Jest taka scena w moim ukochanym Lost in Translation, na którą zwróciłem uwagę dopiero ostatnio, przy setnym chyba seansie. Seansie zupełnie przypadkowym. Od prawie miesiąca byłem poza domem i, mimo że byłem na przemian w miejscach dobrze znanych, w których zawsze czułem się dobrze, i zupełnie nowych, egzotycznych, w których momentalnie poczułem się dobrze, to potwornie do tego domu tęskniłem. I może dlatego dopiero wtedy zwróciłem uwagę na scenę, która umknęła mi przy pierwszych dziewięćdziesięciu dziewięciu seansach, a podczas tej cichej i pustej nocy daleko od domu dotknęła mnie prosto w serce.
Bill Murray, czy raczej bohater grany przez Billa Murraya, albo może bohater, którego gra Bill Murray, który nie powinien być utożsamiany z Billem Murrayem, ale i tak wiemy, że Bill Murray zawsze gra siebie, próbuje wziąć prysznic w japońskim hotelu. Nie w jakiejś dziwnej, japońsko-kosmicznej kabinie prysznicowej. Pod zwykłym prysznicem, może tylko trochę mniejszym niż ten, do którego przywykł. Pod innym niż ten swój.

I tak sobie przy tej scenie pomyślałem, że chyba w żaden inny sposób nie dałoby się tak dobrze oddać uczucia bycia w obcym miejscu, niż pokazując walkę z obcym prysznicem. Bo dom jest tam, gdzie bez zastanowienia wiesz, jak ustawić idealną temperaturę wody. Nawet jeśli musisz w tym celu odkręcić, przekręcić, kopnąć boiler, tupnąć obcasami i spuścić wodę w kiblu, ale tylko do połowy, i modlić się, żeby nikt nie odkręcił wody w kuchni, to wiesz, jak to zrobić. Nie musisz przez pięć minut toczyć nago upokarzającej walki z kurkami i ostatecznie wykąpać się pod ledwo kapiącą z deszczownicy letnią wodą i biczującymi cię z boków strumieniami hydromasażu. Nie musisz walczyć ze spadającą albo za nisko zawieszoną słuchawką. Bo jesteś u siebie. Pewnie, u siebie to też tam, gdzie masz swój ulubiony palnik na kuchence, telefon bez pytania łączy się z wifi, i wiesz, jak po ciemku dojść do lodówki tak, żeby nie zaskrzypiała podłoga. Ale ja nie poczuję, że jestem w domu, dopóki nie wyjdę spod swojego prysznica i nie położę się w swoim łóżku.

Tak się teraz cieszę z tego powrotu do domu, że aż musiałem o tym napisać. To jest chyba jedna z tych rzeczy, o które chodzi w podróżach.
O wracanie.
Pewnie, egzotyczne wojaże i odkrywanie co dzień, dosłownie na każdym kroku, czegoś nowego, są wspaniałe same w sobie. Tak samo jak zwiedzanie starych europejskich miasteczek, odkrywanie siebie w górach, romantyczne marznięcie nad polskim morzem poza sezonem czy siedzenie na wsi. Bo są inne niż codzienność. Ale nie mniejszą wartość ma to, że pozwalają ci właśnie za tą codziennością zatęsknić. Wystarczy się na odpowiednio długo oderwać od swojej rutyny, żeby jej na nowo zapragnąć. Ja tak mam.
Pierwszy raz od bardzo dawna wyjechałem na dłużej niż dziesięć dni i po upływie tygodnia, mimo że wciąż bawiłem się wspaniale, to w gdzieś tam w moim sercu kiełkowała tęsknota za ugotowaniem czegoś na swojej kuchence, za pójściem na swoją siłownię.
Za swoim prysznicem.
Za byciem u siebie.

Bo, jak bardzo nie znoszę truizmów, tak w tym wypadku nie potrafię napisać inaczej, wszędzie dobrze, ale w domu, tym, na który w języku jest zarezerwowane słowo home, tym, który jest czymś zupełnie innym niż house, w prawdziwym domu najlepiej.

tu sobie na fejsiku dyskutujemy o byciu u siebie, zapraszam serdecznie.