Nad naszym domem zawisł neon.
Wlewa się przez okna czerwonofioletowym blaskiem, wciska mi się siłą pod powieki i nie pozwala w nocy spać.

Wstaję wtedy z łóżka, podchodzę do okna i obserwuję.
Obserwuję ten neon, bo za oknem nie ma nic ciekawszego do obserwowania. Wieczorami to miasto zasypia. Śpi jak zabite. Kiedyś ulicą za naszym oknem pędziły samochody, ale ulica została zamknięta na czas remontu, którego zakończenie, zaplanowane na nigdy, najprawdopodobniej się opóźni.

Nad naszym domem zawisł neon. Zawisł na budynku, który nie powinien stanąć obok naszego domu. Jest za wysoki na naszą starą ulicę, zbyt nowoczesny. Pasuje tu jak pięść do oka, jak kwiatek do kożucha, jak wół do karety. Nie pasuje wcale. Brakuje mu jakiegokolwiek wyrazu, pomysłu na siebie i charakteru. I od samego początku jest praktycznie pusty. Martwy w środku. Najbardziej interesującą w nim rzeczą jest ten wielki czerwony neon, który na nim zawisł.

Nad naszym domem zawisł neon i nie pozwala mi spać.
Nienawidzę go.
Obserwuję go, stojąc nago w oknie i fantazjując o wszystkich złych rzeczach, które mógłbym mu zrobić. Czuję, że oboje nie jesteśmy zbyt rzeczywiści. Może wymyślił nas Hitchcock, postawił naprzeciw siebie i teraz czeka po drugiej stronie obiektywu, żeby zobaczyć, co się stanie. Idealni niebohaterowie obserwujący się z dwóch stron ulicy. Dwie strzelby zawieszone na ścianach.

Neon patrzy prosto na mnie. Wyciąga w moją stronę swoje lepkie palce. Naprawdę chciałbym już spać, ale nie mogę spać dopóki i on nie zaśnie.
Otwieram okno, mimo że wiem, że nie powinienem.
Do pokoju wlewa się czerwony blask wymieszany z mgłą? smogiem?. Spływają po ścianie w dół, zaraz złapią mnie za kostki. Nie zwracam na to uwagi, jestem zbyt zajęty smakowaniem lutowego powietrza.

Lutowe powietrze smakuje fatalnie.
Kiedyś lutowe powietrze smakowało dużo lepiej. Smakowało chłodem przefiltrowanym przez potwornie mocny miętowy cukierek z kieszeni dziadka. Wciągałem je litrami, przez usta, uwielbiałem to śmieszne zimno łaskoczące mnie w gardło, w płuca, w sam środek.
Dzisiaj lutowe powietrze już tak nie smakuje.
Smakuje wilgocią, tanimi szlugami i tym pieprzonym neonem.

Wilgoć i roznoszona przez nią czerwień neonu wypełniają cały pokój. Jest ich tyle, że nie jestem już pewien, czy wlewają się z zewnątrz, czy może jednak mają tu swoje źródło i tak naprawdę wypływają przez okno na świat.

Widzę ruch.
Nie za oknem. Za oknem dalej nic nie żyje.
Widzę delikatny ruch po mojej prawej stronie.
Odwracam się i widzę, jak na mnie patrzy. W tym świetle widać wszystko, co trochę wyrównuje szanse, bo ona zawsze widzi we mnie wszystko. Dobrze, że nie śpi. Dobrze, że ktoś jeszcze na tej ulicy żyje. Dobrze, że nie zostałem sam z neonem.
Uśmiecham się do niej, mówię, żeby wróciła do spania i odwracam się z powrotem do neonu.

Niesamowity, prawda? – mówi cicho.
Ten neon – dodaje, kiedy nie odpowiadam.
Jakbym zasypiała w mieście przyszłości. Przyszłość ma takie kolory, prawda?
Niesamowite. 
Powtarza i zasypia.

Patrzę jeszcze przez chwilę na neon i myślę o tym, jak ważne jest mieć kogoś, kto przypomina, że nie wszystkie rzeczy są takie straszne, jak maluje je wilgotna lutowa noc.
Wracam do łóżka i zamykam oczy.

Nad naszym domem wisi neon.
Wlewa się przez okna fioletowoczerwonym blaskiem i barwi nasze sny.
We śnie pasę elektryczne owce, a powietrze smakuje mrozem i miętą.