Jak mi teraz dobrze.

Stałam dziś rano pod prysznicem i myślałam o nadchodzącym roku. Gorąca woda zdążyła wypełnić łazienkę parą i pokryła lustro lepką mgłą, a ja dalej stałam i patrzyłam się przed siebie, mechanicznie po raz trzeci myjąc włosy i układając sobie w głowie to, co zaraz napiszę, co wypłynie mi spod palców tak jak kiedyś, wartkim strumieniem myśli, schwytanych i ustawionych w szeregu nadającym im znaczenie. Bezwiednie uśmiechałam się do siebie co raz bardziej i nagle poczułam w środku taką radość, jakby coś po tym ciężkim roku się w końcu uwolniło i zaczęło na nowo rozgaszczać się w mojej głowie.

W tej chwili, jeszcze z niedoschniętymi włosami, siedzę przy biurku, na odsuniętym krześle, z nogami w kapciach w gwiazdki opartymi na biurku i z wysłużonym laptopem na kolanach. Klawisz z literą Z wciska się podwójnie i muszę wduszać backspace, klawisz z M w ogóle nie zaskakuje, ale jakoś się do tego przyzwyczaiłam, jak do wielu innych rzeczy. Przed chwilą jednak złapałam się na tym, że wyciągam spod łóżka słuchawki, i pomyślałam sobie: Oho, czyli coś jednak zaczyna się ze mną dziać, to nie tylko poranne myśli podprysznicowe, wywołane uderzeniem do głowy gorącej wody, i rzeczywiście, usiadłam, założyłam słuchawki i… piszę. Po prostu. Skrob, skrob, a raczej klik, klik.

***

Pamiętacie taki stary kawał o Mosze, rabinie i kozie? Jeśli nie, to oto on – postaram się go zapisać tak, jak mi go opowiadał mój tata, bo w internecie jest skrócona wersja, która traci cały sens i rosnące napięcie:


Przychodzi biedny Mosze do rabina i mówi:

– Mądry rebe, poradź mi, bo już nie wytrzymam. W jednej malutkiej izbie mieszkamy z żoną i piątką dzieci. Dzieci ciągle płaczą, żona jazgocze, a nie stać nas na większe mieszkanie. Już nie wiem, co mam robić!
Na co mądry rabin powiada:
– Mosze, a masz ty matkę?
– Mam.
– Oto moja rada: weź ją do siebie.

wziął Mosze matkę do siebie i odtąd mieszkali razem: on, żona, dzieci i matka. Po kilku tygodniach przychodzi ponownie do rabina i skarży się:
– Rebe, to nic nie dało! Jest jeszcze gorzej! Na dodatek teraz moja żona kłóci się z moją matką!
Zamyślił się rabin, podumał i w końcu rzecze:
– Mosze, oto moja rada: weź teściów pod swój dach.


Wrócił Mosze do domu i wziął teściów pod swój dach. Odtąd mieszkali wszyscy razem: on, żona dzieci, jego matka i teściowie. Po kilku tygodniach znów postanowił odwiedzić rabina i rzecze:
– Mądry rebe, twoje rady nic nie dają, a wręcz jest jeszcze gorzej! Teraz dzieci płaczą, żona jazgocze, matka się kłóci, a teściowie wymądrzają. Chyba pozostało mi tylko jedno…
Rabin odpowiedział po namyśle:
– Mosze, oto moja rada: kup kozę. A potem jeszcze raz do mnie wróć.


Mosze znów posłuchał rabina i kupił kozę. I odtąd mieszkali wszyscy razem: on, żona, dzieci, jego matka i teściowie oraz koza. Po kilku dniach znów zapukał do drzwi rabina – blady, mizerny, ramiona spuszczone, pustka w oczach. I mówi:
– Rebe, ty mi chyba źle życzysz, bo twoje rady do niczego się nie nadają. Teraz dzieci płaczą, żona jazgocze, matka się kłóci, teściowie wymądrzają, a koza beczy… Już tego nie wytrzymam, dość!
Na co rabin pomyślał chwilę i odpowiada:
– Mosze, oddaj kozę.

I Mosze sprzedał kozę. Wraca do rabina po kilku dniach wesoły, rumiany, idzie dziarskim krokiem. I mówi:
– Mądry rebe, tyś jest największy mędrzec ze wszystkich! Jaki u mnie w domu spokój, jaka cisza, jak mi teraz dobrze!

No to ja teraz jestem Mosze.
Oddałam swoją kozę.

Moją kozą była dodatkowa praca zdalna. W 2020 roku bez opamiętania nakładałam sobie na talerz coraz więcej pracy. Bo przecież i tak pracuję z domu, bo przecież to tylko w godzinach 9-17, a weekendy? I tak jestem w internecie, więc co mi szkodzi popracować chwilę co kilka godzin? Przecież w ogóle tego nie poczuję, a dodatkowe pieniądze zawsze się przydadzą. Biedni ludzie muszą chodzić do pracy i siedzieć w biurze osiem godzin albo pracować w knajpie, a ja jestem taką szczęściarą, że mogę sobie robić to w domu, i to nie z powodu pandemii, tylko z wyboru. I na dodatek mam współprace w social mediach, więc w ogóle te wszystkie pieniądze dostaję za nic, za siedzenie w domu…

I tak oto w styczniu do tworzenia dla was i zdalnego etatu w agencji reklamowej dołączył na stałe drugi klient, a w czerwcu trzeci. Wszystkie godziny się rozmijały, więc w praniu wychodziło, że głową w pracy byłam przez trzynaście godzin. W weekendy tak samo, ale mogłam zaglądać do pracy rzadziej niż co godzinę. I tak się to toczyło, kasa na koncie się zgadzała, wszystko było fajnie, dopóki nie zauważyłam, że już praktycznie nie mam miejsca w głowie na nic innego. Ostatkami sił przerobowych znajdowałam miejsce dla Instagrama, dla nagrywania wideo na story, dla bycia kreatywną…

Jesienią okazało się, że jednak brak wolnych weekendów jest dla mnie dobijający, bo człowiek kiedyś jednak musi mieć pusto w głowie. Przynajmniej człowiek taki jak ja, musiałam to w końcu zrozumieć. Stałam się bardzo drażliwa, nie potrafiłam skupić się na konkretnej rzeczy, gdy miałam otworzyć komputer, od razu traciłam humor. Denerwowały mnie wpisy koleżanek na Instagramie, które nie dość, że rozwijały swoje firmy, to jakimś cudem jeszcze pisały na bloga, ćwiczyły i tworzyły własne produkty. Pytałam sama siebie: ale jak?! Jak one to, kurwa, robią, skoro ja o 22 padam nieprzytomna, a tylko pracuję zdalnie?! Wypalałam się i miałam coraz mniej sił na to, co lubię najbardziej i co przynosi najwięcej korzyści, czyli tworzenie dla was.

A potem przyszła wiadomość, że z końcem roku jeden z moich klientów odchodzi. Na początku trochę się zezłościłam, bo poświęciłam wiele dni na wyszkolenie się w tej dziedzinie, by móc być dobrym pracownikiem, i teraz cała ta wiedza będzie mi służyła tylko przy opowiadaniu anegdotek na imprezach. A potem poczułam ulgę.

I tak, straciłam tę pracę, owszem. Dokładnie 31 grudnia o 17:00, siedząc w dresach i termolokach na głowie, szykując się na sylwestra. Sylwester, nie sylwester, ktoś pracować musi.

Zdjęcie zrobione na pamiątkę 😉

A od nowego roku… jak nowy człowiek! Mimo i tak pracującego weekendu, mimo bolącej szyi, bo się źle przewróciłam w łóżku z boku na bok , mimo noworocznej melancholii… Czuję się znacznie lepiej. I widać to szczególnie w tym, że od dwóch godzin siedzę przy biurku, włosy mam nadal wilgotne, a ja wciąż nie mogę oderwać się od pisania 😉

Nie wiem, czy wiecie, ale koza zje wszystko. Twój czas i ciebie też zje. Oddałam kozę i mam teraz w zagrodzie głowie więcej przestrzeni na rzeczy, które lubię.

Jaki u mnie w głowie spokój, jaka cisza, jak mi teraz dobrze!

A tylko oddałam kozę.

Mam miejsce na rzeczy, które przez ten rok czekały upchnięte w najdalszy kąt. Albo na zupełnie nowe, kto wie. No i w końcu będę miała więcej czasu dla was. Czy zidentyfikowałabym swoją kozę, gdyby mi sama nie uciekła? Nie wiem. Ale wiem, że będę od teraz uważniej patrzyła na wszystko, w co się angażuję i czemu się poświęcam. Bo wszystko może być kozą. Jakieś głupie taski, które wykonujesz, mimo że możesz je relegować. Relacja, na którą tracisz siły i czas. Wszystko.
Przygarnięcie i wypuszczenie tej kozy to była dla mnie najcenniejsza lekcja 2020 roku. A jaka była twoja?