Na co dzień jestem normalną dziewczyną. Prawie. Chyba. Nie wydaję jakoś dużo pieniędzy. Ot, czasem lepszy szampon czy maska profesjonalna się trafi. Zakup dokładnie przemyślany, przeliczony i przeanalizowany zawczasu.

Czasem wydam więcej, bo chcę, by biała koszula była w stu procentach z bawełny, a nie z poliestru, w którym wyglądam jak gimnazjalistka na apelu z okazji 11 listopada. Staram się jednak, aby zakupy nie przesłoniły mi zdroworozsądkowego myślenia. Przecież codziennie musimy jeść obiad albo dwa.
Czasem mi się udaje.
Ha.
Ale nie tym razem.

W dniu, w którym ogłaszają jakieś większe wyprzedaże, jestem jeszcze w miarę spokojna. Ba, nawet niewiele mnie obchodzą. Niby od niechcenia robię listę rzeczy, które akurat mi się kończą (jak ten tusz, który chyba raczej się nie kończy, ale jest tak suchy, jak inne po dwóch miesiącach, więc pewnie się kończy) albo bardzo by mi się przydały (bo przecież na zimę cera staje się bledsza, więc i róż przydałby się chłodniejszy, nie?). Zostawiam ją mimochodem na stole w dużym pokoju, uważnie obserwując reakcję Konrada. Wiem, że ją przeczytał, gdy po kilku godzinach w łazience znajduję przyniesiony ze strychu karton od mikrofalówki, który przez ostatni rok magicznie wypełnił się po brzegi lakierami, szminkami, paletkami cieni i eyelinerami w siedemdziesięciu różnych kolorach, których nigdy nie miałam okazji wykończyć.
Nie wiem, skąd się wzięło tyle badziewia, ale na wierzchu leży mój ukochany rozświetlacz, który zgubiłam pół roku temu. Super! Będzie idealnie pasował do tego różu, który mam zamiar kupić na promocji!

Kilka dni przed spodziewanym oblężeniem standów makijażowych wyruszam na przeszpiegi. Notuję, w którym miejscu znajdują się moje przyszłe trofea i ich nakład, od którego następnie odejmuję przypuszczalną liczbę kobiet, które w dniu rozpoczęcia mają szansę znaleźć się u wrót raju wcześniej ode mnie. Bo to, że każda będzie chciała kupić akurat to samo, co ja, jest niemal pewne. One wszystkie zawsze chcą tego samego, co ja. Wszystkie.
W tym roku im się nie uda.

W dniu promocji budzę się dwie godziny za późno.
A miało być tak pięknie.
Zdenerwowana jem jajecznicę, zerkając nerwowo na zegarek. Jest już 9.30, czyli drogerię otworzyli pół godziny temu. W ciągu tych trzydziestu minut na pewno wykupili wszystkie pięć opakowań mojego eyelinera. I dwadzieścia fioletowego tuszu.
Jem szybko obfite w białko śniadanie. Konrad się ze mnie śmieje. Coś o tym, że po takim śniadaniu mogę spokojnie iść na siłownię.
On jeszcze tego nie wie, ale będzie cierpiał. I to straszliwie.
Postanawiam wywabić go z domu na spacer.

Drzewa gną się do ziemi od silnego wiatru, a on nie marudzi. Kocha.
Na ulicy żywego ducha, naszą dzielnię spowija szara poświata. Chmury kłębią się mrukliwie, obok nas spierdala z wrzaskiem kot, szukając chociażby skrawka śmietnika, w którym mógłby się ukryć przed latającymi gałęziami. Trochę rzednie mi mina. A może tak naprawdę wcale nie potrzebuję tego eyelinera? Mój stary jest chyba jeszcze całkiem w porządku.
– Teraz już nie masz odwrotu. – Konrad łapie mnie za rękę i ciągnie wzdłuż ulicy, osłaniając przed dującym wiatrem. Rzucam szybko okiem w jego stronę. Domyślił się? – Jak wyciągnęłaś Konradka z domu na spacerek, to teraz musisz z nim spacerować. – Uff. Nie domyślił.
Maszerujemy, ja delikatnymi pchnięciami i pociągnięciami stopniowo zmieniam jego pewny kurs z parku na centrum handlowe. Bo chciałabym rzucić okiem na nową kolekcję w H&M, tłumaczę. To zajmie dosłownie chwilkę. Zaciskam zęby i już po dwudziestu minutach wdzieramy się w duszne ciepło galerii. Podejrzanie pustej i cichej.

Bo wszyscy są TAM.
Wiedziałam.
Tłoczą się przy standach.
Trzy licealistki mażą się nawzajem cieniami z tańszych szaf, rechocząc, trzepocząc rzęsami do Snapchata.
Konrad nawet nie narzeka, tylko też odpala Snapchata. Nawet nie wygląda na zaskoczonego miejscem, w którym się ostatecznie znaleźliśmy, ale i tak czuję, że będzie mnie to kosztowało co najmniej kubełek kurczaka w KFC.
Kobieta w futrze w średnim wieku zasłania swoim majestatem całą szafę Revlonu, by żadna plebejuszka nie przeszkadzała jej w wyborze tego właściwego odcienia wodoodpornego tuszu z 48-karatowym złotem i dziewiczym kawiorem z wód Północnego Adriatyku.
Reszta kłębi się pomiędzy nimi, przekrzykując się, popychając biodrami, zgarniając po 5 testerów naraz. Znaczą terytorium, zostawiając swoje DNA w świeżo otwartych kosmetykach.
Poczułam, że tracę rozsądek.
Poczułam zew krwi.
Chciałam po wygranej walce umazać twarz ich cieniami, eyelinerami, tuszami.
By żadna inna nie dostała tego, co chce.
Tylko ja.
Rzuciłam się w tłum.

– K, a jakbyś kupiła to wszystko w internecie, tak jak to robisz zawsze, to wiesz, że wydałabyś tyle samo? I nikt by ci nie wsadził łokcia w oko? – spytał Konrad w domu, wyjmując mi z potarganych włosów promocyjną nalepkę z napisem “-49% na kosmetyki do makijażu oczu” i głaszcząc mnie po głowie.
– Wiem. Przez najbliższy rok dalej będę tak robiła.
– To dlaczego teraz tego nie zrobiłaś? Miałabyś spokój.
– A dlaczego ty spędzasz trzy dni w lesie, strzelając do kolegów kulkami z farbą, zamiast postrzelać się z nimi przez internet?
– Nie widzę związku.
– Ja też czasami muszę odreagować.