Nie mają wielu wspólnych pozowanych zdjęć, tak jak wielkie gwiazdy ekranu czy muzyki, o których miłości opowiadałam wam wcześniej, chociaż jeden z nich był (i nadal jest) gwiazdą olbrzymią. Prawdziwą diwą, niezaprzeczalną Królową. Na większości zdjęć widać jednak po prostu dwóch mężczyzn – jeden śmieje się do obiektywu, gra pierwszoplanową rolę, zdaje się wypełniać sobą cały kadr,  drugi stoi lekko z boku i nieśmiało zerka na tego pierwszego, trzymając ręce w kieszeni spodni albo splecione za plecami.

Przed państwem Freddie Mercury i Jim Hutton!

Queen i Freddie to całe moje dzieciństwo. To płyty winylowe kręcące się na adapterze i Nieśmiertelny z Christopherem Lambertem. Koncerty nagrane na wideo przez mojego tatę i oglądane tyle razy, chociaż na obrazie pełnym szumów trudno było dostrzec na scenie tę małą postać w żółtej kurtce. To imprezy rodziców we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, zadymiony duży pokój, dźwięk szkła, przyszywane ciotki w kolorowych sukienkach, z trwałymi na głowie, i wujkowie w marynarkach z wypchanymi ramionami, podśpiewujący I want to break free razem z Freddiem śpiewającym z kasety, którą przywiózł wujek z Reichu.  To mama prosząca, by byli ciszej, bo dzieci śpią. A dzieci nie spały. Nie dlatego, że było za głośno, tylko dlatego, że ta muzyka była taka niesamowita, a głos tego faceta z wąsami wywoływał ciarki…

Dlatego do historii Freddiego i Jima podchodzę bardzo emocjonalnie, jak zresztą do wszystkich historii, które pojawiły się i pojawią w cyklu Opowiem wam trochę o miłości – mimo że poznałam ją dopiero jako dorosła osoba.

Freddiego chyba nikomu nie trzeba przedstawiać.
Frontman zespołu Queen, wybitny wokalista o prawie czterooktawowym głosie, ikona popkultury, sceniczne zwierzę, karmiące się zachwytem tłumów. Kurt Cobain, na chwilę przed swoim samobójstwem, w liście pożegnalnym wspomniał właśnie o nim:

(…) Gdy jesteśmy za kulisami (jako Nirvana – przyp. aut.), gasną światła i zaczyna się ten szaleńczy wrzask tłumu, nie działa on na mnie tak jak na Freddiego Mercury’ego, który zdawał się go kochać i rozkoszować się tą miłością i uwielbieniem ze strony tłumu. To jest coś, co w nim podziwiam i czego mu zazdroszczę.

Jim Hutton był jego zupełnym przeciwieństwem. Gdy się poznali, miał 34 lata, a Freddie 37. Zanim w ślad za nim wkroczył do rockowego świata, nigdy wcześniej nawet nie był na koncercie. Prowadził proste, spokojne życie. Z pochodzenia był Irlandczykiem. Mieszkał w Sutton, dojeżdżał do pracy do Londynu, zarabiał tygodniowo siedemdziesiąt funtów, strzygąc gości w hotelu Savoy. Część z zarobionych pieniędzy wydawał na mieszkanie u pewnej wdowy, część na jedzenie, a to, co mu zostało, wydawał podczas cotygodniowych wypadów do ulubionego baru. Jego największą ekstrawagancją było kupno pięknej skórzanej kurtki w zaprzyjaźnionym butiku, na którą wydał zbierane przez wiele miesięcy całe dwieście funtów. Taką samą kurtkę w przyszłości kupi na gwiazdkę Freddiemu Mercury’emu, biorąc ją na raty, a Freddie, choć zachwyci się nią po rozpakowaniu i od razu ją przymierzy, potem założy ją tylko raz…

Freddie i Jim spotkali się pierwszy raz pod koniec 1983 roku. Tego dnia Jim wybrał się ze swoim chłopakiem Johnem do modnego klubu Cocabana.
Stał samotnie przy barze, ubrany w dżinsy i białą koszulkę bez rękawów. Powoli sączył piwo, przyglądając się gościom lokalu. W pewnym momencie podszedł do niego smukły, drobny mężczyzna, ubrany podobnie jak on. Nawet wąsy miał podobne. Mężczyzna zaproponował mu drinka, ale Jim go olał – nie tylko dlatego, że przecież był zajęty, ale również dlatego, że nieznajomy zupełnie nie był w jego typie. Gdy po kilkunastu minutach dołączył do niego John, Jim wskazał na obcego siedzącego w kącie lokalu z przyjaciółmi i powiedział, że właśnie miał podryw. John wybałuszył oczy, nie dowierzając temu, co widzi:

– Jim, ty wiesz, kto to był?
– Nie.
– To był Freddie Mercury!
– Kto?

W swoich wspomnieniach Jim pisze, że naprawdę nie wiedział, że to właśnie sławny Mercury podszedł do niego tego wieczora. Trochę mu nie dowierzam, wydaje mi się, że to takie trochę na pokaz, bo kto w tamtych czasach mógł nie wiedzieć, jak wygląda najsłynniejszy rockowy wokalista? Chyba tylko fryzjer wiodący spokojne życie na londyńskich przedmieściach 😉

Po tym spotkaniu Freddie nie mógł pozbyć się Jima z głowy. Mimo to ich ponowne spotkanie nastąpiło dopiero ponad rok później. Mercury wprawdzie dowiedział się, gdzie lubi imprezować Jim, i przejeżdżając limuzyną obok tego lokalu, w drodze do swojego ukochanego Heaven, kazał kierowcy zatrzymywać się i wyjść sprawdzić, czy jak co tydzień w tym i tym miejscu przy barze siedzi ten facet, co wygląda jak Burt Reynolds.
Nigdy jednak sam nie wszedł do środka.

I oto, w marcu 1985 roku, piętnaście miesięcy po pierwszym spotkaniu, kompletnie pijany Jim zjawia się w Heaven. Freddie natychmiast wykorzystuje okazję i zaprasza go, by przyłączył się do jego towarzystwa. Jim jest tak rozbawiony, że wyciąga Mercury’ego na środek lokalu i tańczy z nim przez kilka godzin, w pijackim uniesieniu zamiatając nim parkiet.
Tak.
Irlandzki fryzjer zamiatał parkiet Freddiem Mercurym.

Mimo że po imprezie przenoszą się do mieszkania Freddiego i przegadują resztę nocy, znów tracą kontakt, lecz tym razem tylko na trzy miesiące. Jim, spokojny, zrównoważony facet, w swoich wspomnieniach wciąż podkreśla, że nie spodziewał się, że Freddie w ogóle myśli o nim poważnie. W końcu był gwiazdą, a Jim zwykłym fryzjerem, zupełnie niepasującym do jego środowiska. Jakie jest więc jego zdziwienie, gdy któregoś wieczoru dzwoni telefon. Do niego, zwykłego faceta z Sutton, który właśnie szykuje sobie na kolację smażone kiełbaski!

Rozpoczyna się romans.
Freddie, jak to Mercury, nawet romanse musi mieć jak prawdziwa królowa: jest zakochany do szaleństwa. Wykupuje Jimowi bilety na samoloty do miejsc, w których akurat koncertuje, by ten spędził z nim choć kilka godzin; zasypuje go prezentami; publicznie okazuje mu swoje uczucia, całując go i przytulając, do czego Hutton zupełnie nie jest przyzwyczajony. Pragnie, by Jim towarzyszył mu w każdej chwili – podczas nagrań, kręcenia teledysków, koncertów. Jakim trzeba być szczęściarzem, by swoje koncertowe dziewictwo stracić na Live Aid w 1985 roku, oglądając zza kulis największe widowisko rockowe w historii, na którym Queen pozamiatali (- Wy skurwiele! Zdominowaliście ten cały koncert! – miał powiedzieć Elton John do Freddiego, zaraz po tym, jak Queen zeszli ze sceny, a tuż przed wyściskaniem go)!
Hutton powoli poznaje świat rockowej muzyki od podszewki, obserwuje zachwycone twarze ludzi kłębiących się pod sceną, by sam w końcu ulec magii muzyki zespołu Queen i całej jej fascynującej otoczce. A najbardziej oczywiście temu nieziemskiemu facetowi, który całe tłumy potrafi poderwać do ekstatycznego krzyku.

Związek Freddiego i Jima w połowie lat osiemdziesiątych to również niekończąca się drama – gwiazdorowi rocka, geniuszowi muzyki, szalonemu kapelusznikowi nie jest łatwo zrezygnować z prowadzonego dotychczas trybu życia na rzecz poważnego związku z jedną osobą, choćby najbardziej podobną do Burta Reynoldsa. Powtarza się schemat: Freddie nie wraca na noc do Garden Lodge, swojego domu, w którym mieszka razem z Jimem, a potem okazuje się, że bawił się z kimś innym w swoim mieszkaniu w mieście. Po każdej awanturze Jim pakuje rzeczy i wyprowadza się do znajomego, by po tygodniu lub dwóch usłyszeć drżący głos w słuchawce:

– Czy mógłbyś wpaść?

I Jim wraca.

Pomiędzy kłótniami są bardzo szczęśliwi. Spędzają dni na kanapie, słuchając muzyki i rozmawiając ze sobą bez końca. Całe otoczenie Freddiego, jego przyjaciele i muzycy Queen wiedzą, że wokalista jest w związku z Jimem. Dla opinii publicznej sprawy wyglądają jednak zgoła inaczej: nadal łączony jest ze swoją pierwszą miłością, Mary Austin, która mieszka niedaleko Garden Lodge i pełni ważną, o ile nie najważniejszą, rolę w życiu Freddiego. Jedyna osoba, która w pełni go rozumie.
Dla świata Freddie nie pozostaje w związku z nikim, ale w jednym z przeprowadzonych z nim wówczas wywiadów można przeczytać jego słowa:

– Po raz pierwszy w życiu odnalazłem w sobie spokój.

I odnoszą się one do Jima. Tego Jima, który na zdjęciach zza kulis podąża kilka kroków za Freddiem, nieco na uboczu, jako członek jego świty. Który przygląda się ze spokojem, jak jego ukochany podczas oficjalnych przyjęć idzie pod rękę z Mary Austin, bo tego oczekuje od niego opinia publiczna. Ale godzi się na to, bo tak jest lepiej.

Za to na słynnych przyjęciach, organizowanych przez Freddiego Mercury’ego, mogą być w pełni sobą. Jeśli widzieliście kiedykolwiek teledysk do utworu Livin on my own (a jeśli nie, to linkuję go niżej), to pewnie wiecie, że został nagrany podczas faktycznej imprezy wyprawionej z okazji trzydziestych dziewiątych urodzin Freddiego. Zarówno wystrój klubu, jedzenie, jak i stroje gości były czarno-białe, między nimi krążyły kamery, a o poranku następnego dnia Freddie skrzyknął paru przebierańców i dograł z nimi brakujące sceny. Jim starał się za wszelką cenę unikać kamer, ale Freddie rozkazał kamerzystom, by koniecznie ujęli Huttona (możecie go zobaczyć w 1:31 – ma taką minę, że na bank się nie spodziewał, że wmontują go do teledysku 😉 )

***

W 1986 roku, po sukcesie utworu Who wants to live forever (który prywatnie jest moim najukochańszym kawałkiem wszech czasów – zawsze włączam go na domówkach, nad ranem, gdy wszyscy powoli kończą imprezę, i kołyszę się do niego na środku pokoju) Freddie i Jim wyjeżdżają na wielkie japońskie wakacje. Od razu po powrocie do Londynu witają ich sensacyjne nagłówki gazet. Według prasy Freddie w tajemnicy poddał się w londyńskim szpitalu testom na AIDS. Choć artykuły były zmyślone (wspominano w nich również o tym, że Freddie i Mary Austin mieszkają razem w Garden Lodge), Freddie Mercury jest bardzo przygnębiony – nikt nie wie, jak bardzo muzyk boi się AIDS.

***

Nadchodzi przełomowy rok 1987. Jim spędza Wielkanoc z rodziną w Irlandii. W domu jego matki nie ma telefonu, więc za każdym razem, gdy chce porozmawiać z Freddiem, musi iść cztery mile w jedną stronę. Gdy w przeddzień powrotu słyszy w słuchawce zdenerwowany głos Freddiego, który prosi go, by wrócił do domu, bagatelizuje sprawę. Wie, że Mercury lubi przesadzać.
Z lotniska jedzie prosto do domu.
Znajduje Freddiego leżącego na łóżku w ich sypialni, więc kładzie się obok niego i przytula go na powitanie.
Mercury pokazuje mu mały ślad na ramieniu zszyty dwoma szwami.
Ma AIDS.

– Jeśli chcesz mnie opuścić, zrozumiem to.
– Co takiego?
– Jeśli chcesz mnie opuścić i wyprowadzić się z Garden Lodge, nie będę cię zatrzymywał.
– Nie bądź głupi. Nigdzie się nie wybieram.

***

Przez najbliższe cztery lata, do śmierci Freddiego na AIDS w 1991 roku, Jim co dwa miesiące ścina mu włosy. Stawia na środku pełnej luster, luksusowej łazienki mały stołeczek, na którym sadza Mercury’ego. Strzyże go dość krótko, inaczej, niż Freddie zwykle się strzygł, bardziej tradycyjnie, ale ten się nie skarży.
Na podłogę opadają kolejne kosmyki włosów. Freddie ma czarne, naprawdę naturalnie czarne włosy, nigdy nie farbowane i bardzo gęste.
Nawet w tych ostatnich dniach.
Tylko na czubku głowy ma małą łysinkę.
Ta łysinka rozczula Jima najbardziej.

***

Freddie umarł na AIDS w wieku 45 lat, dzień po podaniu do wiadomości publicznej, że zmaga się z tą chorobą. Byli przy nim jego najbliżsi.

***
Nie chciałam opisywać jego ostatnich lat, bo nie o nie chodzi w moim tekście. Wystarczy jednak włączyć teledysk do These are the days of our lives, ostatni teledysk, w którym pojawił się Freddie, by nie potrzebować żadnych słów więcej.

***
Jim Hutton po śmierci Freddiego do końca życia był samotny. Wyprowadził się do Irlandii, gdzie pracował z bratem jako złota rączka. Umarł w 2010 roku na raka płuc. Ze zdiagnozowanym HIV przeżył 20 lat.

***

Każda historia ma wiele różnych wersji.
Ta jest moja.