Droga przed naszym blokiem była wyłożona kostką brukową.
Szarawą, nierówną, pokrytą warstwami małomiasteczkowego kurzu, gdzieniegdzie popękaną. Miejscami z tych szczelin wyrastały drobne chwasty i bladozielona, rachityczna trawa, z której nie dało się wydobyć dźwięku, mimo że się w nią dmuchało i dmuchało.

Bawiliśmy się na niej całymi dniami. Samochodów wówczas w naszym malutkim miasteczku było niedużo, a nawet jeśli już jakiś zabłądził w tę naszą boczną, brukowaną drogę, to zwykle był to rozklekotany maluch z tatusiem w środku, który parkował bliziutko krawężnika. Tak, żeby zająć jak najmniej miejsca. Żeby nam nie przeszkadzać.
Graliśmy na niej w gumę, w palanta, w badmintona. Chociaż może graliśmy to za duże słowo, bo ja miałam wówczas z sześć lat, ale jak mi starsi dali w końcu parę razy odbić, albo udało mi się zgadnąć w „Ali ali, miasteczko się pali”, co w pobliżu na literę N miał ktoś na myśli („niebo!”), to chodziłam dumna z siebie jak paw.

Przy tej drodze stało też nasze przedszkole, w budynku z pięknymi wykuszowymi oknami, z placem zabaw pełnym skrzypiących huśtawek. Odłaziła z nich ciemnobordowa farba, którą zdrapywaliśmy palcami, odkrywając pod nią jeszcze starszą, bladoniebieską. Któregoś dnia spadłam z trzepaka i pojechałam do szpitala. Do dziś mam pod kolanem maleńkie wgłębienie, które pocieram ręką, gdy się zamyślam.

Gdy kończyliśmy przedszkole, nic się nie zmieniało – szkoła była po drugiej stronie brukowanej drogi. Na długiej przerwie można było szybko pobiec do domu i napić się wody prosto z czerwonego dzbanka. Żadna woda nigdy później tak nie smakowała. Przy tej samej drodze można było po południu spotkać jeszcze swoją starą panią z przedszkola, która zawsze miała w torebce cukierka, choć już nie byłam przedszkolakiem.

Nie była to długa droga, o nie. Gdy wychodziło się z naszego bloku i odwróciło się w lewą stronę, można było objąć ją całą wzrokiem. Kilka bloków, pojedyncze domy, jeden sklep, przedszkole i szkoła, znów bloki i koniec, w prawo albo w lewo, wybierz kierunek, drogi podróżniku, który do nas zawitałeś. W oddali, nad całym miasteczkiem, górowała ceglana wieża kościoła z wielkim, okrągłym czarnym zegarem. Widać go było z każdego miejsca w naszym miasteczku. Spoglądał na nas jak stary, zadumany człowiek. W moim dziecięcym świecie był najbardziej stałym elementem krajobrazu. Gdy na niego patrzyłam, czy to grzebiąc patykiem w piasku, czy zwisając z trzepaka, czy wracając ze szkoły z mężnie powstrzymywanymi łzami i dziurą na kolanie w nowych rajstopach, czy przedłużając w nieskończoność swój pobyt na podwórku w ciepły letni wieczór, zawsze wzbudzał we mnie spokój. Bo tam jest. Bo nic się nie zmienia. Bo możemy się bawić i bawić, aż zabraknie nam tchu, aż noc niepostrzeżenie zakradnie się na nasze podwórko, aż otworzy się okno na parterze i usłyszymy: „Kolacja!”.

***

W dzieciństwie często miewałam koszmary, ale najgorszy, który pamiętam do dziś, związany jest właśnie z tą naszą brukowaną drogą.
Śniło mi się, że się obudziłam i wyszłam przed blok. Na drodze było pusto, nie było żadnych dzieci, żadnych badmintonów, żadnych rozklekotanych maluchów z tatusiami w środku, i nawet powietrze się nie ruszało. Odwróciłam głowę w lewą stronę, by przekonać się, ża stary kościół nadal tam stoi, że wszystko jest w porządku. I stał, ale był inny, rozmywał się w powietrzu, trudno było dostrzec jego kontury. Obok mnie stanęła moja mama i w milczeniu położyła mi rękę na ramieniu. Razem patrzyłyśmy w tamtą stronę, a mi się robiło coraz straszniej i straszniej, jakbym oczekiwała na coś straszliwego, co zaraz ma się wydarzyć.
„To przyjdzie z tamtej strony” – powiedziała we śnie moja mama, nie odrywając wzroku od horyzontu i mrużąc oczy. Ogarnął mnie przeraźliwy strach, dławiący, rozdzierający serce, że to, co zbliża się nieuchronnie, powoli kładąc się cieniem na wszystkim poza zasięgiem mojego wzroku, przed czym nie ma ucieczki, rozerwie mój szczęśliwy, bezpieczny świat na kawałki.
Pochłonie stary kościół, nasze bloki, brukowaną drogę i na końcu…

Obudziłam się z płaczem.

***

Jest dwadzieścia pięć lat później.
Budzę się z niepokojących snów, w zmiętej pościeli, z włosami zlepionymi nad karkiem.
Przez parę chwil światło słoneczne razi mnie w oczy i myślę sobie: „Jak dobrze, że to był tylko sen!”.

Tak, to był sen.

A potem uświadamiam sobie, że rzeczywistość jest bardziej niepokojąca.
Jechałam dzisiaj krętą, warmińską drogą, na której ruch był zdecydowanie mniejszy niż zwykle. Wjechałam do miasteczka, po którym ukradkiem, jakby się czegoś wstydząc, albo przed czymś kryjąc, przemykali ludzie w maskach. Nikt nie wystawiał twarzy do słońca.
Towarzyszyło mi poczucie odrealnienia.
Znowu, ale chyba pierwszy raz na jawie i w świetle dnia, tak wyraźnie poczułam zagrożenie, którego nie widać.
Dzisiaj świat niebezpiecznie przypomina mój koszmar z dzieciństwa.
Z którego nie mam jak się obudzić.

Ciekawe jak dzisiaj będzie wyglądał zachód słońca w miasteczku mojego dzieciństwa.