Chciałbym zrozumieć, w jaki sposób z rzeczy tak prostej, jak wizyta u fryzjera, można zrobić całą wyprawę.

Tak się składa, że mamy z K wspólną fryzjerkę, zdarza się, że chodzimy razem, zdarza się też inaczej. Bo nam się terminy nie zgadzają.
– Poszedłbyś do fryzjera.
– Poszedłbym.
– To zadzwoń, mnie też umów.
– Na jutro?
– No coś ty, muszę się przygotować. Najwcześniej następny poniedziałek.
Stanąłem więc w obliczu tygodnia przeglądania pism, blogów (błagam, tylko nie maszynką na Kasię Tusk) i innych źródeł najnowszych trendów w poszukiwaniu idealnej nowej fryzury. Rozumiem potrzebę zmian. Garderoba dopiero co przeszła znaczące uaktualnienie, ona dalej potrzebuje czegoś nowego, więc padło na włosy. 
– A ta?
– Mhm.
– Na równo?
– Mhm.
– A może grzywka?
– Spróbuj tylko.
– Sprawdzałam, czy słuchasz.
A ja i tak wiem, jak to się skończy. Wczoraj strzygłem się ja i potwierdzałem wizytę K. Mimo wielkich planów, nadziei i poszukiwań, efekt jest z góry przesądzony.
– Poniedziałek o 11?
– No tak.
– A wiesz, co chce zrobić? Żebym wiedziała, ile czasu mniej więcej zajmie.
– Nie martw się. Na bank tylko podetnie końcówki.
I dzień po powrocie zacznie kurację kozieradką. Bo za krótkie.
Stawiam na to moją idealną fryzurę.