Nigdy nie przepadałam za świątecznymi pierniczkami. Takie jakieś zbyt suche i płaskie, lukier wcale nie jest smaczny, tylko ładnie wygląda (o ile osoba ozdabiająca pierniki ma jakiekolwiek artystyczne zdolności, bo często nie ma, zwłaszcza jak jest mną – mały przykład na końcu wpisu). Jestem takim pierniczkowym Grinchem, który nawet gdy dostał pierniki w prezencie, nie zjadał ich, tylko chował głęboko w kuchennej półce, udawał, że to na później, i znajdował je przed kolejnymi świętami, niby zjadliwe, ale z obmierzłym lukrem i nadgryzione zębem czasu. Albo szczura, nie wiem, szczury i czas mają podobne zęby. Brrr.

Trzy lata temu jednak postanowiłam zmierzyć się ze swoim pierniczkowym lękiem i wyszukałam przepis na puszyste pierniczki. Takie mięciutkie, pulchniutkie, które można zrobić dzień przed Wigilią i nie trzeba czekać, aż dojdą do siebie w pudełku z kawałkiem jabłka. I takie, które na serio się zjada, a nie chowa po półkach z wyrzutami sumienia, że przecież ktoś się strasznie narobił przy ozdabianiu. Tak dobre, że od trzech lat w okolicach świąt dostaję mnóstwo wiadomości, gdzie można znaleźć ten przepis, a niektóre szalone świąteczne elfy nawet przekopują się w jego poszukiwaniu przez fanpejdż aż do grudnia 2015 roku. Więc od dziś będzie można szukać na blogu.

Na jakiś milion pierniczków, od wycinania których rozbolą was ręce i będziecie chceli wyrzucić ciasto przez okno w połowie roboty, potrzebujemy:

  • 400 ml miodu, czyli trochę mniej niż pół takiego dużego słoika
  • dużo przyprawy do piernika, najlepiej półtora opakowania albo nawet dwa, jeśli lubimy czuć piernika w pierniku
  • 1 kilogram mąki (ja lubię Basię tortową. Kiedyś jedna pani, która piecze ciasta na sprzedaż, powiedziała mi, że najlepiej jej wychodzą z Basią. I mi też)
  • 4 łyżki kakao słynnego autora Deco Morreno
  • 1 kostkę masła albo trochę więcej, ale jedna kostka wystarczy (tylko takiego prawdziwego masła)
  • 8 jajek, z tego 3 białka i 8 żółtek, z tych 5 białek zróbcie np. bezy, ale u mnie to zawsze te białka w lodówce w słoiku stoją sobie smutnie i marnieją, bo bezy to mi owszem smakują, ale latem jako Pavlova z owocami, a nie zimą
  • pół lub trzy czwarte szklanki cukru, ile się sypnie
  • 200 g śmietany 18%
  • 3 łyżeczki sody

Jak to robimy:

Mąkę mieszamy z kakao w dużej misce albo naczyniu żaroodpornym, jeśli nasza kuchnia nie dochrapała się jeszcze dużej miski. Na palniku w garnuszku podgrzewamy miód z przyprawą do piernika i to jest w ogóle najlepszy moment, bo w całym domu pachnie już piernikami, a wy nawet jeszcze nie zaczęliście ich robić. W tym momencie można włączyć sobie na Spotify playlistę Christmas Coctail Jazz i poczuć się jak amerykańska nowoczesna gospodyni domowa/nowoczesny gospodarz domowy. I warto też zrobić sobie grzańca i dosypać do niego resztkę tej przyprawy, by nic się nie zmarnowało, a było jeszcze bardziej świątecznie.

Gdy nasza mikstura zaczyna bąbelkować, zdejmujemy ją z gazu i wrzucamy do niej CAŁĄ! kostkę masła, tak by się w niej rozpuściła i wszystko ładnie wystygło. W międzyczasie ubijamy na sztywno białka, aż zrobią się takie fajne, sztywne wierzchołki. Nadal je ubijając, dosypujemy pół lub trochę więcej szklanki cukru (po troszku, powolutku, nie wszystko na raz). Następnie wmiksowujemy w to dużo, dużo żółtek (po jednym albo tak na oko po jednym, jeśli już nie wyglądają jak żółtka, bo się rozlały). W tym momencie masa przestaje być puszysta i nawet lejąca się staje, ale to tak ma być, nie martwcie się.

Kolejna najlepsza rzecz: kubeczek śmietany 18% wlewamy do większej miseczki i mieszamy z trzema łyżeczkami sody – i tu uwaga, pęcznieje i wygląda jak BITA ŚMIETANA, i możecie kogoś nabrać, np. zostawiając miseczkę na ladzie w kuchni, chowając się i obserwując, kto z domowników się złapie (a na pewno ktoś się złapie, bo to naprawdę wygląda jak BITA ŚMIETANA).

Po tym, jak już ktoś nas znienawidzi i pluje wokół słoną, musującą śmietaną, do mąki z kakao wlewamy masę jajeczną, mieszamy, póki co jest prosto. Następnie wlewamy płynny miód z przyprawami i masłem, próbujemy wymieszać, ale łamiemy łyżkę, więc wołamy jakiegoś Silnorękiego albo zakasujemy rękawy i mieszamy ręcznie. Na sam koniec dodajemy śmietanę z sodą i również mieszamy tym, co mamy pod ręką. Masa może być kleista i generalnie zupełnie nie przypomina kuli ciasta, którą się później wałkuje, ale tu potrzebny jest magiczny trik z leżakowaniem i zimnem. Naczynie z masą zawijamy w folię i wkładamy do lodówki na 24 godziny (tak jest w przepisie, ale po 3 godzinach można dotknąć ciasta i się przekonać, czy stwardniało i jest gotowe do akcji. Te 24 godziny to tak na wszelki wypadek).

Po 24 lub więcej godzinach przypominamy sobie, że mamy ciasto na pierniki w lodówce, więc je wyjmujemy, posypujemy blat mąką i przystępujemy do działania. Wyjmujemy je z miski po kawałku (ja to robię dużą łyżką), rozgniatamy na blacie i jesteśmy zachwyceni, bo tę kleistą wczoraj masę da się pięknie rozwałkować! Wałkujemy je więc po kawałku na grubość 3-4 mm (albo 5-6 mm, albo nawet 7-8 mm!, jeśli lubimy naprawdę PUSZYSTE pierniczki), wycinamy nasze śmieszne Ciastki i serduszka (warto wcześniej foremkę włożyć w mąkę, łatwiej się wycina). Przekładamy je na papier do pieczenia – w piekarniku przy 180 stopniach od 8 do 15 minut (w 2015 roku pisałam, że jeszcze nie wiem dokładnie ile, i w 2018 roku również nie wiem. Różnie przepisy podają, gapcie się po prostu przez szybkę od piekarnika i weźcie na czuja te pierniki). O tak powinny wyglądać.

Wyjmujemy, studzimy, dekorujemy. Najlepiej polewą czekoladową. Można też lukrem, jak kto chce. Można na serduszkach oblanych czekoladą narysować ostrokrzewy jak ja wczoraj, gdy miałam sprzątać. Nawet dekorowanie pierników lukrem jest lepsze od sprzątania, to mówi wam piernikowy Grinch.



I pamiętajcie, nie mówcie o nich, że są grube, one są po prostu PUSZYSTE.