W to sobotnie deszczowe popołudnie, kiedy powinnam ogarniać dom i gotować, bo zaraz przychodzą do nas przyjaciele na planszówki, pizzę i wino, zebrało mnie na pisanie o moich ulubionych kosmetykach do makijażu. Tak często dostaję pytania na tematy makijażowe, że ten post będzie miejscem, do którego będę odsyłać wszystkich zainteresowanych.
W tej kwestii jestem raczej stała, wychodzę z założenia, że twarz to nie laboratorium czy łóżko, żeby na niej eksperymentować, ale te kilka perełek bije wszelkie rekordy, są ze mną od lat i mogę je polecać z czystym sercem.

Nie będzie to dla was pewnie żadna nowość, ale większość z tych kosmetyków zamawiam przez internet, bo są dwa razy tańsze niż w stacjonarnych drogeriach, a poza tym internetowe zakupy mają to do siebie, że zawsze trzeba dobrać coś do darmowej przesyłki i od razu człowiek czuje się lepiej, bo wcale nie jest rozrzutny, tylko oszczędny, mimo że kupuje więcej. Logiczne, nie?
A jak mówi stare chińskie przysłowie

Eyeliner jest jak porcelana,
lepiej mieć w kilku kolorach,
niż nie.

1. Żelowy eyeliner Eyestudio Lasting Drama, Maybelline

Znamy się co najmniej pięć lat. Zdradzałam go z innymi, i takimi w pisakach, i w kałamarzach, i nawet byłam z nich zadowolona, ale najprzyjemniej mi się maluje właśnie tym. Nauczyłam się posługiwać pędzelkiem, co nie było łatwym zadaniem, bo subtelna z natury jestem jak sam chuj, ale teraz nie wyobrażam sobie czarnej kreski na powiece zrobionej innym kosmetykiem.
Jest czarny, taki naprawdę czarny, a nie szary, rozlazły, z domieszką brązu czy granatu. Jest czarny jak noc. W lutym. W Sosnowcu. Po awarii elektrowni.
Po kilku godzinach łatwo go poprawić (do tej pory nigdy nie trafiłam na eyeliner, który przetrwałby na mnie do wieczora bez uszczerbku, ale ja lubię popłakać się ze śmiechu parę razy dziennie). Od kilku tygodni mam go także w kolorze brązowym i szalenie się sobie podobam w takim lżejszym wydaniu. Niby kreska jest i podkreśla oko, ale nie robi tego tak bezczelnie.

Kolory: Black i Brown.
Zamiennik: Liner Reveal, Bourjois. Droższy, ale również fajnie czarny i trwały. I ładnie błyszczy.

 

2. Tusz do rzęs Telescopic, Loreal

Ściągnęłam go od mamy Konrada, gdy jeszcze miał złote, matowe opakowanie. Po latach używania Collosala od Maybelline przeżyłam szok, że moje rzęsy, które istnieją głównie w mojej wyobraźni, mogą być tak ładnie i mocno wydłużone, a jednocześnie nadal wyglądać w miarę naturalnie.
Mam nadzieję, że będą go produkowali do końca świata, bo inaczej potężnie się obrażę.

Zamiennik: Nie ma. Serio. Może Volume Million Lashes, ale on nie daje tak eleganckiego wyglądu. Co kto lubi.

 

3. Róż do policzków, Bourjois

Pierwszy podkradłam starszej siostrze z kosmetyczki, gdy jedyny róż, na jaki mogłam sobie wówczas pozwolić, to było Wibo za cztery złote. Wwąchiwałam się w niego w upojeniu, bo pachniał mieszaniną zapachu różańca z Rzymu, który moja mama trzyma w pudełeczku w szafce nocnej w sypialni, i drogich perfum. Marzyłam, że kiedyś będę miała tyle różów Bourjois, ile zapragnę.

Dziś mam kilka, używam ich w zależności od nastroju lub pory roku. Minusem jest duża gama kolorów, ale metodą prób i błędów wypracowałam swoją ukochaną dwójkę, która idealnie współgra z odcieniem mojej skóry w różnych porach roku.

Kolory: 16 Rose coup de foudre (wiosna i lato), 74 Rose ambre (jesień i zima)
Zamiennik: Nie ma. No nie ma. Żaden inny róż nie sprawia, że Konrad wtula nos w moje policzki.

 

Rozświetlacz, Wibo

Ten w czarnym opakowaniu, nie w złotym, bo ten złoty ma duże brokatowe drobinki. Nakładam go na kości policzkowe, grzbiet i czubek nosa oraz na łuk kupidyna palcami, nanosząc dwie lub trzy warstwy, wtedy uzyskuję mokry, świeży efekt, który uwielbiam.

Opakowanie starcza mi prawie na pół roku przy codziennym użytkowaniu, a lubię się błyszczeć.
Oj, lubię.

Zamiennik: Hm. Kupić kolejne opakowanie.

 

Matowa kredka do ust, Golden Rose

Mam tych kredek tak gdzieś z milion. Za każdym razem, gdy przechodzę obok wyspy Golden Rose, nie mogę się powstrzymać. Najczęściej kupuję numer 10, bo to piękny, chłodny róż, który zazwyczaj pasuje mi do każdego makijażu i każdej codziennej stylówki. Trzyma się fajnie, łatwo zrobić poprawki w ciągu dnia, a jak zapomnę zabrać kredkę ze sobą, zjada się równomiernie i całkowicie znika. I trudno zrobić sobie nią kuku, malując się w odbiciu w sklepowej witrynie.

Kolory: 8, 9, 10, 13, 18
Zamiennik: Matowa szminka Golden Rose. I konturówki Golden Rose. I konturówka Pierre Rene (ot, rodzynek).

 

I dwie nowości (to jest mam dopiero drugi raz, ale kupię trzeci i dziesiąty):

 

Kredka do brwi Feather Brow Creator, Wibo

Kupiłam ją pierwszy raz w lutym i dopiero w zeszłym tygodniu musiałam nabyć następną. Ma odcień idealny do brwi w kolorze ciemnego blondu, jest twarda i trudno narysować nią coś brzydkiego (chyba że twoje naturalne brwi się komuś nie podobają, ale tu już nic nie poradzisz – jedni wolą krzywe krzaki, inni geometryczne kreski, wyrysowane idealnie, pod linijkę). Tę kredkę mogę polecić krzywym, naturalnym krzakom 😉

Kolor: Soft brown

Bronzer w kredce Master Contour, Maybelline

Idealny odcień, bez rudych tonów. Dwa maźnięcia na policzkach, obrys brody i 10 kilogramów mniej. Za jedyne 30 zł! Trzeba tylko uważać, by go dobrze rozetrzeć, szczególnie w okolicach uszu, bo ja mam z tym problem, i potem ludzie pytają, czy w domu wszystko w porządku i że znają dobrego terapeutę od związków.

Minusem, i to dużym, jest to, że bronzer połączony jest z rozświetlaczem, który mi w ogóle nie pasuje, więc zużywam połowę kredki, a druga w międzyczasie rozgniata się o wieczko, bo zapominam ją wsunąć z powrotem. Więc jeśli macie do polecenia idealny bronzer w kredce, który nie ma brata syjamskiego, to poproszę o informacje. Bo inaczej zmarnuję bardzo dużo rozświetlacza.

Kolor: 01 Light

 

Wszystkie wymienione kosmetyki mam właśnie w tej chwili w swojej kosmetyczce. Mają lekko podniszczone opakowania i wytarte napisy na wieczkach, bo zużywam je do końca, chyba że się wcześniej rozpadną 😉

A jak jest u ciebie?
Czego nie może zabraknąć w twojej kosmetyczce?