Są ludzie, którzy jeżdżą nowymi samochodami od momentu otrzymania prawa jazdy. Takimi ze lśniącą karoserią, obitą skórą kierownicą i pachnącymi nowością, które zjechały wprost z taśmy produkcyjnej w ich objęcia.

Podobno. Ja tego szczęścia(?) nie miałam. I chyba żaden z moich znajomych. Zwykle bywa tak, że pierwsze kilometry przejeżdżamy doświadczonymi pojazdami, co w sumie nie jest złe, bo to zawsze lepiej, żeby ten pierwszy był chociaż trochę doświadczony.
Z moim pierwszym samochodem, Perzym, przeżyłam wiele i dziś sama jestem dziadkiem, więc cóż mogłabym dać moim czytelnikom, jeśli nie moje wspomnienia z tych jakże wspaniałych czasów. Bo Perzy to był ktoś wyjątkowy.

Wyjątkowy, ale i niepozbawiony wad. A to nagle silnik mu się grzał, zupełnie nie wiadomo dlaczego. A to gasł i nie chciał odpalić. Albo wchodził tylko drugi i czwarty bieg. Albo Perzy nagle stawał w miejscu, silnik chodził, ale sprzęgło, gaz i kierownica nie reagowały. A potem ni stąd, ni zowąd po godzinie chodził jak przecinak.

A czasem po prostu było tak, że niedoświadczona młoda K się zupełnie niechcący walnęła w obliczeniach, i ta resztka benzyny, co miała wystarczyć jeszcze na ponad 30 kilometrów, kończyła się niespodziewanie przy raptem dziesięciu. Nagle Perzy gasł na zupełnym pustkowiu, księżyc świecił, wilki wyły, cisza była złowroga, a w telefonie padła bateria, bo popsuło się radio i dla dodania sobie animuszu w samotnej podróży puściłam sobie na YouTube całą dyskografię Queen.

Gdybym wówczas wiedziała to, co wiem dziś, oszczędziłabym sobie wielu bezsennych nocy z koszmarami o peugeocie stającym dokładnie na środku największego skrzyżowania w mieście i o trąbiących na mnie setkach kierowców z wykręconymi złością twarzami. Zaoszczędziłabym sobie również kilku siwych włosów, litrów wylanych łez i półrocznej niechęci do prowadzenia auta, bo „jest głupie i wolę autobusy”.

Nie dla skrajnych emocji

Stres pojawia się nagle, wraz z pierwszymi oznakami jakiejś usterki, i nieubłaganie pełznie wzdłuż kręgosłupa, napędzając wodotryski w oczach i nieskoordynowane ruchy. Doprowadza do tego, że prosta sytuacja nie znajduje rozwiązania, nie myślimy logicznie, a na wszelką próbę pomocy odpowiadamy wybuchem płaczu, że „nie wiem, co się stało”. W przypadku awarii przede wszystkim należy zachować trzeźwy umysł, choćby na tyle, by włączyć światła awaryjne i nie otwierać gwałtownie drzwi na dwupasmówce. Nie starać się za wszelką cenę odpalić silnika, chaotycznie i nerwowo przekręcając kluczyk w stacyjce, bo przecież „zawsze zaskakiwał”. Nie wyzywać innych kierowców ani nie pokazywać im środkowego palca – i tak będą trąbić, taka ich natura, a przecież tak strasznie się śpieszą swoimi smutnymi samochodami ze swoich smutnych prac do swych smutnych domów. A przede wszystkim – nie płakać. Trzeba się wziąć w garść, jak na dorosłą dziewczynę przystało. Łzami nie napełni się baku, nie naoliwi suchego silnika ani nie wymieni pękniętej opony. No chyba że chce się nimi przekonać kogoś innego, by zrobił to wszystko za nas.

Cierpliwość jest kluczowa

Po wezwaniu na pomoc taty/mamy/siostry/szwagra/chłopaka/innego kierowcy znajdującego się najbliżej ciebie, pozostaje na niego czekać. Czekać cierpliwie. Nie krążyć jak potępieniec z nieszczęśliwą miną wokół auta, nie szarpać się z silnikiem („bo ostatnio, jak cholerze przyłożyłam kluczem nastawnym, to od razu odpalił”), nie kopać go w rurę wydechową, nie złorzeczyć mu, bo się obrazi i w ogóle więcej nie odpali. Sprawdzone.

Ludzie są dobrzy

Naprawdę. Nawet wtedy, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy, a jeśli już się czegoś spodziewamy, to steku wyzwisk i znieczulicy. Pewnej zimy jeden z moich wykładowców, z gatunku tych surowszych, pomógł mi zepchnąć samochód ze skrzyżowania (jechał przez przypadek za mną). Później, już na uniwersyteckim parkingu, troskliwie zapoznał mnie z listą sprawdzonych stacji benzynowych, w których do paliwa nie dolewają wody, a wtedy w mroźny dzień ta nie zamarza w baku, auto nie gaśnie, a K grzecznie dojeżdża na czas na egzamin. Kiedy indziej obcy, ale za to bardzo uprzejmy kierowca zaproponował, że potowarzyszy mi swoim samochodem w drodze do domu, na wypadek gdyby mój znów miał zgasnąć na jedynym pasie w lewo, torując ruchliwą ulicę. Innym razem, gdy wpadłam w lekki poślizg na leśnej drodze i dupą samochodu wjechałam do rowu, mnie i troje pasażerów stojących na poboczu jezdni w ciągu 20 minut minęło bez zatrzymywania się kilka SUV-ów, aż wreszcie zatrzymał się… chłopak w zdezelowanym volkswagenie, który obejrzawszy miejsce zdarzenia, zawrócił do swojej wsi i przywiózł z domu linkę holowniczą, by nas wyciągnąć. Mimo iż jechał w zupełnie innym kierunku!

Chociaż czasami nie są

Jak ci kierowcy z SUV-ów. Albo jak pan, co ostatnio okrzyczał innego pana za to, że ten zatrzymał się i razem ze mną oglądał zgrzany silnik garbusa. I to okrzyczał go bardzo brzydko. Wyrzucił z siebie w naszym kierunku bardzo dużo słów na „k” i na „p”, i to z taką prędkością, że opluł zwisający z lusterka medalik ze świętym Krzysztofem.

Można docenić ulotne chwile

Była to jedna z naszych pierwszych wspólnych przejażdżek. Konrad z długimi włosami siedzący na fotelu pasażera, ja z grzywką wpadającą do oczu, trajkocząca za kierownicą. Samochód zgasł na wiejskiej drodze, gdy wlokłam się na zakręcie za niedzielnymi rowerzystami, którzy akurat w tym miejscu postanowili zwolnić, by popodziwiać stado śpiących w letnim słońcu krów. Ostatni dech auta wykorzystałam na sprowadzenie go na nieuczęszczaną drogę. Godziny oczekiwania na tatę i szwagra z linką holowniczą pamiętam do dziś. Siedzieliśmy i rozmawialiśmy, patrzyliśmy na słońce zachodzące nad sierpniowymi polami i słuchaliśmy muzyki z porysowanych płyt, popijając ciepłą, wygazowaną colę. Było po prostu idealnie – aż zrobiło mi się smutno, gdy w końcu pomoc nadeszła.

Więc gdy następnym razem Twoje auto odmówi posłuszeństwa, wspomnij sobie moje słowa. Jeśli nie zagrażasz bezpieczeństwu innych na drodze, a twoim jedynym problemem jest rozładowany akumulator czy urwany drążek zmiany biegów – wyluzuj. To tylko usterka, samochód to tylko samochód, a ty zdążysz się jeszcze w życiu nadenerwować. Na przykład przy płaceniu za naprawę.


  • Albo, gdy, do cholery wreszcie kupisz nowy samochód. 😀

    • Ka

      Problem w tym, że ja się strasznie przywiązuję do samochodów 😉

  • Edzia

    Moja jedyna (jak na razie) nieprzyjemna przygoda z autem polegała na tym, że zimą (to był pierwszy śnieg ostatniej zimy) wjechałam w słupek, bo straciłam panowanie nad samochodem na skrzyżowaniu. Na szczęście był wtedy mały ruch i nic nikomu się nie stało (wliczając w to auto), ale ile stresu się wtedy najadłam i ile łez wylałam, to moje. Od tamtego czasu zawsze bardziej uważam na tym skrzyżowaniu, a przejeżdżam przez nie często, bo to jedyna droga do domu 🙂

    • Ka

      Też mam takie miejsca, w których szczególnie uważam 🙂

  • Ludzie są zazwyczaj dobrzy. Mój stary samochód miał problemy z alternatorem. Ponieważ był stary, to trzeba było mieć ze sobą młotek i tym młotkiem uderzyć delikatnie w jedno miejsce i wtedy zapalał. Ale nie zawsze. Nigdy nie zapomnę tych ludzi, którzy zawsze zatrzymywali się widząc mnie leżącego pod autem i proponowali swoją pomoc 🙂 Usterki zawsze stresują, szczególnie gdy chce się dojechać na czas, ale czasami przy okazji można poznać życzliwe osoby 🙂

  • Zaraz przypomina mi się moja mama, której samochód zepsuł się podczas wesela (jechała z restauracji do domu, żeby zmienić suknię), więc musiała siedzieć w środku lasu w ślubnej sukni i czekać, aż tata sprowadzi kogoś do pomocy. Jeździła maluchem, który miał niesamowity talent do takich spraw. Kiedy indziej zgasł na środku skrzyżowaniu o czwartej w nocy. Natomiast ja kursu nie skończyłam i samochodem nie jeżdżę, dowiedziałam się, że jestem w tym beznadziejna i nie wiem, czy chcę się tak męczyć i zdawać egzamin miliard razy, zamiast po prostu pojeździć pociągami.