Norwegia nigdy nie była moim wymarzonym celem podróży. Ani nie działa się tam akcja jakiegoś klasycznego filmu, ani nie jest tam jakoś specjalnie ciepło, ani tanio, wszyscy chodzą w sportowych ubraniach i przeciwdeszczowych kurtkach, a w Danii i Szwecji już byłam, więc doszłam do wniosku, że Skandynawię mam już odhaczoną. Do Norwegii nie ciągnęło mnie ani trochę, więc gdy Konrad powiedział, że fajnie byłoby polecieć do Stavanger w pierwszej połowie sierpnia, wzruszyłam ramionami. Skoro tego chciał, to dlaczego nie? Przecież każda podróż lepsza niż żadna.

Jak bardzo się wtedy myliłam!

Morze i góry jednocześnie. Prawie na każdym kroku. I małe domki jak z norweskich thrillerów

Jeśli chodzi o Norwegię, powstanie na pewno jeszcze jeden wpis, znacznie obszerniejszy niż ten, dotyczący się samego pobytu tutaj i praktycznych wskazówek, jak jednak nie wydać tych milionów monet, a nasycić brzuchy, oczy i ducha.

Natomiast ten wpis będzie tylko o jednej rzeczy.
Która mnie zachwyciła.
O której śniłam na wiele lat przed jej zobaczeniem w realnym świecie.
O Preikestolen.
O Ambonie.

Niby Ambona, a jakby Wieża Babel mówiąca tysiącami języków…

Przed wyjazdem wiedziałam, że pójdziemy w góry popatrzeć na ładne widoki. Wiedziałam, że trzeba będzie iść 2-2,5 godziny w górę i trochę mniej w dół. Że wchodzą tam bez trudu staruszki i kilkuletnie dzieci. Jednocześnie gdzieś przeczytałam, że jakaś Azjatka schodziła z góry na czworakach, bo kamienie były dla niej za wysokie. Że trzeba mieć dobre buty, sportowe ubranie i lepiej mieć deszczak. Tyle wiedziałam przed.

A to jest to, co wiem po.

TO JEDNO Z NAJPIĘKNIEJSZYCH MIEJSC, JAKIE W ŻYCIU ZOBACZYŁAM

A właściwie jedno z dwóch, bo pierwsze to kanion Verdon i jezioro Świętego Krzyża w południowej Francji, w których zakochałam się do szaleństwa od pierwszego wejrzenia i marzę, by tam powrócić, choć pewnie tym razem nie uda się tak jak wtedy, gdy po długiej, krętej i uroczej drodze w górach przyjechaliśmy tam na chwilę przed deszczem. Wokół nie było żywej duszy, góry milczały, a tafli jeziora nie muskał najmniejszy powiew wiatru. Człowiek czuł się jakby był sam na świecie i miał w sobie taką nieznośną lekkość, jakby miał się zaraz ze szczęścia unieść w powietrze.

Bardzo podobnie się czułam, gdy zobaczyłam po raz pierwszy fiord Lysefjorden, zanim jeszcze dotarłam na skalną półkę, o którą się rozchodzi, z angielska nazywaną Pulpit Rock (taki napis wyświetlał się w autobusie, stąd wiem, ale jakoś za bardzo kojarzył mi się z niepokojącą Hanging Rock z tego filmu o dziewczynach w białych sukienkach).

Szczęście rozdarło mnie w środku. Nie zbliżałam się do krawędzi, mam na to zbyt bujną wyobraźnię i zbyt nieskoordynowane ruchy, więc tylko patrzyłam. Na dwa odcienie błękitu i stalowoszare skały poprzetykane zielenią, aż niemożliwe do objęcia rozumem. Jak może istnieć coś tak pięknego? Czułam w głowie i sercu to, co dopiero nazwała jedna z moich obserwatorek na Instagramie – „zew pustki”. Gdy tak patrzyłam na tę monumentalność gór, na tę niewiarygodną, błękitną przestrzeń, na odległość, która dzieliła mnie od tafli wody w dole, przez chwilę właśnie miałam to uczucie, które jak każde uczucie, najlepiej brzmi po francusku – „L’appel du vide”…

Gdyby tak można było poszybować w powietrze nad tym błękitem…


WIDOK SMAKUJE LEPIEJ, JEŚLI SIĘ DOTARŁO DO NIEGO NA WŁASNYCH NOGACH

Nawet jeśli po drodze stoisz w korku na szlaku, bo rozhulał się deszcz, a inni turyści (prawdziwa pielgrzymka turystów) znaleźli się tu przypadkiem i wchodzą w trampkach/półbutach/pantoflach, a te mają to do siebie, że nie zostały stworzone, by deptać górskie szlaki, więc lubią krnąbrnie ślizgać się na kamieniach. A wtedy cała reszta musi czekać cierpliwie na takiego delikwenta, by znowu złapał rytm wędrówki.

Nawet jeśli ktoś cię wymija, praktycznie biegnąc pod górę, z mięśniami ud jak u Terminatora, opiętymi czarnymi getrami z lajkry, a ty bardzo nie lubisz, jak ktoś jest lepszy od ciebie i wygląda lepiej w getrach z lajkry, chociaż dotąd z górami miałeś tyle wspólnego, ile trwała wycieczka do Morskiego Oka, a ty podczas niej jęczałeś mamie, no ile jeszcze.

A tak sobie przystanęłam i popatrzyłam Bo zaparło mi dech.

Nawet jeśli idziesz już całą wieczność, a tu się okazuje, że przeszedłeś dopiero jeden kilometr z czterech, a dopiero za zakrętem zaczyna się naprawdę strome podejście. I gdy je pokonasz, skacząc z kamienia na kamień pod górę chyżo niczym kozica, szacując w głowie długość kolejnych kroków i szybko decydując, gdzie następnie postawić nogę albo kogo przepuścić w drodze w dół, znów się okazuje, że to, co do tej pory przeszedłeś, to zupełnie nic. A ty już masz ochotę na drugą i ostatnią kanapkę z kotletem, choć dopiero co w kilku kęsach pożarłeś pierwszą i zagryzłeś bananem.

Nawet wtedy.

Takie tam, z wycieczki. Nic szczególnego.

FAJNIE JEST Z NIKIM SIĘ NIE ŚCIGAĆ

Przed wejściem na szlak stoi tabliczka z kilkoma informacjami. Że należy się ubrać odpowiednio do pogody w górach, czyli że trzeba być przygotowanym i na słońce, i na deszcz. I że w trasę należy wybrać przed południem, bo wejście i zejście trwa ponad 4 godziny, a często i więcej, jeśli chce się posiedzieć na szczycie i porozkoszować widokiem fiordu. Byłam podekscytowana tą wyprawą, bo to moja pierwsza taka, i podeszłam do niej poważnie, nawet jakby miała się okazać prostym spacerkiem, o czym informowało mnie uprzejmie wiele osób, trochę sobie ze mnie kpiąc, że ja taka przejęta jestem norweskim Morskim Okiem, na które da się wejść w półtorej godziny, a potem z niego zbiec w niecałą godzinkę. Pewnie to możliwe, ale JA siebie znam lepiej niż inni ludzie, no nie? 😉

Zresztą co roku słyszy się w wiadomościach o nieprzygotowanych turystach, którzy utknęli w drodze na Morskie Oko. Tak się właśnie kończy mówienie o trasach, że są dla dzieci. Do gór zawsze trzeba podchodzić z szacunkiem.

Po drodze na górę mijała mnie masa ludzi, gdy zbliżałam się do szczytu, inni, którzy ze mną zaczynali się wspinać, już stamtąd wracali, a ja sobie schodziłam beztrosko ze szlaku, ilekroć chciałam złapać trochę oddechu i chwilę odpocząć, oglądałam widoki i próbowałam na zawsze zapisać je w głowie, i cieszyłam się, że nikomu nic nie muszę udowadniać.

Na brzegu Preikestolen usiadłam i patrzyłam… (żartuję, nie usiadłam na żadnym brzegu. Przycupnęłam na skale i strzygłam uszami jak zając).

JEDNAK FAJNIE JEST MIEĆ TROCHĘ KONDYCJI

Mimo wszystko jednak warto jest mieć trochę kondycji, jeśli na górze nie chce się wypluć płuc, a potem leżeć w łóżku przez kilka dni. A już w ogóle jest najfajniej, jak się okazuje, że siłownia przynosi widoczne efekty – bardzo łatwo przeskakiwało mi się z kamienia na kamień, nie odczuwałam specjalnego zmęczenia, a nawet ruch sprawiał mi radość, do tego stopnia, że nie mogę się doczekać się kolejnej naszej podróży, podczas której będę mogła gdzieś pójść 😉 (tu chciałabym zaznaczyć, że pomimo bycia względnie szczupłą przed pójściem na siłownię nie weszłabym pod górę nawet kilometra, a i stamtąd Konrad musiałby mnie znosić na rękach, klnącą, że nigdy więcej w góry, tylko morze).

Te płaskowyże były chyba najpiękniejsze. Mogłabym tam mieszkać


NO I WYPADA SPRAWDZIĆ WCZEŚNIEJ, JAK SIĘ TAM DOSTAĆ

(Jeśli nie chciało ci się czytać całego postu, tutaj masz najważniejsze rzeczy)

Doszłam w końcu do najważniejszej z punktu widzenia przyszłych podróżników części tego wpisu: emocje każdy przeżywa swoje, ale co innego, jeśli chodzi o porady praktyczne. One przydadzą się zawsze, bez względu na to, czy kochasz wyprawy, czy idziesz tam za karę, czy nawet komuś coś udowodnić.

Najlepszą bazą wypadową jest Stavanger. Sprawdźcie sobie na mapie, gdzie Stavanger leży, a teraz zastanówcie się, dlaczego spotkałam tam kilku Norwegów szalenie podobnych do Eda Sheerana. Jeden z Edów Sheeranów nawet był w obsłudze promu, który stanowi jedyny sposób (oprócz helikoptera, jeśli taki macie), aby dostać się ze Stavanger do Tau, skąd jedzie się autobusem na parking przy wejściu na Preikestolen.

Można albo od razu kupić bilety na prom i na autobus w obie strony u pośrednika np. na GoFjords.com albo w takich małych stoiskach tej firmy na świeżym powietrzu, zaraz obok miejsca, gdzie cumuje prom (jak tam byłam, to stały w wejściu do budynku terminalu promowego). Można również kupić je oddzielnie. Wtedy bilety na prom kupuje się bezpośrednio na promie. Wszystkie drogi w Stavanger prowadzą do wody, a więc gdy będziesz w centrum, po prostu trzeba iść wzdłuż wybrzeża i w końcu trafi się na terminal. Oznaczony jest żółtą tabliczką z czarnym napisem Tau. Wokół niej będą kręcić się ludzie w sportowych ciuchach i butach do wspinaczki – wtedy będziesz wiedział, że trafiłeś. A potem po prostu wchodzisz na ten prom, zajmujesz miejsce, z którego najlepiej będzie patrzeć na wodę, podchodzi do ciebie pracownik promu z terminalem i po prostu sprzedaje ci bilet 🙂

Koszt zestawu biletów na prom i autobus w obie strony na GoFjords.com: 360 NOK, czyli 158 zł, online kupisz je tu.

Koszt biletu promem ze Stavanger do Tau: 64 NOK, czyli około 28 zł w jedną stronę (wracając, postępujemy analogicznie, a następnie padamy bez życia na najbliższe wolne miejsce).

Rozkład jazdy promów do 31.12.2019

Na ten temat wiedzę mam wątłą, czy to prom, czy to prom, czy to prom, czy to prom, prom

Jeśli wybraliście, jak my, oddzielne bilety, dzień wcześniej trzeba zaopatrzyć się w bilety na autobus (kupowane bezpośrednio u kierowcy są znacznie droższe). My skorzystaliśmy z przewoźnika Pulpit Rock Tours. Po zejściu z promu po prostu rozglądasz się za białym autobusem z takim fioletowym logo Pulpit Rock Tours, na wszelki wypadek pokazujesz kierowcy pdf-a z biletami, on kiwa głową, a ty pakujesz się do autobusu, gotów na dalszą część wycieczki. Nie trzeba czekać na autobus, one mają rozkłady dopasowane do rozkładu jazdy promów. Wręcz czyhają na nabrzeżu 😉

Koszt biletów na autobus z Tau pod Preikestolen w obie strony: 220 NOK, czyli około 97 zł, online kupisz je tu.

Rozkład jazdy autobusów Pulpit Rock Tours

W sumie zakup oddzielnych biletów wyniesie 348 NOK, czyli o 12 NOK taniej niż w przypadku zestawu biletów. To już jak komu wygodniej.

PS. Zanim wejdziecie na górę, warto zrobić sobie zdjęcie rozkładu jazdy powrotnego. Bo im bardziej po południu, tym rzadziej kursują autobusy. Bo potem trzeba wybrać: albo zapierdzielasz, by zdążyć na ostatnią chwilę, albo jeszcze masz czas na podziwianie widoków i leżenie w trawie 😉

Czy to blondczy to blondczy to blondczy to blondblond? Tak.

***

Na autobus powrotny czekaliśmy czterdzieści minut. W deszczu, do którego już się przyzwyczailiśmy, a mnie to już nawet zaczął sprawiać przyjemność. Siedzieliśmy rzędem na krawężniku. My i ludzie z przeróżnych stron świata. Chociaż czułam duże zmęczenie i oczy mi się kleiły, marzyłam sobie troszeczkę, by jeszcze raz zobaczyć fiord z Preikestolen. Gdy przysypiałam w autobusie, który unosił mnie coraz dalej i dalej, w stronę promu do Stavanger, pomyślałam sobie, że jeszcze tam wrócę.
I że jakie to jest piękne, że mam na świecie jeszcze tyle do zobaczenia.