Pamiętacie, jak opowiadałem wam o wyjeździe do Londynu? Pamiętacie, że obiecałem, że to jeszcze nie koniec? Pamiętacie, że zapowiadałem niespodziankę?

W wielkim skrócie chodziło o to, że WizzAir i Raiffeisen Polbank postanowiło wyjść naprzeciw wszystkim podróżnikom, globtroterom i stworzyć produkt, dzięki któremu można i taniej latać, i wygodniej wydawać hajs za granicą. Wynikiem współpracy jest akcja „Najsprytniejsi latają taniej” i bardzo fajne karty, o których więcej mogliście przeczytać tutaj, a teraz możecie zamówić, pukając tutaj.

1

Dzisiaj wracam z obiecaną niespodzianką, czyli konkursem z wypasionymi nagrodami. Takimi naprawdę wypasionymi akcesoriami polskiej marki Wittchen. Jakość pierwsza klasa, sam bym takie chciał, ale kazali rozdać, więc rozdaję. Bez większego wysiłku możecie zgarnąć:

Miejsce I: zestaw wyjątkowych walizek na kółkach (kółka się obracają)

 2

Miejsce II: walizka seksownie czerwona lub męsko czarna

3
Szczęśliwy zwycięzca będzie mógł sobie wybrać kolor

Miejsce III: portfel skórzany damski lub męski skórzany portfel

4
Szczęśliwy zwycięzca będzie mógł sam określić swoją płeć
i wybrać wersję damską albo męską

Zanim jednak te cacka znajdą szczęśliwych zwycięzców, musicie mi udowodnić, że na nie zasługujecie. Nie musicie bić się o nie w popularnym dyskoncie ani wpisywać się na listy oczekujących. Wystarczy pokazać, że jesteście prawdziwymi spryciarzami. Przypomnijcie sobie jedną sytuację, w której wykazaliście się sprytem w trakcie wakacji lub podróży i opowiedzcie o niej w komentarzu. Słowami, rysunkiem, zdjęciem, wierszykiem, piosenką, czymkolwiek chcecie. Ja spośród waszych zgłoszeń wybiorę trzy osoby, które zgarną nagrody. I wcale nie muszą to być tytani intelektu, którym się powiodło. Cwaniackie faile też mogą zasłużyć na nagrodę. Dowolność macie ogromną, czas do końca piątku 17.10.2014. Zwycięzców będę wybierał ja, a wybierał będę bardzo subiektywnie i o swoim wyborze napiszę wam w piątek. Pamiętajcie, że muszę się z wami jakoś skontaktować, więc raczej nie komentujcie bez logowania. Jest XXI wiek, konto google zakłada się minutę.

WYNIKI
I MIEJSCE

5
Za skuteczną walkę z uczelnianym bandytyzmem

II MIEJSCE

6
Za piękny zwrot akcji i soczystego faila

III MIEJSCE

7
Za jedyną formę inną niż słowo. Nawet jeśli nie do końca na temat

Wszystkich nagrodzonych proszę o wysłanie mi maila z adresem, pod który ma zawitać monsieur kurier z nagrodą, i numerem telefonu, pod który rzeczony monsieur ma rzeczoną nagrodę dostarczając zadzwonić.

Dzięki wszystkim za zabawę. Tym, którym się nie udało, wysyłam buziaka na pocieszenie i zapraszam następnym razem :*


  • Każdy żeglarz po ponad dobie rejsu w morzu marzy o prysznicu. No dobra, każda żeglarka:) Dobijamy do portu w Norwegii. Pod pokładem huragan, każda szuka kosmetyczki, ręcznika, czystych ciuchów. Kto pierwszy. Zaczyna się szaleńczy bieg ku łazience. Bieg na orientacje, poszukiwanie tabliczek z rysunkiem prysznica, przeciwniczki już są blisko, czujesz i ich oddech na plecach. Mijasz drzwi, ostatnia prosta, wbiegasz do kabiny i… widzisz automat do którego musisz wrzucić pieniążek by poleciała ciepła woda. Duży pieniążek. Za duży jak na 5 minut ciepłego prysznica. Ale nie tracisz głowy. Pod zlewem stoi kosz na śmieci. Ogromny kosz. Wyrzucasz worek ze śmieciami, wlewasz pełne wiadro wody (odkręcając syfon lub używając szufelki od miotły, bo inaczej się nie da, no ew. może być małe wiaderko uprowadzone na potrzeby akcji z pralni) i z wielkim uśmiechem na twarzy lecisz pod prysznic. ZA DARMO! A zaoszczędzone pieniądze wydajesz na zagraniczny szoping. Sprawdzone:)

  • Pierwsze wspomnienie, które przychodzi mi na myśl dotyczy nocowania na lotnisku. Wraz z dwojgiem kolegów dorwaliśmy tanie bilety lotnicze i zrobiliśmy sobie kilkudniową wycieczkę do Warszawy, Gdańska, Oslo i Łodzi. Lot z Gdańska do Oslo mieliśmy wcześnie rano, więc nie opłacało się nam wynajmować hotelu. Weszliśmy na lotnisko z rozładowanymi telefonami i ipadami, nieśmiało przycupnęliśmy przy gniazdkach w rogu, trochę twardo, ale do rana jakoś wytrzymamy:)
    Po chwili jednak staliśmy się pewniejsi i postanowiliśmy usiąść w jednej z zamkniętych kawiarni, z której szczęśliwym zbiegiem okoliczności, wystawała listwa:) W ten oto sposób mieliśmy prąd, internet i w dodatku było wygodnie. Jedyny minus to brak pilota do klimatyzacji, która chodziła non stop powodując, że zmarzliśmy!
    http://zapodaj.net/02f95a7433f41.jpg.html

  • 2004 rok, byłem młody, szalony i głupi, więc stwierdziłem w przypływie szaleństwa że pojadę autostopem z Wrocławia pod Londyn. Przez Niemcy, Holandię, Belgię i Francję. Podróż w zasadzie arcyciekawa, pełna emocji i dziwnych ludzi… Pod Dortmundem zatrzymała się czwórka Hiszpanów, z którymi paliłem haszysz. Pod Liege zatrzymał się nauczyciel j. angielskiego z którym paliłem marihuanen. Pod Newport zatrzymał się wariat, który chciał mi oddać starego Opla Kadetta. A w Dover złapałem prawie 60 letniego zboczeńca, który… Oh, wait, to nie brzmi dobrze. Ja serio nie skorzystałem z propozycji trójkąta z nim i jego żoną. SERIO!

    Ale ja nie miałem o tym… Początek mojej podróży wyglądał tak, że późnym wieczorem wylądowałem pod niemieckim Chemnitz. To była wiosna, całkiem wczesna w sumie, przełom marca i kwietnia. Było zimno, jakieś 7 stopni na plusie, a robiło się coraz chłodniej. Na stacji benzynowej przy autostradzie patrzyli na mnie krzywym wzrokiem, więc w poszukiwaniu noclegu udałem się w stronę przedmieść. Po kilkunastu minutach znalazłem idealne, menelskie miejsce. Mała uliczka, płotek, tuż przy płotku, na czyimś podwórku kilka sosenek, tak że między tymże płotkiem a sosenkami jest idealne leże dla stwora. Założyłem kalesony, jedną parę skarpet, drugą parę skarpet, dwie pary spodni, koszulkę, bluzę, drugą bluzę i kurtkę i tak uzbrojony poszedłem spać. W nocy były ze cztery stopnie, ale dotrwałem spokojnie do rana. Obudziłem się o siódmej, stwierdziłem że czas ruszać na stację benzynową, tam się przebiorę, zapłacę 2 ojro za prysznic, zjem coś i udam się w dalszą drogę. Dochodzę zatem do stacji, w ręku mam karton z wyjebanym w kosmos napisem 'Bad Hersfeld', dziarsko zmierzam w stronę pryszniców, bo robi mi się całkiem gorąco, mija mnie samochód, wtem słyszę klakson. Odwracam się, z tego pięknego Porsche Cayenne wychyla się ręka i do mnie macha, więc ja podbiegam. Gość się mnie pyta, czy chcę jechać do Bad Hersfeld, ja na to, że pewnie! Wsiadam zadowolony, ruszamy, jest zajebiście…

    Tylko, że nie…
    Bo ja wciąż mam na sobie te 10kg ubrań.
    A on ma elektrycznie podgrzewane siedzenia.
    I postój zrobił po dwóch godzinach.

  • Mając 16 lat wyjechałam sama, samiutka do Japonii, nie mówiłam nikomu o swojej podróży tylko chłopakowi i mamie reszta rodziny nic nie wiedziała. Kiedy chodziłam po lotniskach wszędzie musiałam wszystko zrobić sama, dojechać z punktu A do punktu B w Warszawie, Austrii a później w Japonii. Nauczyłam się sama radzić z problematycznymi sytuacjami, w Japonii poruzumiewać się i oczywiście poruszać się po kraju i miejscowości. Była to moja przygoda życia. Myślę, że wykazałam się nie tylko sprytem ale i odwagą w tym wieku tak daleko wyruszyć i zrobić te wszystkie rzeczy 🙂

  • Pole do popisu mam duże,
    wygraną może sobie wywróżę.
    Akcja była szybka i nieposkładana,
    wstałam jeszcze ciut zaspana.
    Już telefon alarmuje,
    ktoś dziś mi telefonuje.
    Odbieram leniwie,
    niczemu się nie dziwie.
    W słuchawcę słyszę -na Krym jedziemy,
    chętnie Cię ze sobą więć zabierzemy.
    Odpowiedź prosta szybko pada,
    taka historia raz się tylko zdarza.
    Pakuję manatki,
    kilka drobiazgów,
    jestem gotowa już do wyjazdu.
    Tylko z portfela pustkami bije,
    co tam,kochany,
    raz tylko się żyje.
    Śpiwór cieniutki,
    prowiantu nie wiele,
    witaj przygodo moi przyjaciele.
    W pociągu spędzamy całe dnie i noce,
    kiedy na Krym wreszcie wkroczę?
    Trochę w żołądku zaczyna się marsz,
    zjadłabym chętnie cieplutki barszcz.
    Ale ta opcja w grę nie wchodzi,
    coś innego mi życie może osłodzi.
    Gdy nagle na stacji,
    przez okno wyglądam,
    starą babinkę wzrokiem przyciągam.
    Ona tak do mnie z uśmiechem zagląda,
    na jabłka słodkie już mnie naciąga.
    Myślę ja sobie,biedaczka śmiało
    co by się z jabłek tych zrobić udało.
    Za parę hrywien z siedem kilko kupuję
    i tymi jabłkami Krym sobie zjednuję.
    Każdego dnia budzi mnie słońce czyste,
    każdego dnia ze mną te jabłka soczyste.
    Cóż z jabłek można sobie zgotować,
    tylko pomysłów pogratulować.
    Rano tłuczone,dżemem się stawały,
    na obiad surówką mi przygrywały.
    Wieczorem pieczone na ogniu powoli,
    takim jabłkiem każdy się przecież zadowoli.
    Był do tego i mus całkiem jabłkowy,
    był ryż i makaron całkiem przygodowy.
    Z jabłkami kilka dni tam cudnych przeżyłam,
    i ani kilo od nich nie przytyłam.
    Przepisów jabłkowych wiele odkryłam,
    przyrządzać jabłka się przecież nauczyłam.
    I wiary w ludzi także nabrałam,
    za staruszkę z jabłkami życie bym oddała.
    Dzięki niej poczułam,że zawsze dam radę,
    w każdej sytuacji sobie poradzę.
    Sprytnie to przecież ja rozegrałam,
    wciągnąć w bagno nikomu się nie dałam.
    Masę pieniędzy zaoszczędziłam,
    najwspanialsze chwile w życiu spędziłam.

  • Anonimowy

    No to takie "odwrotne" cwaniactwo z morałem, że czytanie ma przyszłość.

    Zwiedzałam Budapeszt… sam. Na starówce podchodzą do mnie dwie dziewczyny i zagadują po węgiersku. Ja po angielsku, że nie kumam, wiec bez problemu przeszły na angielski i spytały czy znam jakąś knajpę z muzyką na żywo. Ja, że pierwszy dzień i takie tam. One, czy mam ochotę poszukać z nimi.
    Ładne były więc się zgodziłem myśląc, że co kraj to obyczaj, widocznie na Węgrzech dziewczyny bardziej wyluzowane.

    Knajpkę znalazły one, bardzo szybko.

    Wchodzimy, muzyka rzeczywiście na żywo. Zamawiają dla siebie po palince z Red Bullem, ja małe piwo. Siedzimy i jakieś tam historyjki opowiadamy. Spoglądając na drzwi co jakiś czas wchodzą dwie dziewczyny z facetem. Coś mnie tknęło… stwierdzam, że "muzyka mi się nie podoba i wychodzimy".

    Poprosiłem o rachunek i jakież moje było zdziwienie gdy za dwie wódki, dwa ReD bulle i jedno małe piwo zapłaciłem jakoś ponad 400 zł (2006). Przytomnie stwierdziłem, że nie mam tyle pieniędzy przy sobie, one oczywiście przytomnie odpowiedziały, że również nie mają a jeszcze bardziej przytomna kelnerka powiedziała, że mają bankomat w hallu tej knajpy i z przyjemnością mnie do niego zaprowadzi (eskortowała mnie w jedną i drugą stronę)

    A morały z czytaniem są dwa.
    Pierwszy to: na stoliku leżało menu, ponieważ chciałem ujść za "gościa" więc nawet do niego nie zajrzałem.
    Drugi morał to: czytałem sobie przewodnik w wolnych chwilach. Tuż przed spotkaniem z dziewczynami skończyłem na (przyjmijmy) 174 stronie. A na stronie 175 było napisane "prosimy uważać na znajomości z przygodnymi dziewczynami, zapraszają do lokali gdzie trzeba słono płacić".

    okinek74@gmail.com

  • – Kochanie pamiętasz, jak mówiłeś, że zrobisz dla mnie wszystko?
    – Czego chcesz?
    – No bo mam takie marzenie, a Ty jesteś chyba jedyną osobą, która może je spełnić..
    – ?
    – Bo masz samochód i prawko, a ja lubię z Tobą podróżować. I mógłbyś mnie zawieźć do Wrocławia.
    – Po co?
    – No ale zawieziesz?
    – No czemu nie…
    – Super! To wyprasowałam Ci koszulę!
    – koszulę?
    – Kupiłam nam bilety na Porczyka!

    I tak oto zaciągnęłam mojego stroniącego od kultury mężczyznę do teatru w te wakacje. Był zadowolony 😉

  • Ja, jak na prawdziwą kobietę przystało wykazałam się cwaniactwem – swoim urokiem. Gdy wracałam pociągiem z Katowic od znajomych, stwierdziłam, że jako studentka należy mi się większa zniżka niż reszcie (wiadomo, że studenci liczą każde zniżki i odkładają pieniążki- na wiadomo co). Zatem zakupiłam sobie bilecik ze zniżką (w końcu mi się należy, a co!). Byłam niezmiernie szczęśliwa, że będę mogła sobie zaoszczędzone pieniążki wydać na nowe kosmetyki! Jednakże moje marzenia o nich nie trwały długo. Pan konduktor mnie rozczarował, bowiem okazało się, że zniżka – owszem, należy mi się, gdyby tylko nie fakt, że moja legitymacja nie jest podbita! (jeśli jest się kobietą, to nie pamięta się o takich błahostkach, jak jakieś naklejki na legitymacji, w końcu są ważniejsze rzeczy). Jednakże nie miałam zamiaru dopłacać – dość dużej kwoty do całego interesu. Szczególnie, że konduktor mnie straszył jakimiś karami itp. Postanowiłam postawić wszystko na jedną kartę, mianowicie udałam blondynkę* (nie obrażając K). Taktyka była pewna (sprawdzona wiele razy):
    1. Udać zdziwioną – Jak to moja legitymacja nie jest ważna, przecież ją podbijałam?!
    2. Zrobić maślane oczka i uśmiechać się, pokazując przy tym ząbki.
    3. Zagadać konduktora na śmierć, że kobieta ma przecież tyle obowiązków i że można o czymś zapomnieć. Bo pogoda ciężka, bo duszno, bo przecież mam depresję, gdyż rzucił mnie chłopak, bo ostatnio mnie wszystko dobija, a życie takie drogie. itp.
    4. Przysięgnąć konduktorowi, że to ostatni raz i obiecuję poprawę! (nie obyło się bez pochwał dla niego, że przecież on jest takim prawdziwym mężczyzną, który ratuje kobietę z opresji – i to jest takie bardzo męskie i powinien być z siebie dumny).

    Oto cała moja historia! 😉 Polecam wykorzystać moje rady na przyszłość. To działa ( z resztą nie pierwszy raz tego użyłam).

    *jestem szatynką, zafarbowaną na cynamonowy brąz (z garniera – polecam).

  • Spryt zakrawający o głupotę, czyli jak wyjechać i przeżyć, choć okoliczności na to nie zawsze wskazują.

    W tym roku podróżowałam bardzo dużo, w 99% autostopem. Jednym z fragmentów tych moich ciągłych wyjazdów były 2 tygodnie spędzone na pięknych Bałkanach. Wiadomo jak bywa w podróży, szczególnie tej niskobudżetowej – bo na studencką kieszeń – i niezaplanowanej w każdym szczególe, na dziko i młodo. Spałam w różnych miejscach: na stacji benzynowej, na przystanku autobusowym, na plaży pod chmurką, w międzyczasie okupując toalety na stacjach, w supermarketach i gdzie tylko się da, by się umyć chociaż raz na jakiś czas (morał nr 1: człowiek jest w stanie umyć się w całości w umywalce. Łącznie ze stopami). Wyjeżdżając z Chorwacji poszczęściło się nam (jechałam z przyjaciółką) wyjątkowo – złapałyśmy na stopa Niemca, który jechał prościutko do Wiednia, więc mogłyśmy z nim przejechać jeszcze spory kawał Słowenii, gdzie planowałyśmy dłuższy postój, plażing i ogólny opierdaling. Jak łatwo wywnioskować, podczas tej kilkugodzinnej jazdy szybko zasnęłyśmy. Kierowca obudził nas na parkingu przy stacji benzynowej słowami:
    – No, dziewczyny, ja jadę prosto, więc tu musimy się pożegnać. Jesteśmy na waszej drodze, tylko do Kopru musicie jechać w drugą stronę, po prostu przedostać się musicie na drugą stronę drogi. Powodzenia.
    Wszystko fajnie, szkoda tylko, że byłyśmy przy autostradzie. 3 pasma w jedną, 3 w drugą; od właściwej stacji benzynowej dzieliło nas więc 6 pasm samochodów śmigających 200 km/h. Pytam kobiety ze stacji gdzie jest najbliższe zejście dla pieszych. Słyszę, że za kilkanaście kilometrów. Co robimy? Nie ma wyjścia, trzeba przejść na drugą stronę autostrady. Stanęłyśmy spokojnie przy poboczu, rozmawiając i czekając na odpowiedni moment. Większa luka, biegiem! Z dwunastokilogramowym plecakiem na plecach, z trąbiącymi zewsząd autami. Na szczęście na środku był pas zieleni, lecz – a jakże – oczywiście przechodząc przez barierki zawiesiłam się na nich i w pięknym stylu przekoziołkowałam, nabijając 14 siniaków i rozwalając szelkę od plecaka. Niemniej, byłyśmy już na środku, więc siłą rzeczy musiałyśmy pokonać kolejne 3 pasy autostrady. Na szczęście tym razem poszło bezboleśnie i już po chwili znów siedziałyśmy w kolejnym samochodzie, jadącym prosto do Kopru.
    W życiu nie czułam takiej adrenaliny i do dziś zastanawiam się, czy to był spryt czy zwykła głupota.

    (a więcej tu: http://stopempoprzygode.blogspot.com)

  • Lubię pieniądze. Jestem tolerancyjna, dlatego nie gardzę monetami i banknotami obcego pochodzenia- one całkiem dobrze się dogadują z polskimi sąsiadami w portfelu nieznanego wykonawcy. Gdy byłam młoda i aktywna twórczo ( czytaj- biedna) pojechałam na kolejny występ z chórem do Rumi. Nędza, nudy i zimno- najlepszy pomysł na rozrywkę pod koniec listopada. Tak się złożyło, że miałam przy sobie bardzo mało polskich pieniędzy, bo wtedy jakimś trafem portfel został wręcz wypchany ruskim hajsem i przypadkiem nakarmiłam automat z kawą monetą o wartości 5 rubli. Zorientowałam się dopiero wtedy, gdy już wrzuciłam wrogi pieniądz do otworu, nie było drogi powrotnej, strach się bać! Chwilę później pomieszczenie zostało wypełnione tanim zapachem niby brazylijskiego jakobsa, a automat zaczął mi wypluwać dwudziestogroszówki… Takim oto sposobem dostałam kawę i zarobiłam 2 złote ( 5 rubli wtedy było warte mniej-więcej 30 groszy). Zgadnijcie w jaki sposób potem załatwiłam kawę dla całego chóru i jeszcze na tym zarobiłam kilka dyszek na alkohol by ta kawa była bardziej pijalna, a nasze śpiewy weselsze? 😉 Sprawdzałam ten patent potem w innych miejscach w innych automatach o różnej zawartości ( szkoda, że jeszcze nie wymyślili automatów z szamponami, albo chociażby kozieradką…) i prawie zawsze to działało.
    Jedynie w Egipcie automat się zbuntował, ale tam wiadomo, mógł być już przejedzony tą walutą z wiadomych powodów, alabala.
    Dlatego zawsze mam przy sobie kilka ruskich monet na wypadek pierdołowatej zachcianki na zagranicznym wyjeździe i nie tylko. Ostatnio się przekonałam, że złotówki dają radę w Paryżu, więc nasz pieniądz też ma potencjał!
    P.S. Konkurs wtedy wygraliśmy.

  • Nie ma wolnych paru dni na wyjazd. Chce wyjechać. "Spryt" w wykonaniu zwichrowanej dziewczyny: kupić tani bilet lotniczy do Sztokholmu i z powrotem za złotych trzydzieści. Spędzić na lotnisku 40 (?) minut i wrócić do Warszawy.
    Oklaski dla mnie.

  • Nie wiem, czy się nie dodało z anonima, więc dodam jeszcze raz, a co!

    Rok temu, dokładnie rok i 2 miesiące, wyjechałam z rodzicami nad morze do Jarosławca. Miasteczko piękne, spokojne. Wszystko ładnie pięknie, ale co ja mam tu robić? Rodzice stwierdzili, że nie mam za nimi chodzić – "idź do ludzi". Okej tato, okej. Z chłopaków to tak niekoniecznie, nawet oka nie idzie zawiesić, a my też lubimy popatrzeć. Z dziewczyn trudno było znaleźć taką, której twarz skalana byłaby inteligencją. Okej, zostają mi książki. 3 dziennie. Lubie książki, ale mam dość. WiFi? W pensjonacie nie ma. Okej. Chodzę wzdłuż, wszerz, z góry na dół. Jeszcze tylko 7 dni. Brak środków na koncie i ukochany na drugim końcu Polski, okej. Pewnego pięknego dnia znalazłam darmowe WiFi, którego fale rozchodziły się od centrum tegoż miasteczka (mały budynek z biurem w środku). Informacja turystyczna. Idealnie. I tak fala ta stała się moją ulubioną, pokonując morskie rywalki. Szukałam jakiegoś sposobu, by nasz związek był silniejszy. Znalazłam. Najlepszym miejscem do internetowego szaleństwa była kawiarenka tuż obok. Chodziłam tam od pamiętnego dnia, z bólem serca co prawda, gdyż dam sobie rękę uciąć, że kelnerki w CV musiały mieć "Uczestnictwo w konkursie na Miss Polski, finałowa 16". Piękne były. I tak siedziałam tam popijając kawkę, czy też zajadając sie gofrem i korzystałam z uroków darmowego WiFi. I płacilam 3,50 za cały dzień na WiFi. Kawka była moja. #tylesprytuwjednejosóbce #polaczekcebulaczek #trzebasobieradzić #wtedytobyłtablet #icegła #teraztosmerfyso #sorrytobyłysmartphony #tekstmojegodziadka

  • Razem z przyjaciółką marzyłyśmy o wakacjach we Włoszech.
    Przez rok zbierałyśmy do naszych świnek – skarbonek każdą złotówkę, którą wyszmaniłyśmy od babć, wujków oraz oszczędności na karmie dla kota.
    Jednak po długich kalkulacjach nadal nie było nas stać…
    Ale okazja spadła nam z nieba, i to właściwie chyba dosłownie. Obie chodziłyśmy do katolickiego liceum prowadzone przez zakonnice i akurat organizowano wyjazd do Rzymu, gdzie na koniec roku miało być przedstawienie naszego kółka teatralnego. Wszystko się zgrało w czasie tak byśmy mogły tam potem zostać na wakacyjne szaleństwo.
    Kiedy zostałyśmy już same w tym przeogromnym mieście okazało się, że mamy zablokowane karty do bankomatu. I nie możemy wyciągnąć naszej kasy ze świnek skarbonek..
    Nie miałyśmy kasy na drogę ani na nocleg. Dlatego wpadłyśmy na niewyobrażalnie głupi pomysł.
    W walizkach miałyśmy stroje zakonne z przedstawienia, przebrałyśmy się i zapukałyśmy do pierwszego napotkanego klasztoru (których w Rzymie jest od grzyba) i nas tam przyjęto na noc 🙂
    To była ciekawa przygoda, na szczęście tylko jedna noc w kłamstwie i mam nadzieje, że nie będziemy się za to smażyć w piekle 🙂
    Chyba nawet dla Włochów było zaskoczeniem kiedy na drugi dzień pod samym bankiem na chodniku, zrzucałyśmy nasze czarne stroje by przebrać się już w seksi rajcowne sukienki…Ale czego się nie zrobi by się wyspać i dobrze najeść 🙂 Bo takie podróżnicze przygody to niepohamowane szczęście wakacji!

  • SPRYT NUMERO UNO: Marakesz. Dotarliśmy tamże po nie-wiem-jak-długiej-ale-bardzo podróży pociągiem z Fez. Była już noc, następnego dnia o poranku mieliśmy udać się do As-Sawiry, więc kto by rozrzutnie wydawał kosztowności na zbytki w postaci noclegu w hostelu. 24 h McDonald z kanapami ze skóry ekologicznej wydawał się być noclegownią o wystarczającym standardzie. Jednak kąpiel była nieunikniona. Tu postanowiliśmy zachować resztki godności i rozporządzić równowartością 2 PLN na kąpiel w hammamie. Ale takim miejskim miejskim, zdecydowanie nie dla europejskich turystów. Od samego początku pobytu w Maroku zastanawialiśmy się, gdzie kobiety spędzają wolny czas, gdzie się spotykają, skoro na ulicach, w barach i kawiarniach, widać samych mężczyzn. Odpowiedź nadeszła właśnie w łaźni. Wybija północ, a tuziny niewiast, w wieku od 7 do 70 lat, o kształtach od Kate Moss po gracje Rubensa, kłębi się w poszukiwaniu wolnego strumienia wody, gaworząc i plotkując w międzyczasie. Jestem tam też ja. Biała, naga, z rumieńcem wstydu na jagodach (ale w końcu nieograniczone hektolitry H2O za 2 PLN!). Wszystkie damy skierowały swój wzrok (i palce wskazujące) na mnie obnażoną, coś tam szepcąc, coś chichocząc (tak!), po czym dwie z nich przystąpiły do ataku. Sięgając po chochle, rozpoczęły oblewanie wodą mego jestestwa, szorowanie, spłukiwanie i znów szorowanie. I tak to oto obmyta z grzechów, potów i innych nieczystości, odkryłam miejsce spotkań na pogaduchy marokańskich białogłów.

    SPRYT NUMERO DUOS: Armenia. Erywań klawy, jezioro Sewan zacne, ale my chcemy do Górskiego Karabachu. Podróż autostopem minęła nam zupełnie interesująco z uwagi na towarzystwo katolickiego księdza z Chicago. Po przekroczeniu granicy udaliśmy się na nieumiarkowane jedzenie i picie, jednak kiedy przyszło do płacenia (gotówki nie posiadaliśmy więcej, niż trzeba było zapłacić za wizę), okazało się, że w tejże republice nieakceptowana jest płatność żadną z kart wydaną przez europejski bank. Podobnie rzecz ma się z bankomatami. No tak, kto by czytał wskazówki Lonely Planet przed wyjazdem. Rzeczą oczywistą było, że nie poddamy się tak łatwo. Co polegało głównie na byciu beneficjentem (bez wzajemności) sponsoringu księdza i spaniu w klasztorze. Wikt i opierunek przez kolejne dni zapewniali nam także cudowni okoliczni mieszkańcy, nie mówiący ni słowa po angielsku, nasze osoby zaś wątpliwie porozumiewające się po rosyjsku. My szalejemy. Watykan płaci.

    SPRYT NUMERO TRES: Tel Aviv, niewiele czasu do odprawy na samolot, a my wciąż w centrum metropolii. Czekamy na autobus na lotnisko. Nie przyjeżdża, zaś tempus fugit. Taksówka? Miliony monet do wydania na półgodzinną podróż dwuśladem są dobre dla mainstreamu. Chęć zaoszczędzenia szekli natychmiastowo zrodziła w naszych umysłach genialny plan, by wykorzystać w celu przemieszczenia swoich korpusów rowery miejskie, opłacone z góry na 24 h, które jeszcze nie minęły. I tak oto przez niemal całe miasto i jego obrzeża, jedną ręką dzierżąc kierownicę, drugą zaś trzymając walizki na kółkach, które wdzięcznie podążały za koszernymi bicyklami, zaoszczędziliśmy mamonę i spaliliśmy niepożądane kalorie.

  • Jestem dość roztrzepaną osobą, w związku z czym wszelkie organizacyjne kwestie nie należą do mojej specjalności. Zawsze coś pomylę, zgubię lub zepsuję.
    Nieubłagalnie zbliżał się dzień urodzin mojego mężczyzny, więc wpadłam w wir poszukiwań. Galerie handlowe, sklepy internetowe, zasoby własnej kreatywności- żadne ze znalezionych dóbr ani żaden z pomysłów jaki narodził mi się w głowie nie był ani trochę satysfkacjonujący.
    W końcu, nie wiadomo skąd, odwiedziło mnie natchnienie- zorganizuje dla nas wspólny wyjazd! Z pewnością wymyśliłabym to nieco szybciej, gdyby nie fakt moich dysfunkcji manualnych i umysłowych w dziedzinie organizacji. W pocie czoła, w strachu o popełnienie jakiegoś istotnego niedopatrzenia, zajęłam się planowaniem podróży. Mój wybór finalnie padł na Pragę- odwiedziliśmy już razem tyle miejsc, a w tym pięknym mieście nas jeszcze raz nie było. Wstyd.
    Wreszcie wszystko było gotowe i kilka dni później grzaliśmy już siedzenia w znienawidzonym przeze mnie Polskim Busie. Udało nam się zdobyć, jako jedynym, po dwa siedzenia na głowę. Oboje mogliśmy rozłożyć się na ich szerokości i komortowo udać w kimono.
    Dotarliśmy do celu i z pomocą taksówkarza trafiliśmy do hotelu. Było bajecznie- 5 dni w czterogwiazdkowym hotelu, urokliwe praskie uliczki, muzea, zabytki. Tak wiele do zobaczenia, że w ostatecznym rozrachunku zabrakło nam czasu na punkt kulminacyjny każdej wycieczki- zakupy! Oboje wypatrzyliśmy wcześniej kilka obiektów, które wywołały w nas nieodpartą chęć nabycia, a tu taki klops.
    Nadszedł dzień wyjazdu. Spakowaliśmy się w smutku i żałobie i zeszliśmy do recepcji, żeby zapytać się czy jest możliwość przechowania bagażu- powrotny bus odjeżdżał o wiele później, niż byliśmy zmuszeni opuścić nasz pokój.
    – Oczywiście, istnieje taka możliwość. Proszę o Pańską godność, zapiszę tę informację.- oznajmił mojemu facetowi uprzejmy recepcjonista swoją łamaną angielszczyzną.

    • Wystukał kilka znaków graficznych na klawiaturze, uśmiechnął się i oznajmił, że jutro zajmuje się tym jego kolega, ale zostawił mu informację o przedłużonym pobycie w pokoju i przechowaniu naszego bagażu.
      Podziękowaliśmy, ruszyliśmy kontynuować ekwipowanie naszych tobołków. Nagle, tuż przed drzwiami windy, mój mężczyzna raptownie zatrzymał się.
      – Czekaj, czekaj. Co on powiedział?
      – Że możemy zostać w pokoju dłużej i… I że jego kolega zajmie się jutro naszymi bagażami.
      Spojrzał na mnie wyczekująco. Minęła chwila, nim połapałam się o co mu chodzi.
      – Jutro?!
      Jakie jutro? Był czternasty, czyli dzień powrotu. Dzień w którym mijał piąty dzień w czeskiej stolicy, dzień na który zarezerwowałam transport powrotny. Zawróciliśmy i zażądaliśmy wyjaśnień.
      Recepcjonista oznajmił nam, że przecież jutro jest data naszego wymeldowania. Życzył nam udanego ostatniego dnia, po czym uniósł rękę w przepraszającym geście i odebrał telefon.
      No i co mieliśmy zrobić? Spierać się, że wracamy dzisiaj i serdecznie dziękujemy za darmowy nocleg? Niestety, nie wykazaliśmy się uczciwością. W pośpiechu zmieniliśmy rezerwację na busa i ruszyliśmy na miasto.
      I zrobiliśmy wszystko to, na co zabrakło by nam czasu- kupiliśmy wszystko co chcieliśmy (a nawet więcej), zobaczyliśmy dodatkowe dwa muzea, znaleźliśmy uroczą kawiarnię w jednej z bocznych uliczek, przeszliśmy się nieodwiedzonymi dotąd trasami, a hotelowy barman- z którym codziennie wieczorem rozmawialiśmy popijając piwo- poprosił nas o obiektywną opinię podczas degustacji jego nowych drinków. Nalewał, mieszał i przelewał, my piliśmy. Po piątym drinku moje oceny zaczęły zmieniać się w pijacki bełkot, a kiedy oboje doprowadziliśmy się do stanu godnego zamknięcia się w czterech ścianach, tak też uczyniliśmy.
      Obudziliśmy się, Zmęczeni i skacowani. Ale szczęśliwi i usatysfakcjonowani. Taksówkarz zawożący nas na dworzec był polakiem. Po sposobie mówienia mojego mężczyzny rozpoznał, że jest on z okolic Kaszub. Jego dziadek, jak się okazało, też był kaszubem i z tej okazji skasował nas o połowę taniej. Znaleźliśmy prawie pełną paczkę papierosów na ławce. I znowu zajęliśmy najlepsze miejsca.
      A ja nadal nie wiem, czy to ja popełniłam błąd wysyłając e-mail rezerwacyjny, czy może oni strzelili gafę… Ale pal to licho. Darmowa noc i alkohol w wypasionym hotelu? Najlepsze rzeczy są w życiu za darmo. A głupi to ma to szczęście jednak.

  • Razem z chłopakiem jedziemy na wakacje. Pogoda piękna, słońce świeci, uśmiechy na paszczakach. Z tej radości ukochany tak mocno nacisnął pedał gazu, że zatrzymał się dopiero na wyraźne polecenie policjantów na poboczu. Z piskiem opon. Niedobrze. Nie mamy milinów monet na takie wybryki, no i szkoda sobie psuć humoru na samym początku wakacji. Wtedy mnie oświeciło! Zatrzepotałam rzęsami, usta w podkówkę, trzęsący się podbródek, szklane oczy… Pan policjant podchodzi i prosi o dokumenty. Zanim mój facet zdążył się odezwać, ja przejmuję stery:
    – No i bardzo dobrze Panie Władzo, tak go prosiłam, żeby zwolnił, a on mnie w ogóle nie słucha! Nigdy mnie nie słuchał, od samego rana, tylko mnie pogania, bo on na ważne spotkanie jedzie z pracy Panie Władzo! W takie piękne miejsce, do hotelu, więc musiał mnie zabrać, prawda? Wyobraża Pan sobie, Panie Władzo, że nie chciał?! Dopiero sama to mu musiałam zaproponować, bo się przecież nie domyśli! Ale ile nocy przepłakanych, Panie Władzo! Co to ja mam za życie! I teraz jeszcze mandat, bardzo dobrze, to za to, że mnie tak poganiał cały poranek! Że niby się spieszy! Przecież ja muszę się umalować Panie Władzo! Jak miałabym tak wyjść z domu nieumalowana! A on, że co go to obchodzi… Widzi Pan!?!?!
    Nie dostaliśmy mandatu. Miałam wrażenie, że policjant chce poklepać na pocieszenie mojego faceta po plecach. Machnął tylko ręką. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy.

  • Moje małe kłamstewko i pewien "miły" pan policjant – dwie rzeczy, które zapewniły mi spokojny urlop.
    Młodszy brat, wybitny urwis, który podczas wyjazdu dokazuje jeszcze bardziej niż zwykle. Żadne próby przemówienia mu do rozumu nie działają, Młody olewa wszystkie prośby i groźby, bo jak sam twierdzi "nikt go tu nie zna, więc się nie wstydzi". Z dnia na dzień coraz bardziej rozwija skrzydła i trudno go na dłuższą metę znieść.
    Poważnie przegiął, kiedy podczas spaceru doszedł do wniosku, że lizak nie bardzo mu smakuje i postanowił nim rzucić. W kierunku ruchliwej ulicy. Do dzisiaj nie wiem, czy Brat celował,czy wyszło to zupełnym przypadkiem ale felerny lizak trafił prościutko w kask policjanta, który akurat jechał tą ulicą. Facet zatrzymał się, wziął tego lizaka i zaczął krzyczeć, że rzucający ma się natychmiast przyznać, w przeciwnym razie lizak zostanie zabrany do laboratorium, pobiorą z niego próbki DNA i namierzą "zamachowca". Młody zbladł, cała ochota na psoty przeszła mu jak ręką odjął. Policjant pokrzyczał jeszcze chwilę i odjechał z tym nieszczęsnym, niesmacznym lizakiem.
    Brat do końca dnia był dzieckiem idealnym – spokojny, poleceń słuchał, generalnie chodził jak w zegarku. Następnego dnia już jakby trochę zapomniał i znów próbował "terroryzować" wszystkich dookoła. Jeden szybko rzucony tekst sprowadzał go na ziemię – "Pamiętaj Młody, policja ma Twoje DNA, już i tak jesteś poszukiwany".

  • Tanie latanie w dalekie rejony ma to do siebie, że zawiera zwykle tryliard przesiadek i dziwne czasy przemieszczania się z samolotu do samolotu (np. 17 godzin od przylotu do odlotu, albo… 17 minut). Za pieńćset euro dla dwóch osób w dwie strony z Warszawy do Ameryki Południowej brałam bez wahania (i proszę mi nie mówić, że się nie da tanio latać po calutkim globie!), przez co koczowaliśmy na jednym lotnisku długie godziny, nabierając energii na sprint przewidziany dla nas przez organizatorów lotu podczas kolejnej przesiadki na nowojorskim JFK. A musicie Państwo wiedzieć, że nowojorskie lotnisko to nie Okęcie, a amerykańskie służby imigracyjne to nie wyluzowani Europejczycy. Ich to lotto, że jesteś tranzytem – wiza musi być, to ich lotto, że odlatujesz za 17 minut i 17 sekund – sprawdzą dokładnie jak wiele bomb udało by Ci się upchnąć w obcasie. Ich bardzo wszystko lotto byle udaremnić małej blondynce o absolutnie słowiańskich rysach przemyt substancji wybuchowych na pokład samolotu odlatującego w kierunku na dalekiej południe, hen, ponad Meksykiem, Kolumbią i Ekwadorem. „Szacun chłopaki za czujność, porywałabym samolot, widać to po mnie na pierwszy rzut oka” – myślę zgryźliwie.
    Lądujemy na JFK z opóźnieniem niewielkim, rzucamy się do drzwi jako pierwsi z pierwszych, ruszamy w sprint do odprawy, dajemy się macać i wybebeszać bez okazywania zniecierpliwienia za to z okazywaniem błagania, na dźwięk czegoś, co przypomina nasze nazwiska, celnik tylko nieznacznie odpuszcza na drobiazgowości, już pędzimy do gejtu, już się stawiamy do odprawy na ciąg dalszy podróży, a tam AWANTURA. Pan o wschodnim, zdaje się, Rosyjskim akcencie, ze swoją odzianą w skóry i obcasy, złoto i sykstyński błękit małżonką, nabiera kolorów malinowo buraczanych, puszcza parę uszami, bo overbookin się wydarzył i nie ma miejsca, się nie poleci się, a samolot już zapakowany i czeka tylko na dwójkę spóźnionych Polaków (to my!).
    Widzę tę awanturę, czuję naelektryzowane powietrze, czuję jak profesjonalna obsługa gotuje się w środku, jak nie ma wyjścia, jak słowiańska żona odziana w skóry zaraz zemdleje i będzie koniec i nie będzie niczego. I z tego całego strasu olśniewa mnie światłość wiekuista, bo my przecież wcale nie musimy tak od razu lecieć. Poczekamy, co nam. Niech dadzą jakieś spanie, a my oddamy po jednym siedzeniu na ten oto lot, niech sąsiad słowiański leci z małżonką. Wilk będzie syty, a owca w Nowym Jorku, nawet jeżeli na lotnisku. Twarz obsługi rozjaśnia się jak słońce Peru na ten genialny pomysł. Panu się drukują karty pokładowe, małżonka wkracza do samolotu po uprzednim podaniu soli trzeźwiących przez lotniskowy crew. A my stoimy jak te baranki.

    Pani z linii lotniczych pokręciła się to tu, to tam, pomyślała, wykonała telefon czy dwa, zniknęła na niedługo, a jak wróciła, to wręczono nam: bilet na lot za 28h, voucher do wypaśnego hotelu z wyżywieniem i małym SPA oraz po 300$ na łebka kieszonkowego na różne małe nowojorskie przyjemności. W tym momencie bardzo pokochaliśmy ambasadę USA w Warszawie, która to ambasada w zasłudze dla naszych podróżniczych dokonań udzieliła nam zamiast wnioskowanej wizy tranzytowej C wizę turystyczną B (bo przecież może nam się kiedyś przydać). Dzięki przytomności umysłu i sprytowi zarobiono dolarki, wygodny nocleg z wyżywieniem oraz bezcenne 24h w Nowym Jorku, którego nie było w planie 😉

  • To nie spryt, to oszustwo 🙁

  • Podczas mojej ostatniego pobytu w Lizbonie na każdym kroku spotykało mnie coś bardzo dziwnego. W restauracjach i sklepach moja osoba wzbudzała niesamowitą sensację, dlatego też całkiem często pytano mnie skąd jestem. Mówiłam, że z Polski. W odpowiedzi moi rozmówcy zwyczajowo mówili:
    – aaa, z tego niemieckiego landu
    – z tego biednego kraju, uciekłaś stamtąd?
    – z Ukrainy? Straciłaś kogoś na wojnie?
    Albo chwalili się, że znają polskie słowa. Łamanym polskim mówili: dzień dobry, dziękuję i spier… Pozostawało mi tylko powinszować fascynującej znajomości języka polskiego.
    Ostatniego dnia wybrałam się do tej samej restauracji, co zwykle, bo serwowano tam najlepszą zapiekankę z dorsza EVER. Siedząca obok mnie para nie mogła nie spytać, skąd pochodzę, bo przecież, gdyby nie zadali mi tego pytania, łosoś i krokiety z dorsza nie smakowałyby tak samo. Odpowiedziałam, że jestem z Czech (w nadziei, że uda mi się uniknąć krępujących odpowiedzi: tak, w Polsce jest internet, nawet niektórzy mają iPhony). – So we are – krzyknęli podnieceni. – Ano, ahoj – odpowiedziałam. Ironia losu. Dalej w zasadzie nie ma o czym mówić. Spryt nie zawsze się opłaca.

  • Ja jestem spryciarzem roku, ponieważ przez rok chodziłam sobie w wolnym czasie do pracy, a to jako hostessa a to do klubu jako kelnerka i uzbierało się na tyle hajsiku, że mogłam pojechać na program work&travel do USA. Pracowałam przez 3 miesiące w Narodowym Parku Yellowstone, w wolnym czasie chodziłam po parku łącznie robiąc 800 km, następnie odbyłam 3 tygodniową podróż przez 7 stanów na zachodzie częściowo autem częściowo camperem za pieniądze zarobione w Yellowstone i jeszcze kupiłam sobię parę rzeczy. Nie dość że spełniłam swoje marzenie to jeszcze zbaczyłam niesamowite miejsca i poznałam wyjątkowych ludzi na których zawsze mogę liczyć. Dodam że w zeszłe wakacje pracowałam w Polsce i starczyło mi ledwie na opłacenie mieszkania i jedzenie co by z głodu nie umrzeć. Za rok Stany ponownie !

  • nie wiem czy jest to bardziej opowieść spryciarzy czy farciarzy… niemniej..
    jest marzec 2014 i szukam noclegów w Portugalii na naszą włóczęgę – mają spełniać "tylko" trzy wymogi – byc tanie, wygodne i w centrum vel blisko miejsca które chcemy zobaczyć:) Zabieram się za szukanie w Portimao – kurorcie nad wybrzeżem wśród słynnych, przepięknych plaż Alarve. Myślę – nie będzie tanio – przeszukuję wszelkie hostelcomy i rzeczywiście nie jest tanio…wreszcie na hostelbookersie dostrzegam moje ulubione slowo PROMOCJA. Wczytuje się – 16,5 zł za os/noc w apartamencie!! czytam jeszcze raz- tak 16,5 ZŁOTYCH (nie euro) w apartamencie z kuchnią, łazienka etc (no niestety bez ulubionych przeze mnie śniadanek w cenie, ale nie można mieć wszytskiego). Od razu rezerwuję 3 noclegi i już widzę nas byczacych się wśród pustych o tej porze klifów o fantazyjnych kształtach i…
    Trzy tygodnie później wysiadamy w Portimao,w którym o tej porze roku nie ma turystów. Brak turystyów oznacza tez brak obsługi turystycznowszelakiej w języku angielskim. Więc nie ma jak zapytać o drogę, a ja wydrukowałam tylko fragment mapy z ulicą, na której ma być nasz apartament, nie obejmuje ona okolic dworca…Snujemy się więc wśród ulic z pomarańczowymi drzewkami, trafiamy na opuszczoną informację turystyczną z przyklejonym na szybie xerem mapy Portimao. Strzelamy fotę i ruszamy na naszą ulicę z NASZYM apartamentem. Docieramy na ulicę, ale nie możemy znaleźć naszego numeru – wszystko pozamykane na czteryspusty, ludzi tez Ufo porwało, a internet w telefonie muli jak w latach 90-tych. Wreszcie zaskakuje – wchodzimy na googlemaps – ten zajebisty widok od góry co to widać budynki, ulice i samochody, które jużdawno odjechały i pod naszym adresem widzimy…DZIURĘ W ZIEMI pod budowę!!

    Hahaha czyli jednak nas oszukali w internecie – tyle razy podróżowaliśmy, rezerwowaliśmy, a oni jednak zrobili z nas frajerów i zamiast wypasionego apartamentu za 16,5zł mamy kupę piachu…no nic idziemy zobaczyć ta naszą kupę piachu, zwlaszcza że nie mamy pomysłu na inny nocleg, bo przed sezonem większość hoteli jest zamknięta…
    Docieramy..ale kupy piachu nie ma, za to jest świeżo wybudowany apartamentowiec!! NASZ szesnastozłotowy apartamentowiec i ma basenik i cukierki na recepcji:D

  • Taki ze mnie spryciarz, że opisałam historię i mi się skasowała. Badum tsss.

  • Jako że nie ma napisane, czy można opisać tylko jedną rzecz (a przynajmniej mam nadzieję, bo nie chce mi się czytać drugi raz) to ja się jeszcze wypowiem:
    Nasza (moja i Męża) spryciarskość przejawia się i wspina na wyżyny przede wszystkim w poszukiwaniu antykwariatów z płytami CD i vinylami w każdym większym mieście, jakie odwiedzamy. To naprawdę wymaga kreatywności, zacięcia i sprytu, aby wyhaczyć te wszystkie zagubione sklepiki pełne muzycznych skarbów za 1-5euro czy inne waluty.
    Podam Wam nasz przepis – najpierw zaglądamy do netu i na tej podstawie robimy mapkę ze sklepikami (jesli jakieś w necie są wymienione) potem przemierzamy ulice danego miasta sprawdzające te lokalizacje, zaczepiamy miejscowych, dręczymy biedne panie z informacji turystycznej czy z recepcji w hostelu o zaznaczenie nam na mapie "second hand shops with music".
    O ile w miescie takim jak Berlin, Wiedeń, Oslo,Lizbonie, Rotterdamie, Sztokholm (ah tam jest taka piękna dłuuuga uliczka pełna sklepików z płytami w piwniczkach – nieuporządkowany syf pełen skarbów) to dosyć łatwa sprawa, ale my odnajdujemy zapomniane sklepiki w Sarajewie, Porto, a nawet w chorwackiej Puli, która wydawałoby się ma tylko coś ala koloseum i łuk triumfalny i jakieś rzymskie mozaiki, odnaleźliśmy pod łukowatym sklepieniem murów długi sklep z płytami ze stołkami z vinyli i brodaczem w okularach na czele.
    Zabawa wymaga sprytu, bo sklepiki te czesto podupadają, przenoszą się i trzeba ich szukać, a potem trzeba szukać w nich, aby znaleźć jakieś fajne plyty w niskich cenach:)

  • Dobra,wkręciłam się, złapałam fazę i zaspamuję teraz komentarze (to taki dzień, kiedy za oknem leje-nie-leje i lepiej poszperać we własnych wspomnieniach;p).
    Ostatnia historyjka, słowo skauta.
    Spryciarskość przejawia się też w szukaniu noclegu, choć nie wiem czy znów to nie farciarskość. Zwłaszcza jesli chodzi o couchsurfing.
    Podróżowaliśmy raz przez Bałkany. Jako że nie planowaliśmy przed podróżą każdego dnia i przemieszczaliśmy się stopem, noclegów szukaliśmy na bieżąco. Mieliśmy ze sobą namiot, ale w zaminowanej Bośni i Hercegowinie woleliśmy nie testować lasów, a pola namiotowe tam są chyba tylko w Medjugorie.
    Tak więc dopadaliśmy miejscowych kafejek internetowych i tak np w Serbii daliśmy ogłoszenie, że szukamy noclegu w Sarajewie. I odezwali się z pomocną dłonią, a raczej kanapą – jedną noc spędzilismy u Irlandczyka, który przyjechał do Sarajewa pisać książkę, ale jej nie pisał bo albo pił albo pracował w hostelu. Drugą noc spędziliśmy u dwóch Bosniaków, którzy urządzili dla nas youtube-party puszczajac miejscowe przeboje.
    W Chorwacji w kafejce (10razy droższej od tej w Serbii) prosilismy o nocleg w Grazu, zaznaczając, że nie będziemy miec dostepu do netu więc prosimy o smsa. Smsa dostaliśmy, umówiliśmy się z gościem na moście nie wiedząc któz to taki nas przenocuje. Przenocował nas Ozzy Osborne2 w swojej czarnej sypialni z czarną pościelą…
    O smsa prosiliśmy tez w Sztokholmie i już mieliśmy się rozbijać namiotem w parku korzystając ze skandynawskiego prawa jednej nocy, gdy dostaliśmy smsa i przenocowaliśmy u Turka, z którym musieliśmy się zerwać o 5 rano, bo on szedł do pracy do kebaba.
    Spryciarskość przejawia sie tu na dwa sposoby – najpierw trzeba było znajdować kafejki (to było 5-6 lat temu kiedy smartfony i internet nie były na topie), a potem szybko łapać kontakt z naszymi hostami, którzy byli z różnych galaktyk i czasami mówili też dziwnymi odmianami angielskiego (np irlandzki;p)

    A kolejna odmiana spryciarskości to tanie podróżowanie, które nie jest stopem. Będąc w Portugali chcieliśmy przyoszczędzić na busie/pociagu z Porto do Lizbony. Byłam w ciaży, więc odrzuciliśmy stopowanie, ale odkryliśmy, że w Portugali, tak jak w Polsce istnieje blablacar (i nazywa się tak samo:D) – i tania podwózka dobra dla nas (bo taniej) i kierowcy (bo też mniej na benzyne wyda) się znalazła. Jechaliśmy z wykładowcą Uniwersytetu, który w trakcie jazdy dawał nam wykład o muzyce Fado i do tego z surferem z Kostaryki w pakiecie:D

  • Węgry, jedno z tańszych pól namiotowych nad Balatonem. Słabe oświetlenie terenu, łazienki błagające o remont, lub chociaż wizytę kochanicy Majdana, brak wifi, ale za to blisko do wody i ekipa najlepsza na świecie.
    Pierwszej nocy tego nie zauważyłam. Przecież trzeba oblać szczęśliwą podróż i początek wakacji, kto by tam przyglądał się łazienkowym sufitom… Mój kobiecy radar jeszcze nigdy mnie tak nie zawiódł, powodując następnego dnia szok prawie zawałowy.
    Tak więc o poranku, niewyspana mocno jak to po nocy w namiocie poszłam umyć się i umalować. Myłam właśnie zęby nucąc sobie coś skocznego gdy w lustrzanym odbiciu okazałam się nie jedynym żywym stworzeniem. Zwisająca nad moim ramieniem czarna kulka była dokładnie tym czym byłaby w najgorszym koszmarze- pająkiem wielkości pięści. "Bghrhkk"-okazało się jedynym możliwym okrzykiem zaskoczenia/oburzenia/wstrętu/obrzydzenia gdyż dodatkowo zakrztusiłam się pastą. Gdy już doszłam do siebie, oczywiście kilometr od łazienki uświadomiłam sobie że wykonując taktyczny odwrót zostawiłam wszystkie swoje kosmetyki. Musiałam tam wrócić. Pająka oczywiście nie było, co upewniło mnie w przeświadczeniu, że ukrył się w mojej kosmetyczce. Spoko, w końcu wakacje to najlepszy czas żeby dać skórze odpocząć od makijażu. Okazało się również, że pajączek ma sporą rodzinkę. Właściwie to pajęcza sieć pokrywała szczelnie cały sufit. Spoko, kąpać się będę w jeziorze…
    Niestety potrzeb fizjologicznych oszukać się nie da, na szczęście potrzeba matką wynalazków- może budziłam uśmiech w okolicy, ale arachnofobia była silniejsza. Otóż moim zgrabnym pająkoseparatorem była parasolka, z której korzystałam przy każdym wejściu do łazienki. No cóż, nie straszne mi od wtedy przelotne opady pająków 😉

  • Lotnisko w Rzymie. Miałam przesiadkę, bo docelowo leciałam do Palermo. Razem ze mną podróżowała Żubrówka w żubranku (do kupienia na każdym polskim lotnisku). Być może z powodu pośpiechu lub – o co bardziej możliwe – niezdrowego podniecenia na myśl o dwóch sycylijskich tygodniach, nie spakowałam w Polsce żubrówki do bagażu, który idzie do luku, ale wzięłam ze sobą do podręcznego. W czasie odprawy w Rzymie pan celnik Włoch powiedział mi, że "non, non" i żubrówka ze mną odprawy nie przejdzie. Pan Włoch po angielsku nie bardzo, a w Palermo wszyscy na wódkę z Polski czekają. Wtedy przypomniałam sobie słowo napisane we włoskiej toalecie i zaczęłam pokazywać na trawę w wódcę, mówiąc "pisciare" (miałam nadzieję, że to znaczy "sikać"). Potem użyłam jeszcze kilku łacińskich i francuskich słów (ach, to filologiczne wykształcenie!) oraz wywijałam blond lokami. Pan Włoch zaczął się śmiać i nagle okazało się, że opowiadam historię o tym, że wódka nazywa się żubrówka, bo to zwierzę na etykiecie to polski żubr, który nasikał na trawę w środku. Okazało się, że historii wysłuchali jeszcze dwaj panowie celnicy i włoska rodzina stojąca przy bramce obok. Odprawa żubrówki nagle okazała się dużo bardziej możliwa, a na do widzenia usłyszałyśmy: "Addio, bella"!

  • Mój Luby ma słabość do swoich koszulek z liceum. O ile jeszcze taki t-shirt może być sexy, może być także wykorzystany jako piżama przeze mnie, o tyle sweter się do tego nie nadaje. A właśnie sweter mój Ukochany znalazł na dnie szafy.

    Cóż, był nim zachwycony, więc przymknęłam oko. Kilka razy jednak sweter trafił do kosza na pranie. Podkręciłam temperaturę raz czy dwa.. 🙂

    Nie wiem, kiedy materiał zrobił się opięty, a sweter powędrował po cichu do kontenerka.. 🙂

  • Zostałam artisto:
    http://i.imgur.com/G5nDl8I.png
    (nie wiem czy się dodał wcześniej komentarz ;x)
    Niestety mnie sukcesy się nie trzymają #człowiekfail

  • Jechaliśmy z mężem i naszym 5 letnim synem pociągiem na wakacje.Kiedy na stacji kupowałam bilety,kasjerka sama zaczęła je wypisywać.Trochę mnie zdziwiło,że tak mało zapłaciłam,ale w ferworze podniecenia wyjazdem nie sprawdziłam biletu.Dodam ,że jechaliśmy z Podhala do Gdyni,czyli cała Polska przed nami.Jakie było moje zdziwienie,gdy konduktor sprawdzając bilety zapytał:Dziecko nie ma skończonych 4 lat? Szybko zreflektowałam się,żeby gadatliwy prawdomówny syn nie wygadał się i uśmiechając się odpowiedziałam A gdzie tam,w przyszłym miesiącu będzie miał.Zagadywałam Go o naszym wyjezdzie,że pogoda ładna,totalnie nie dałam facetowi dojść do zdania,bojąc się,że się mnie zapyta o dowód.Udało się!!! Mimo,że jestem blondynką 🙂 Dojechaliśmy szczęśliwie i powiem,że z powrotem nie ryzykowałam i kupiłam mu normalny bilet 🙂 Czasami zdarza nam się jezdzic komunikacją miejska za darmo,ale to wina kierowców,że widza małe dziecko i nie pytają o wiek 🙂
    kaja350@vp.pl

  • Podczas pobytu w Dublinie i wizyt w różnych muzeach bileterzy sprzedawali mi bilet ulgowy pomimo brak przysługujących ulg, kierowali się tym, że moja twarz jest tak zakonserwowana, że ludzie często dają mi 16-18 lat. Ta cecha sprawiła, że zawsze miałam kilka euro w kieszeniu. Jednego dnia wybrałam się do Guinness Storehouse (fabryki produkującej czarny lager), bileterka spytała się który rodzaj biletu powiedziałam, że ulgowy. Na górze fabryki dostaje się kufel piwa, jakież był moje zdziwienie, gdy zamiast Guinnessa dostałam sok. Czemu? Bo bilet ulgowy był dla przedziału wiekowego do 18 lat, a picie alkoholu jest dozwolone od lat 18. Zaoszczędzone kilka euro było niczym w porównaniu do obejścia się smakiem czarnego piwa.
    Cwaniacki fail 2014.

  • Ha! Ze świecą szukać większego spryciarza ode mnie! To ja zawsze stanę w tej dłuższej kolejce; majstrując, aby coś naprawić sprawiam, że rzecz psuje się jeszcze bardziej, a to, czego szukam zawsze znajduje się w ostatnim z możliwych miejsc…Jednak jednym z prawdziwszych przykładów mojego "sprytu" jest sytuacja sprzed kilku miesięcy. Poranek. Obładowana tobołkami (duża torba, bawełniana dla drobiazgów nie zmieszczonych w tej pierwszej + laptop – tez z torbą, of kors) wreszcie wychodzę z mieszkania, aby, będąc i tak już spóźnioną, popędzić jedną z wielu linii warszawskiego metra do pracy… Wsiadam do windy, zjeżdżam na dół, wychodzę z bloku i PING! Przecież pada deszcz, nie wzięłam parasolki, wracam się, a jakże, przecież nie od dziś wychodzę z założenia iż wolę przyjść spóźnioną niż brzydką… Biorę parasolkę, znów winda, przycisk, dół, wychodzę z bloku i PING! "Cholera, zamknęłam drzwi? Na pewno nie!", więc powrót, winda, 8 piętro, biegnę do mieszkania, pełna nadziei chwytam za klamkę drzwi, że jednak może nie na próżno się wracałam, że jednak może faktycznie nie zamknęłam…Niestety, pomimo moich wysiłków i szarpania klamki okazało się, że drzwi, jak co dzień, skrupulatnie zamknęłam zaraz po wyjściu z mieszkania… No to znowu do windy, parter, wychodzę z bloku, ale czuję, że coś mi lekko, jakbym czegoś zapomniała, ale nie wiem czego… Laptop! Musiałam go zostawić w mieszkaniu podczas szukania parasolki! Myślę sobie więc: "Do 3 razy sztuka!" i oczywiście możecie się domyślić, co było dalej… 😉

  • Trzy tygodnie w Japonii (za sprawą sprytnie tanich biletów, oczywiście).
    Wycieczka zaplanowana co do sekundy, tu autobus, tu śpimy, tu zwiedzamy.
    Zaplanowana też bardzo oszczędnie aka sprytnie! Voucher na autobusy, głównie nocne,
    by nie płacić za hotele, couchsurfing i inne takie.

    Matsuyama. Ona wymyśliła sobie, że chce się potaplać we wrzątku. Wydaliśmy ostatnie
    jeny na pociąg tutaj z Osaki – było za wcześnie by na dworcu w Osace skorzystać z TravelCheck. Mieścina – nic specjalnego, ale tu znajduje się
    najstarszy onsen w Japonii. Onsen to po lokalnemu gorące źródła – ale płatne.
    Czekamy więc aż otworzy się informacja by zapytać, gdzie można najbliżej wymienić pieniądze.
    Po godzinnej drzemce, kurtyna się podniosła. Małe japońskie oczka spojrzały na nas z przerażeniem,
    młoda japonka wzruszyła ramionami zmartwiona i pokiwała głową z lewa na prawo.
    Poprosiliśmy więc o mapę. Na mapie dumnie widniały znaczki yenów, więc spiesznie pobiegliśmy do
    pierwszego z nich. Patrzę: bank. a przed bankiem kursy wymiany walut, średnio 10x mniej korzystny od dotychczasowych Western Union
    z których korzystaliśmy nawet na najbardziej ekskluzywnych ulicach Tokio.
    Nawet nie wchodziliśmy. Przy drugim banku byliśmy bardziej odważni, kurs był nawet nieco bardziej sprzyjający
    Farbowana na blond japonka mówi ' minimum 500 dollars ' i znów rozlega się głośny huk mojej szczęki uderzającej o podłogę.
    A może to ona wzdycha że już się chce umyć (mind you, nie myliśmy się już trzeci dzień).
    Trzeci bank był zamknięty. Jeden z przechodniów powiedział (nie wiem co powiedział, ale pokazał palcem pocztę),
    gdzie tracąc nadzieję smętnym krokiem podeszliśmy.
    Ale to był początek, jak się okazało.
    Czekamy sobie na miejscu wyznaczonym przez Ochroniarza, czując się trochę jak egzotyczne zwierzątka w ZOO (Wszyscy patrzą,
    komentują 'o, białe człowieki', aż w końcu Pani w okienku, macha do A. Wzięła gotówkę, odzyskała energię,
    włożyła dolary do czerwonego koszyczka z tworzywa – wszystko na dobrej drodze! I widzę jak Japonce rzednie mina.
    Wkraczam do akcji, urobię ją na mój urok. Jej nie interesuje urok, ją interesuje nasz adres w Japonii.
    Kombinujemy: 'Dzisiaj to nie wiemy, gdzie śpimy, za dwa tygodnie będziemy w Tokio… No, no, u naszego kumpla.. Nieee, telefonu do niego nie mamy,
    ale mamy adres.' Japonka poszła skonsultować się, my wróciliśmy na miejsca.
    10 minut później – cholera, nie przeszło. Kombinujemy dalej 'Yyy, to może Pani by sobie skserowała paszport .. Mamy tutaj wszystkie dane,
    podamy adresy w Polsce..' Japonka zestresowana tłumaczy, że to wymóg regulatora, że wystrzegają się sfałszowanych dolarów. Poszła po szefa.
    Oni muszą mieć z nami kontakt. Cały czas, odkąd opuścimy pocztę, dopóki nie opuścimy Japonii.
    A proponuje: 'Może podam adres mailowy?' Zgadzają się, ale muszą sprawdzić. A idzie za dyrektorem poczty, do komputera, loguje się (co nie było łatwe bez zachodnich znaków na klawiaturze).
    Jest mail, wszyscy się cieszą i klaszczą w dłonie. Dyrektor wykonuje telefon do centrali poczty w Tokio.
    To nie wszystko … Musi być numer telefonu. W końcu odpaliłem swój (baterię namiętnie oszczędzaliśmy) i podałem numer.
    Instruując dyrektora jak wybiera się numery zagraniczne, czekałem na sygnał. On też. W końcu 'Butelki z benzyną i kamienie' zahuczały w całym hallu.
    Dyrektor machał do nas w ferworze radości. Przybiegł nas przepraszać i dziękować. A w końcu pojawiły się też nasze jeny.
    Musieliśmy tylko uzupełnić formularz odbioru: adres couchsurfingowca, mój telefon, mail A, numery paszportów.. i oświadczenie.
    Tak na przyszłość – planując wycieczkę bardzo dokładnie, zaplanujcie też punkty wymiany pieniędzy.
    Choć nie ukrywam, że ta sytuacja nauczyła nas o Japonii bardzo, bardzo wiele.
    Zasady muszą być przestrzegane, ale obcy człowiek ma o Japonii myśleć jak najlepiej.
    A wizytówki dyrektora poczty nie wiadomo kiedy mogą się przydać.

  • Zakochana w Australii, w Australijczyku, w marcu przy zatrzyku gotówki – kupuję bilety do krainy marzeń, do znajomych z liceum, do ówczesnego chłopaka. Cieszę się jak dziecko. 8 lipca – 7 października, bo wiza na 3 miesiące. Bilety czekają, ale rok studiów trzeba zaliczyć. Jak łatwo się domyślić, złośliwość rzeczy martwych i mniej martwych wykładowców, a może to po prostu myśl o wyjeździe nie pozwalała mi się skupić na polach elektromagnetycznych. W każdym razie – sorry – nie udało się, zapraszamy na kampanię wrześniową. Był koniec czerwca. Bilety na sierpień, w jedną stronę, miały niebotyczne już ceny. Super. Chłopak – urodziny 6 października. Jeszcze lepiej. Nic, wyjeżdżam, będę myśleć na miejscu.

    Myślę tydzień – jeden, drugi… przeglądam oferty biletów. Nic, cholera, nie tanieje. Może wezmę dziekankę? A moze oleję studia? A może kupię bilety tam i z powrotem? Ech.
    I.. Wymyśliłam ! Egzamin miałam 20 września.
    17 września poszłam na komisariat i z przerażoną miną oświadczyłam 'Zgubiłam paszport'. Nie wiem, gdzie.. nie wiem, jak .. nie ma i już. Papierek od policjanta zeskanowałam i z listem o przygodzie życia, o podróży do Australii (nikt nie pytał której), o niezdanych egzaminach, o zmartwieniach natury 'co teraz?!' wysłałam do Pani Dziekan, która to… Napisała mi – urzekła mnie Twoja historia. Niczym się nie przejmuj, porozmawiam z wykładowcami. Nie denerwuj się, załatw paszport, wróć kiedy możesz. Przykro mi. Napisz mi, kiedy będziesz miała bilety na powrót.

    Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że wyrobienie paszportu tymczasowego trwa jeden dzień. Gdyby tylko Pani Dziekan wiedziała, nie wiem, czy tak bym sie prześlizgnęła.

    Egzaminy zdałam – w listopadzie. Paszport leży tam, gdzie leżał.
    Nadal uważam to za moje najsprytniejsze i najchytrzejsze osiagniecie, które chętnie wpisalabym do CV! a już na pewno na bloga 😉

  • Spryt sprytowi nierówny, ale z tych bardziej zabawnych mogę przytoczyć ten z kręgu biletowego.
    Sytuacja przedświąteczna, mój PKS nie przyjeżdża, więc nie zastanawiając się długo wskakuję do pierwszego podmiejskiego busu, jadącego w docelowym kierunku. Na przedostatnim przystanku PECH! Kontrola biletów…. a ja mam tylko bilet miesięczny Przedsiębiorstwa Komunikacji Samochodowej! O kupnie busowego powiedzmy, że zapomniałam 😉 No i co się dzieję… Oczywiście próbuję na panu Kanarze tych wszystkich sposobów na blondynkę – że ojoj, że ach, och, oczy ze Shreka… nic nie pomaga! Aż nagle olśnienie: "Wie Pan co, mój chłopak czasami mówi mi, że jestem kwadratowa". Tu wzrok Kanara nieco się zmienił… zmusiłam go do myślenia… Spojrzał na mnie, więc ciągnę dalej: "Bo tak naprawdę proszę się przyjrzeć: Czy ja nie przypominam Panu walizki? Postawne ramiona, wręcz kanciaste… No a mój koczek to wypisz wymaluj walizkowy uchwyt!" Na szczęście domyślił się o co mi chodzi… Tak go tym rozśmieszyłam, że wypisał mi "mandacik" tylko za brak biletu na BAGAŻ! I tym sposobem zamiast 130 zapłaciłam 30 zł kary… 😀
    Sytuacja z tego samego autobusu, trochę dalej: chłopak zamiast całego kupił sobie bilet ulgowy. "Ale ja nie wiedziałem! Ja jestem ze wsi!". Na co usłyszał: "My nikogo nie dyskryminujemy…" i już się nie wywinął… 😉

  • Pierwszy raz czyjeś życie zależało ode mnie. Wiem, że ta historia pasuje bardziej pod akcje zwykły bohater, ale chciałam się nią podzielić ze względu na to ze warto pomagać innym. Ja teraz walczę z czasem pisząc ten komentarz ale bardziej czas gonil mnie tamtego dnia.

  • Taki ze mnie spryciarz, że nie potrafiłam dodać komentarza za pierwszym razem. Nie wiem czy to jest spryt, odwaga, a może szczęście. Mówią, że ma je głupi, więc odrzucam tę ewentualność. Akcja dzieje się w wakacje 2014, Holandia. Dla mnie byla to akurat ciężka praca, ale mniejsza o to. Wychodzę z pracy, sms od koleżanki czy mogę przyjechać po nią pod wskazany adres, bo musi uciekać przed Holendrem, wątpliwej urody, a tym bardziej charakterze. biegnę całą drogę do domu, prawie wypluwam płuca. Jednocześnie rozmawiam z nią i mówię, że przyjadę z bratem, który mieszka tutaj rok i zna okolicę, a ja jestem tutaj dopiero miesiąc. Wbiegam do domu. Brata nie ma. Nie zastanawiam się i zabieram kluczyki od samochodu. To mój pierwszy rajd po Holandii. W przeciągu kilkudziesięciu minut, łamię kilkanaście przepisów ruchu drogowego. Rozmawiam z koleżanką przez telefon i informuję ją o tym, że bateria może mi paść w każdej chwili. Jestem na osiedlu, na którym ona mieszka, ale nie widzę jej. Ona nie jest w stanie mi wytłumaczyć, gdzie ona jest, a tym bardziej gdzie ja. W miedzyczasie komórka pada. Zatrzymuję się na poboczu, próbuję rozgrzać baterię w dłoniach, ale to nic nie pomaga, włącza się na chwilę i od razu widać tylko czarny ekran. Dochodzę do wniosku, że się zgubiłam. Kompletnie nie wiem, gdzie jestem. Widzę tylko zjazd na autostradę. Jeśli tam wjadę, to wrócę, ale na lawecie, z kosmicznym rachunkiem za holowanie . Zapala mi się rezerwa- mam tylko 20 kilometrów. Zatrzymuję się na poboczu. W schowku jest nawigacja. Nerwowo wpisuje adres, jednak bezskutecznie, bo mam tylko polskie mapy. Jestem bliska załamania i płaczu. Postanawiam jechać przed siebie. Jadę tak z 10 kilometrów i nagle staje się cud- widzę znajomą okolicę! Jestem uratowana! Wracam do domu, jednak w ostatniej chwili coś mi mówi żebym jechała jeszcze raz tą trasą, gdzie miała być koleżanka. Nie mogę opisać emocji, które towarzyszyły mi kiedy ją zobaczyłam. Stała przy drodze, wypatrujac samochodów z polskimi blachami.

  • Musztarda po obiedzie, ale niech ten komentarz służy też za przestrogę dla zabieganych i spiesznych multitaskingowców.

    Wybiegam rano na pociag do pracy, nie jadłam śniadania, więc wstępuję do piekarni. Po pracy umówiliśmy się na golfa, więc spieszac dalej próbuję upchnac kurtke wraz z innymi rzeczami, odpisujac P na smsa (zwiazki na odległość, hej). Nagle… Staczam nierówna walkę z chodnikiem. Jego jad szaleje moim błędnikiem. Zataczajac się przez kolejne pięć metrów, w końcu upadam. Tylko na dłonie. Sprężyście odbijam się od wroga i udaję, że nic się nie stało. Kontynuuję więc maraton na pociag, przekazujac zdobyta empirycznie wiedze P: patrz pod nogi. Dobiegam na peron, zdaze nawet kupić bilet, tylko że… W torebce nie ma portfela.
    I nie, nie został w piekarni. Wiem to, bo szczęśliwy znaleźca łaskawie moje prawo jazdy i holenderska karte na pociagi oddał do jednostki wojskowej, gdzie przy bramie tego poranka wykonałam taniec z wdziękiem łabędzia.
    Sprytnie zamykajcie torebki, choćby nie wiem co. A, i obracajcie się za siebie po upadku. Lepiej mieć portfel i świadków kompromitujacych zdarzeń, niż ani jednego ani drugiego.