Pierwszy raz o Krzysztofie Komedzie usłyszałam wiosną, gdy mknęliśmy naszym niezapominajkowym garbusem po bocznych drogach, niedzielnym, szarym popołudniem, i słuchaliśmy radiowej Trójki. Drzemałam sobie na fotelu pasażera, czasem spod półprzymkniętych powiek obserwowałam drogę, bezlistne drzewa na poboczu, zalane szarym światłem jeszcze martwe pola pszenicy.
Mam wrażenie, że tamtego roku wiosna przyszła bardzo późno albo ja w tamtym momencie zupełnie jej nie zauważałam, zasłuchana w płynącą z radia muzykę – poruszającą do głębi serca, niekiedy zawodzącą, przerażającą, chwytającą za gardło, innym razem łagodnie otulającą dźwiękami pianina, obmywającą senną głowę. Pomiędzy kolejnymi utworami radiowiec opowiadał historię pewnego człowieka, a my mknęliśmy dalej bocznymi drogami wśród zapadającego zmierzchu, zasłuchani w nią bez pamięci…
Audycja poświęcona była muzyce Krzysztofa Komedy.


Możliwe, że wielu z was słyszało o Komedzie albo chociaż rozpoznaje jego niepokojącą Kołysankę z Dziecka Rosemary.
Możliwe, że kiedyś oglądaliście Nóż w wodzie albo Nieustraszonych pogromców wampirów.
Albo Prawo i Pięść.
Wszystkie te filmy (i serial) nie byłyby takie same, gdyby nie klimatyczna muzyka Komedy. Jeśli nadal nic wam nie świta, przygotowałam na Spotify playlistę, która odkryje przed wami muzykę Komedy. Jest tu. Włączcie ją sobie, a potem wróćcie tutaj, poczytać o miłości. Dokładnie takiej, jak muzyka kompozytora. Obezwładniającej, pięknej i zapierającej dech, a jednocześnie pełnej niepokoju i skomplikowanej.

Krzysio. Krzychu

Miał rude włosy i był bardzo cichutki, a przez przebyte w dzieciństwie polio lekko utykał na jedną nogę. Gdy przebywał w towarzystwie, można było odnieść wrażenie, że w ogóle nie słucha rozmowy, ponieważ tylko stał lekko z boku i patrzył. A potem, nagle, zaskakiwał wszystkich celną uwagą. Jego siostra mówiła, że muzyka huczała mu w głowie. Prawie było ją słychać, jeśli człowiek uważnie nastawił ucho. Krzysio potrafił w zachwycie słuchać śpiewu ptaków, który w jego w głowie brzmiał jak najdoskonalsza kompozycja. Kiedyś, po balu maturalnym, zimą, gdy wracał z kolegami do domu, po prostu wszedł na drzewo i usiadł na gałęzi, patrząc w niebo. Nie można go było stamtąd ściągnąć.

Taki był Krzyś.

Zosia. Zośka

Nazywana była Szaloną Dziewczyną. Starsza o półtora roku od Komedy piękna dziewczyna z długim jasnym warkoczem opadającym na jedno ramię, na długo przed pojawieniem się młodego jazzmana na jej drodze związała się ze środowiskiem jazzowym, „ponieważ jazz był zakazany”. Jej przyjaciółmi byli muzycy i literaci z bohemy, brylowała na salonach, piła wódkę i tańczyła w Klubie Środowisk Twórczych, pełniła rolę impresaria młodych twórców i uczestniczyła w festiwalach jazzowych.
Mówiono o niej, że pchała polski jazz do przodu, taka była obrotna i wszystko potrafiła załatwić. Choć bardzo kochała muzykę, nigdy nie grała na żadnym instrumencie. Tylko słuchała.

Taka była Zosia.

Ryży kulas i crazy girl

Pierwszy raz spotkali się na przeglądzie zespołów muzycznych w czerwcu w połowie lat 50.. On miał 25 lat, ona w listopadzie kończyła 27. On przyjechał ze swoim zespołem ona była znaną wszystkim postacią ze środowiska jazzowego i każdy chciał ją poznać. Była chodzącą legendą.

Wyobrażam ich sobie. Zosia z burzą blond włosów splecionych w warkocz, z czarną kreską na oku, w zamyśleniu pali papierosa, opierając się o ścianę, i patrzy na swingującego na scenie Komedę. Nie może oderwać od niego wzroku. Jest taki delikatny, kruchy, złotorude włosy błyszczą mu w świetle estradowych lamp. Zosia chce go ukraść. Chce się nim opiekować, chce mu ścinać włosy, chce spać z nim na kanapie w malutkim mieszkaniu na Żoliborzu.
Chce zrobić z niego najsławniejszego jazzmana w Polsce.

Rok później spotykają się znów na festiwalu. Wieczorem wymykają się we dwoje z przyjęcia. Spacerują nocą przy Wawelu, wypijają butelkę wina, którą Zosia miała w torbie. Rozmawiają. Zwierzają się sobie ze swoich marzeń. Od tego momentu stają się nierozłączni.


To Zosia przekonuje Krzysztofa, wówczas jeszcze posługującego się nazwiskiem Trzciński, by zrezygnował z praktyki lekarskiej i poświęcił się w stu procentach komponowaniu. On dotychczas myślał, że jazz będzie uprawiał po godzinach pracy, a w ciągu dnia nadal będzie laryngologiem, wyglądającym zbyt młodo jak na lekarza. W rodzinnym domu Trzcińskich wybuchła awantura – rodzice wściekli się na myśl o rezygnacji Krzysztofa z zawodu lekarza i wykrzyczeli, że już nie jest ich synem. Tego dnia Komeda wprowadził się do Zosi, która już otwarcie mogła roztoczyć nad nim opiekę.

To ona, z miłości, organizowała mu trasy koncertowe, wyjazdy, jeździła z nim na festiwale jazzowe. Wierzyła w jego talent tak mocno, że postarała się, by wystąpił ze swoim zespołem Komeda Sextet koncercie z okazji 10-lecia łódzkiej filmówki, gdzie pierwszy raz usłyszał go Roman Polański. Młody reżyser, zachwycony muzyką Komedy, zapragnął usłyszeć jego kompozycje w ścieżce dźwiękowej do etiudy Dwaj ludzie z szafą. W tej sprawie rozmawia nie z Komedą, a z Zosią, gdyż wszyscy wiedzą, że to ona wszystkim zarządza. Komeda stoi jak zawsze, lekko z boku, i tylko słucha. I tylko patrzy.

W 1958 roku Krzysztof i Zofia biorą ślub, a dwa lata później wyprowadzają się z Krakowa na warszawski Żoliborz. Krzysztof cały czas komponuje, ale nie zarabia dużych pieniędzy, nawet nie wystarcza na utrzymanie – Zosia reperuje ich domowy budżet, szyjąc w domu na zamówienie.
Wieczorami chodzą do SPATiF-u, by tam spotykać się z przyjaciółmi, artystami, warszawskim światem bohemy.
Zosia namawia Komedę, by ten się upijał, bo według niej tylko tak się odpręża po kilkudniowej nieraz sesji twórczej. Następnego dnia rano Krzysztof jednak zawsze wstawał i znów siadał do pianina. Gdy komponował, świat dla niego nie istniał. Nagrywał pierwszy pomysł na magnetofonie, potem odtwarzał go i dodawał kolejne dźwięki, nagrywając je na drugim. Potrafił zadzwonić do przyjaciela, zapytać go, co robi wieczorem, a następnie dać mu 200 złotych na imprezę w klubie, byleby tylko zabrał ze sobą Zosię żeby ta mu nie przeszkadzała w niekończących się sesjach. Niekiedy przez wiele dni Zosia z synkiem z pierwszego małżeństwa, Tomkiem, pomieszkiwała w kuchni, podczas gdy za ścianą powstawały kolejne kompozycje Komedy.

Zosia podobno rozumiała wiele rzeczy, ale że z natury była awanturna, despotyczna i lubiła wszystko kontrolować, w ich mieszkaniu co rusz dochodziło do kłótni, pomimo że Komeda był cichutki i spolegliwy. Jak sama mówiła, potrafiła wyrzucić Krzysia z domu, a gdy po godzinie otwierała drzwi, on dalej tam stał, z małą, zniszczoną walizką w ręku, i patrzył na nią w milczeniu. A ona brała go z powrotem.

Dlaczego się kłócili?
Między innymi, niestety, o zdrady Krzysztofa. Rudy, niewysoki mężczyzna z jedną nogą nieco krótszą bardzo się cieszyły, ilekroć jakaś dziewczyna zwróciła na niego uwagę. Podobno poważniejsze zdrady były dwie – dziś raczej to by było nie do przyjęcia, jednak w latach 60., jak to opowiadała Zosia w wielu wywiadach, wszystko wyglądało trochę inaczej. Ona sama uważała, że Komedzie, który całe dzieciństwo chorował na polio i ma olbrzymie kompleksy z powodu krótszej nogi, coś się od życia należy. Więc, oczywiście po karczemnych awanturach, przymykała oko na miłostki kompozytora, choć strasznie je przeżywała.

Co by się jednak między nimi nie działo, wszyscy wiedzieli, że on zawsze wróci właśnie do niej. Do Zosi. To na jej kolanach złoży rudą głowę, to jej pierwszej opowie o swoich nowych pomysłach, to jej pozwoli obciąć sobie włosy. Żyletką, bo warszawscy fryzjerzy jeszcze wówczas nie umieli strzyc dłuższych włosów, na które w latach 60. zrobiła się moda. A Zosia umiała. Umiała wszystko.

Wszystkie drogi Krzysztofa zawsze prowadziły do Zosi.

Mijają lata. Jest rok 1967. Rok, w którym Roman Polański ściągnął Komedę do Stanów, by tam komponował muzykę do jego filmów. Reżyser roztoczył przed nim wizję kariery, dotąd nieosiągalnej dla europejskich kompozytorów. To było niewyobrażalne dla chłopaka z Poznania, który dotąd żył w komunistycznej Polsce i podróżował jedynie po Europie. Miał jechać do Hollywood, miał zamieszkać w willi, czekały na niego szybkie samochody i piękne, opalone dziewczyny. I kariera.

Zosia, choć wspierała go całym sercem, nie była z tego wyjazdu zadowolona, ponieważ przeczuwała, że Komeda może już stamtąd nie wrócić. Nie wiadomo do końca, jak to było – czy ich małżeństwo sypało się z powodu jego zdrad, obsesyjnej kontroli, jaką Zosia sprawowała nad Krzysztofem, więc chciał od niej uciec, by zacząć w Ameryce nowe życie; czy może jednak chciał, po urządzeniu się tam, ściągnąć do siebie żonę i syna. Tego już chyba nikt się nie dowie, jak było naprawdę. Czy ich miłość jeszcze istniała, czy wygasła na długo przed wyjazdem Krzysztofa do Ameryki.

Komeda daje się Ameryce pochłonąć bez reszty. Wytwórnia filmowa, Paramount, podpisuje z nim kontrakt na trzy filmy rocznie, a z Ennio Morricone jedynie na dwa!
Wyobraźcie sobie – mały, rudy chłopak z Poznania z jedną nogą nieco krótszą, który większą część życia spędził w komunistycznej Polsce, trafia do Hollywood! Spełniło się jego wielkie amerykańskie marzenie – zaczął robić karierę, zamieszkał w willi w Beverly Hills, dzięki Romanowi Polańskiemu poznawał znanych ludzi i należał do ich grona. Pracował od rana do wieczora, a potem imprezował do rana z Romanem Polańskim, z pięknymi młodymi aktorkami wypijał morze alkoholu, i znów wracał do pracy.
Podczas jednej z takich imprez na Wzgórzach Hollywood poznał Marka Hłaskę, polskiego pisarza, który tak jak on szukał w Hollywood swojej złotej gwiazdki. I, jak pisała w swoich wspomnieniach Zosia, bardzo się pokochali. Może to temat na inną historię o miłości?

Ścieżka dźwiękowa do Dziecka Rosemary, jak i sam film w reżyserii Polańskiego, okazały się hitami. W Nowym Jorku na każdym rogu ulicy nucono kołysankę, leciała z radioodbiorników w żółtych taksówkach. Przed Polańskim i Komedą otwierała się świetlana przyszłość.

Zosia bardzo chciała, by po ukończeniu zdjęć do Dziecka Rosemary Krzysztof wrócił do Polski. Odwiedziła go w Stanach i nie spodobał jej się styl życia, jaki prowadził. Mierził ją blichtr, nadęcie i wszechobecne przekonanie ludzi o własnej nieśmiertelności.

Ale Krzysio był już stracony. Stracony dla Ameryki, dla Polańskiego, dla Hłaski i dla małego żółtego mustanga, którym jeździł w zawrotnym tempie po krętych drogach na Wzgórzach Hollywood.

Zosia wróciła więc do domu sama.
Miała tylko jeszcze jeden raz pojechać do Ameryki.

Pewnego wieczoru Komeda ze swoim przyjacielem Markiem Hłaską (możecie go zobaczyć na zdjęciu u góry) włóczyli się, pijani, w okolicach jego willi w Beverly Hills.
Czy to Hłasko ciągnął za sobą wstawionego Krzysia, czy to raczej Krzyś pomagał Markowi iść prosto, nieważne. Rozprawiali, jak wypici ludzie, o wszystkim i o niczym. W pewnym momencie Krzyś, jak to Krzyś, trochę się wyłączył. Hłasko chciał zwrócić na siebie jego uwagę, więc szturchnął Komedę łokciem. Ten stracił równowagę i spadł ze skarpy, uderzając się w głowę. Hłasko rzucił się na ratunek przyjacielowi i próbował wnieść go na górę, ale znów upadli. W końcu Krzysztofa zabrała karetka, wezwana przez Hłaskę na miejsce wypadku.

Przez kilka następnych tygodni Krzysztof źle się czuł, ale mówił, że to początki grypy. W końcu stracił przytomność. I nigdy do końca się nie obudził.

Przez dwa tygodnie Zosia nie wiedziała o stanie Krzysztofa. Gdy w końcu przyjechała do Stanów, nie odstępowała jego łóżka w szpitalu na krok. Trzymała Krzysia za rękę, a ten głaskał kciukiem wierzch jej dłoni. Towarzystwo amerykańskie, w którym przebywał, podczas wizyt było tak głośne i roześmiane, że Zosia zabroniła im odwiedzin. Jedyny Hłasko ciągle przychodził i przychodził. Załamany stał nad łóżkiem Krzysztofa. Ciągle udręczonym głosem powtarzał, że nie wie, naprawdę nie wie, w którym momencie zabił Krzysia. Czy wtedy, gdy go pchnął łokciem, czy wtedy, gdy niósł go na rękach.
Powiedział Zosi jeszcze jedno zdanie, które najbardziej utkwiło mi w pamięci:

Jeśli Krzysio pójdzie, to ja też pójdę.

Zosia nigdy nie wybaczyła Ameryce, wybaczyła tylko jemu.

***

Komeda zmarł dokładnie 50 lat temu, 23 kwietnia 1969 roku, w polskim szpitalu. Zosia wywalczyła przewiezienie go ze Stanów do Polski, by tutaj poddać go skomplikowanej operacji. Uważała, że polscy lekarze są najlepsi na świecie i gdyby mogła wrócić z nim do domu wcześniej, Komeda nadal by żył.

***

Na jego pogrzebie zagrano Kołysankę z Dziecka Rosemary.

***

Hłasko dwa miesiące później przedawkował środki nasenne.

***

Zosia nigdy nie wyszła ponownie za mąż. W 2009 roku, w ostatnim wywiadzie udzielonym przed śmiercią, mówiła o Krzysiu w czasie teraźniejszym. Jakby od jego śmierci wcale nie minęło 40 lat. Jakby zaraz miał wejść do pokoju, w którym leżała, i jeszcze raz złożyć swoją rudą głowę na jej kolanach.


***

Każda historia ma wiele różnych wersji.
Ta jest moja.

***

PS. Przy pisaniu korzystałam z następujących źródeł (jeśli chcielibyście przeczytać więcej o tej historii, gorąco zachęcam):

  1. M. Grzebałkowska, Komeda. Osobiste życie jazzu, Wydawnictwo Znak
  2. http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,22776700,krzysztof-domyslal-sie-ze-cos-jest-nie-tak-ostatnie-godziny.html
  3. http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,6553596,Krzysztof_Komeda__Chlopiec_to_byl.html
  4. https://opinie.wp.pl/tomasz-lach-pod-koniec-zycia-zosia-komedowa-otworzyla-sie-przede-mna-zalowala-ze-zostawila-krzysia-w-hollywood-6126038089459329a