Włączcie sobie do czytania poniższy kawałek, on najbardziej kojarzy mi się z tym dniem:

Tego dnia miałam poranny dyżur w redakcji, więc by zdążyć umyć włosy, musiałam wstać przed ósmą.
Odgarnęłam na bok białą pościel, pierwszą, jaką kupiliśmy do naszego mieszkania, i wstałam z rozłożonej do spania brązowej kanapy, którą przywieźliśmy z domu rodzinnego Konrada. Na porządne łóżko i resztę mebli nie było nas jeszcze stać. Wszystkie oszczędności wydaliśmy, by móc zamieszkać razem.

Pamiętam z tego dnia, że mieszkanie było puste, jeszcze nieumeblowane, a przez to wydawało się wyjątkowo rozległe i ciche. Śnieg leżał na dachowych oknach, przez co w pokoju panował półmrok. Przeszłam bosymi stopami po wychłodzonej nocą podłodze i weszłam do łazienki, w której było jeszcze zimniej, bo piecyk niedomagał, o czym dowiedzieliśmy się dopiero dwa lata później, a ja myślałam, że tak po prostu ma być. Ma być nam zimno i mamy się kochać, jak w książkach.

Był 11 stycznia 2016 roku, śnieg padał w najlepsze, a ja myślałam o skrobaniu szyb w garbusie.

Pod prysznicem mieliśmy radio, w którym na stałe ustawiona była Trójka. Czasem udawało mi się przestawić ją na RMF Classic, ale wtedy radio trzeszczało, więc pod prysznicem byliśmy skazani na Trójkę. Stojąc pod strumieniem gorącej wody, słuchałam jakiegoś porannego jazzu, już nie pamiętam jakiego, a potem, z rozpędu, porannych wiadomości punkt ósma.

Proszę państwa, obudziła nas dziś bardzo smutna wiadomość. Wczoraj w nocy zmarł muzyk, wokalista, multiinstrumentalista, aktor… – powiedział pan dziennikarz potwornie przybitym i drżącym głosem. W tym ułamku sekundy, który dzielił mnie od poznania nazwiska zmarłego o wielu twarzach, zdążyłam pomyśleć, że nienawidzę stycznia, bo tylu ludzi wtedy odchodzi i że znów ktoś już nigdy niczego nie zagra i nie zaśpiewa, i że o Boże, biedny człowiek. – …prawdziwa legenda… David Bowie.

Poczułam, jakby coś zacisnęło się na mojej szyi. Wydawało mi się, że się przesłyszałam. Zakręciłam wodę i wsłuchiwałam się w głos wypełniający kabinę prysznicową, a ten głos wciąż powtarzał: Bowie, Bowie, Bowie… Jak to możliwe?! Jak mógł umrzeć David Bowie?!

Jak mógł?

Założyłam szlafrok, zawinęłam włosy w ręcznik, serce waliło mi tak, jakby chciało mi się wydrzeć z piersi, i wyszłam z łazienki. Spojrzałam na Konrada przebudzającego się dopiero ze snu, a on spojrzał na mnie, bladą i wystraszoną.

– David Bowie umarł – powiedziałam i rozpłakałam się.

***

Jest taka scena w „Californication”. Hank i Karen są młodzi, jest 1994 rok. Karen siedzi na brzegu łózka i pełnymi łez oczami ogląda w telewizji wiadomości; właśnie znaleziono ciało Kurta Cobaina. Hank budzi się w czarnej pościeli i pyta, co się stało. „Kurt Cobain nie żyje” – odpowiada przez łzy Karen – „Samobójstwo. I jestem w ciąży”.


***

Usiadłam na brzegu łóżka, uśmiechnęłam się nieśmiało przez łzy i zapytałam:
– I co, pewnie powinnam powiedzieć teraz, że jestem w ciąży?

Załapał od razu, ale był to bardzo ponury śmiech.

***
Jeszcze w szlafroku zadzwoniłam do swojej przyjaciółki, która od ósmej była w pracy i wiedziałam, że na pewno odbierze.
– Ale co ty mówisz?! – nakrzyczała na mnie. – David Bowie nie mógł umrzeć! Przecież on miał niedawno urodziny! – I też się rozpłakała.

A mój tata, do którego zadzwoniłam chwilę poźniej, bo to przez niego teraz płakałam, bo to on mnie nauczył kochać tych, którzy tworzą muzykę, po chwili ciszy powiedział:
– No cóż, córcia, tak teraz będzie. Oni wszyscy będą odchodzić.

***
Pojechałam do pracy, jak każdego innego, zwyczajnego dnia, bo musiałam, bo byłam przecież dorosła, ale zanim wysiadłam z samochodu pod redakcją, siedziałam kilka minut bez ruchu i patrzyłam na niebo przez przednią szybę. Stalowoszare niebo, które zwiastowało nadejście kolejnych opadów śniegu. Z radia leciało „Space Oddity”, samochodowy zapach w kształcie nieśmiertelnika, zwisający z lusterka, kołysał się w takt muzyki. A ja myślałam o tym, jak wiele ze swego uroku stracił świat w tej jednej chwili…

Tak, wiem, to absurdalne odczuwać tak dużą stratę z powodu odejścia kogoś, kogo nigdy się nie spotkało.
A jednak to właśnie czuję.
Przez cztery lata nie udało mi się pogodzić z odejściem tego ryżego hultaja.
Na mojej półce ciągle stoi nierozpakowany winyl, z jego ostatnim albumem. Zamówiłam go przed premierą. Dostałam w dniu jego urodzin. Nie przesłuchałam go w całości do tej pory.
Przesłucham ją w tym miesiącu. I dokończę te teksty o nim, które kiedyś rozpoczęłam, a nie skończyłam, bo on odszedł, a ja się obraziłam.
Potraktujcie ten wpis jako wstęp.