Mroczna strona jesieni znów złapała mnie w pułapkę.

Zrobiła to niepostrzeżenie. Przeciskała się przez szpary okienne, wlewając się do pokoju gęstą, lepką ciemnością, która pochłaniała coraz większą część dnia, minutę po minucie pnąc się do tyłu na zegarowej tarczy.

Owiewała chłodnym oddechem moje policzki nad ranem. Wciskała się w każdą szparę w grubej kołdrze, kpiła z cieniutkiej, utkanej z mgły nocnej koszuli. Otwierałam na chwilę zaspane oczy i dotykałam palcami twarzy, czując na niej resztki zimnych pocałunków i natychmiast zasypiałam ponownie, wciskając zziębnięty nos w jego pachnący mydłem kark i przytulając się do rozgrzanych snem szerokich pleców.

W ciągu dnia, gdy już chłód rozpanoszył się na dobre, głaskała mnie czule rozkosznie ciepłym powietrzem unoszącym się nad kaloryferami, a gdy ja mylnie sądziłam, że robi mi dobrze, po trochu zabierała z mojej twarzy letnie kolory, znacząc ją bladością i muskając fioletem pod oczami.

Robiła to tak, że niczego nie zauważyłam, powoli, ale nieustępliwie. Coraz niechętniej patrzyłam na swoje odbicie, bo straciłam swój kształt w obszernych ubraniach, których jedynym celem było utrzymanie przy mojej skórze resztek złotego jesiennego ciepła.

Wyciągała w górę ostre końce bezlistnych drzew, które na tle obrzmiałego od deszczu siwego nieba wyglądały jak zeschnięte dłonie czarownicy. Przyglądałam się im z czołem opartym o szybę samochodu, gdy w rzadkich momentach wyjścia poza ciepłe cztery ściany mknęliśmy po krętych wiejskich drogach, poznaczonych gdzieniegdzie szarymi budynkami. Wszystko było takie szare. Moje słowa były szare. Moje myśli były szare.

Przez tę wszechobecną szarość nie chciało mi się wychodzić z domu. A ona kusiła mnie przyćmionym światłem lampy, karmiła mnie ciastkami, poiła gorącą herbatą z miodem i cytryną, wlewała do gardła kubki kakao, kazała nie ruszać się spod ciepłego koca, aż w końcu straciłam chęć, by w ogóle spod niego wychodzić. Włożyła mi na nogi ciepłe skarpety, włosy spięła w bezkształtny węzeł (a może i nawet kształtny, ale po godzinach leżenia na kanapie wszystko traci kształt, łącznie z człowiekiem). Była wyrozumiała i tłumaczyła moje zachowanie: „Poleż sobie, zjedz coś, przecież jest jesień, szaruga za oknem, słońca nie ma w tym miejscu w środku Europy przez najbliższe pół roku, więc obejrzyj jeszcze jeden odcinek BoJacka i się dobij, rób tylko to, co musisz, nie masz przecież siły na kreatywne myślenie”. Rozlewałam się na tej kanapie coraz bardziej, a każdego poranka coraz trudniej było mi otworzyć sklejone od nadmiaru snu powieki, bo wiedziałam, co zobaczę. Zalany szarym światłem pokój, w którym w ciągu dnia wcale nie miało zrobić się jaśniej. Jesień straciła dla mnie swój czar, chociaż nadal ją kochałam. Ale nie potrafiłam się z nią przyjaźnić.

Tego dnia obudziłam się jednak z jakimś drgnieniem w sercu. Niby nic się nie zmieniło, pokój nadal zalewała fala szarego światła, czarne włosy Konrada ledwo wystawały spod kołdry. Wysunęłam się z łóżka i poszłam do łazienki, po drodze zabierając z biurka dawno nieużywany bezprzewodowy głośnik, który zdążył już pokryć się cieniutką warstwą kurzu. Przez kilka minut, stojąc gołymi stopami na chłodnej łazienkowej posadzce, zastanawiałam sobie, czego chciałabym posłuchać. Przez ostatnie tygodnie w moje uszy sączyły się dźwięki melancholijnych playlist na Spotify, ale czułam, że jeśli jeszcze raz usłyszę cichy płacz pianina, to zacznę wrzeszczeć.

Pragnęłam czegoś, co sprawi, że serce będzie chciało wyskoczyć mi z piersi. Czegoś, co sprawi, że moja twarz spłonie purpurą jak przy pierwszym pocałunku.

Pragnęłam piosenki o dzikiej miłości.


Najpierw podrygiwałam sobie po troszku, myjąc zęby, trochę nieśmiało przestępowałam z nogi na nogę, ale już po chwili, wraz z wejściem przejmującego wokalu, razem z młodym Claptonem cierpiałam męki nieszczęśliwej miłości…

Layla, you’ve got me on my knees 
Layla, I’m begging, darling please 
Layla, darling won’t you ease my worried mind

…aż w końcu nie wiedziałam, czy mam na myśli Laylę, przed którą Clapton pada na kolana, czy jesień, która mnie samą na te kolana rzuciła i z których teraz bardzo chcę wstać, wręcz się z nich podrywam!

Jaki to był wspaniały występ! Zarzucałam grzywą ciemnych włosów w geście rozpaczy, rozrywałam swoją bufiastą, pełną falban koszulę w przypływie pożądania, wirowałam w tańcu, wyobrażając sobie, że trzymam ukochaną w objęciach, byłam szalenie zakochanym wirtuozem gitary, aż wreszcie nie mogłam złapać tchu, bo przez te trzy minuty krew krążyła we mnie żywiej niż przez ostatnie dwa tygodnie.

Gdy uspokoiłam oddech i podniosłam głowę, w lustrzanym odbiciu napotkałam spojrzenie Konrada. Nie wiem, od kiedy stał w drzwiach łazienki, bo mnie przecież w tej łazience wcale nie było. Byłam gdzieś w latach 70. i rozpaczliwie kochałam żonę swojego przyjaciela.

– K, co robisz? – zapytał.
– Tańczę.
– Tańczysz.
– Tak.
– Dlaczego mnie nie zawołałaś?

I zatańczył razem ze mną.
Kochał razem ze mną.

***

Obtańczyliśmy listopad tamtego dnia i dzień zrobił się piękniejszy. Nagle znów zaczęłam dostrzegać w jesieni poezję, w tym miękko zapadającym zmroku, który otula nasze mieszkanie, w deszczu, który pada bez przerwy przez trzy dni, w coraz grubszych warstwach ubrań, nawet w tej wszechobecnej szarości, na tle której można wyraźniej zobaczyć barwy swoich myśli i uczuć.

Dlatego każdego dnia rano obtańczam listopad przy piosenkach, które budzą mnie do życia i nie pozwalają marazmowi odnaleźć drogi do mojego nastroju. Zanim dzień się obudzi, tańczę do Love my way ze ścieżki dźwiękowej do „Call me by your name” i aż czuję na skórze dotyk letniej włoskiej nocy; gdy się wygłupiam, śpiewam Later, bitches i bujam się w takt dyskotekowego przeboju jak z lat 80., wkładając na piżamę jedną z moich wielu marynarek z poduszkami w ramionach i sprawiając, że Konrad zaczyna się zastanawiać, czy go kręcę, czy może jednak powinien kiedyś pod osłoną nocy pozbyć się wszystkich ubrań, w których wyglądam jak jego ciotka w młodości.

Nigdy nie ciągnęło mnie jakoś specjalnie do tańca, a teraz jak szalona obtańcowuję listopad. Czasami z nim, na powitanie dnia, albo przed zaśnięciem, albo zupełnie znienacka przy gotowaniu. A czasami sama, nie myśląc o tym, czy ktoś zobaczy, dziko i bez zastanowienia.
W obu przypadkach otrząsam się z chłodu i smutku jak drzewa za oknem z liści.
Na mnie działa. Może wam też pomoże.