stycznia i 24 stycznia). Le Mans 66 gdzieś mi umknęło, a to dziwne, bo jestem fanką Christiana Bale’a (prawdopodobnie zobaczyłam w zwiastunie Matta Damona i mi się odechciało).

Reżyseria to wiadomo – liczę bardzo na Tarantino, ale znów – nie widziałam 1917Parasite, a Parasite to podobno taki sztos, że zmiecie wszystkich.

Jeśli chodzi o inne nominacje, naprawdę żałuję, że nie udało mi się zobaczyć Na noże (Konrad bardzo chciał, ale ciągle byliśmy w rozjazdach i gdy chcieliśmy w końcu pójść, już go nie grali). W czwartek idziemy za to na Boże Ciało, bo to już chyba wypada, prawda? 😉

Bartosz Bielenia w Bożym Ciele


Wybaczcie, jeśli gdzieś wątki są urwane, ale spisywałam swoje wrażenia na gorąco. Postaram się obejrzeć jak najwięcej nominowanych do Oscara filmów i opublikować przed galą porządny post 😉 Dajcie koniecznie znać w komentarzach, za kogo trzymacie kciuki, czym jesteście zaskoczeni (w wiadomościach na Instagramie ciągle przewijał się brak nominacji dla Rocketmana) i w ogóle jak wasze wrażenia po ogłoszeniu nominacji. Bo ja w planach mam obejrzenie z dwudziestu filmów 😉