Branie prysznica, kiedy mieszka się z K, jest jak gra. Trochę Jenga, trochę szachy, ale przede wszystkim jednak stary dobry Saper. Trzeba uważać na miny.


Po pierwsze, nasza kabina prysznicowa jest dosyć ciasna, a sporą część jej przestrzeni zajmują dwie półeczki. Półeczki te są zajebane po brzegi przeróżnymi buteleczkami, słoiczkami i wszelkimi innymi pojemniczkami z kosmetykami, które pomagają genom czynić ciało i włosy mojej dziewczyny tak bliskimi ideału, jak się tylko da. Ciasnota i buteleczki czynią jakikolwiek ruch pod prysznicem, zwłaszcza mężczyźnie moich, jak mówi moja babcia, „słusznych” gabarytów, praktycznie niemożliwym. Zwłaszcza jeśli nie chcę nic strącić. A nie chcę, bo spadający na stopę półkilowy słoik z odżywką to nic śmiesznego. Z ulgą przyjmuję w domu wszystkich gości, bo to jedyna okazja, kiedy K zabiera tę całą drogerię spod prysznica, pakuje do pudeł i chowa gdzieś. Nie wiem gdzie, na pewno nie w naszym mieszkaniu. Obstawiam, że wynajmuje magazyn na mieście. Albo chociaż garaż. Nigdy jej na tym nie przyłapałem, po prostu w dniu, w którym mają pojawić się goście, to wszystko znika z naszej łazienki i pojawia się znów, kiedy za ostatnim gościem zamkną się drzwi.
Po drugie, na półeczkach zajebanych po brzegi przeróżnymi buteleczkami, słoiczkami i wszelkimi innymi pojemniczkami z preparatami, które pomagają genom czynić ciało i włosy mojej dziewczyny tak bliskimi ideału, jak się tylko da, są dwa moje kosmetyki. Żel pod prysznic i jakaś pianka, którą kazała mi myć moją łajdacką mordę. Od dłuższego czasu nie posiadam własnego szamponu ani odżywki. Tak, wcześniej posiadałem. Nie, nie uważam, żeby do higieny łba wystarczył facetowi ten sam kosmetyk, którego używa do reszty ciała. Przynajmniej mi nie wystarcza. Postanowiłem, że zamiast wydawać hajs na kolejne buteleczki, których i tak nie miałbym gdzie wcisnąć, zacznę zużywać zawartość tych, które kupuje ona, a których i tak nigdy nie zużyje z powodu powodów, z naciskiem na
Jednak mi nie pasuje,
ale przecież nie wyrzucę,
więc skończę ten,
kiedy skończę ten drugi.
Ponieważ zanim skończy się ten drugi, zawsze przybywa ten trzeci, staram się ją wyręczać. Dzięki temu pojawia się cień szansy, że raz na jakiś czas, dla odmiany, pod prysznicem czegoś ubędzie. Drobiazg, wygrać oczywiście nie mam szans, jeśli nie zacznę myć głowy czterdzieści razy dziennie, ale kto wie, może właśnie dzięki temu nasza łazienka przetrwała kolejny tydzień, zamiast pod wpływem ciężaru runąć na antyki sąsiada z dołu.
Cały Saper w tym wypadku bierze się stąd, że nigdy nie wiem, czego mogę bezpiecznie używać. Nie żebym bał się, że kosmetyki zrobią mi krzywdę. Odrobina różowego połysku na włosach jeszcze nikomu nie zaszkodziła, krem do depilacji potrafię (już) odróżnić od takiej chociażby odżywki w tubie, więc nic strasznego pod prysznicem nie może mi się chyba przydarzyć. Co innego, kiedy spod tego prysznica wyjdę. Tak jak dla sapera istnieje ryzyko przecięcia nie tego kabelka, tak ja obawiam się, że sięgnę nie po tę butelkę. W morzu tego, czego i tak K nie zużyje, trafię na coś wyjątkowo rzadkiego albo wyjątkowo skutecznego. I co gorsza – dam się złapać. Jak dzisiaj rano.
Wyłączam radio, rozsuwam drzwi, nie sięgam po ręcznik, bo nie mam jak. K zasłania mi wyjście całym swym jestestwem. Czasami potrafi zajmować strasznie dużo miejsca, jeśli się postara.
– Jak się prysznicowało?
– Bardzo dobrze.
– To dobrze. – Stoi i patrzy. Czasami się boję, jak tak patrzy.
– Podałabyś mi ręcznik?
– Podałabym. – Stoi i patrzy.
– To podaj. – Podaje.
– Wytrzyj się, to cię uczeszę, zanim pójdę.
– Spoko, dam radę. – Lubię, jak mnie czesze, ale coś mi mówi, żeby tym razem zachować ostrożność. Zmysł sapera.
– Nie musisz. Uczeszę cię. Siadaj. – Siadam. Lakierowana deska muszli klozetowej jest dzisiaj wyjątkowo zimna i niewygodna. – Ładnie ci włosy pachną, czym myłeś?
– Tym ogórkowym.
– Yes2Cucumber? Dobrze, ale to nie ten zapach. Ale masz dzisiaj delikatne włosy. I gładkie. Użyłeś odżywki?
– Tak?
– Patrz mi w oczy, nie spuszczaj głowy, bo nie dam rady cię uczesać. Której odżywki użyłeś?
– Tej, której nie używasz. – Mogłem się dokładniej wytrzeć, bo nagle w łazience zrobiło się zdecydowanie chłodniej.
– Wszystkich używam. Niektórych trochę rzadziej. Której odżywki użyłeś?
– Tej białej.
– Wszystkie są białe. Której odżywki użyłeś?
– Tej Volume coś.
– Tej z fioletową nakrętką?
– Chyba tak.
– Tej, której ostatnio tydzień szukałam po drogeriach?
– Nie wiem.
– Tej jednej, dzięki której tak mi włosy rosną? – Jej mina to ta mina. Ta mina jest jak pokój wypełniony apteczkami i amunicją w starych shooterach. Sugeruje, że warto byłoby zasejwować.
– Nie wiem. – Zasejwować się nie da, ale mogę grać na czas. Może coś wymyślę. Może straci na chwilę koncentrację i dam radę się schować.
– Tej z fioletową nakrętką?
– Chyba tak.
– Tej, którą trzymam w dłoni?
– Nie wiem. Może. To źle?
– Nie. Jasne. Wszystko w porządku. – Odwraca się i wychodzi.
– Dokąd idziesz?
– Do pracy.
– Nie uczeszesz mnie?
– Nie.
– A powiesz mi chociaż, gdzie jest mój grzebień?
– Nie wiem. Może.
I wyszła. Bum, szybki koniec, przeciąłem nie ten kabelek i teraz będzie trzeba ponieść konsekwencje. Może przeprosić. Może nawet odkupić odżywkę.
Bo branie prysznica, kiedy mieszka się z K, jest jak gra. Trochę Jenga, trochę szachy, a trochę stary dobry Saper, bo trzeba uważać na miny. Ale przede wszystkim to gra, w którą zdecydowanie lepiej gra się we dwoje. Może jest jeszcze ciaśniej, ale ona zdecydowanie lepiej ogarnia zasady. W końcu sama je ustaliła.