Post powstał we współpracy z marką VELUX

Każdy w dzieciństwie, a później w okresie nastoletnim, marzy o tym, jak będzie wyglądał jego dom, gdy będzie dorosły. Ba, czasami nawet kiedy jesteśmy już dorośli, marzymy o tym, jak będzie wyglądał nasz dom, kiedy będziemy dorośli 😉
Te wyobrażenia czerpie się głównie z filmów czy książek albo inspiruje się widzianymi gdzieś wnętrzami. Podstawą marzeń o własnym kącie mogły to być minimalistyczne obrazy na białych ścianach i futurystyczna kanapa u przyjaciółki mamy, która rozwiodła się z mężem, pluszowe kanapy i żyrandole z kryształków u bogatych znajomych albo ciepłe, rustykalne wnętrze kuchni w domu kolegi z klasy, w której przygotowywaliście sobie budyń po powrocie ze szkoły.

Wyobrażałam sobie wiele domów, a wyobrażenia te czerpałam głównie z książek i filmów. W kalejdoskopie moich wymarzonych domków jest i luksusowa willa z basenem i stadniną koni w Hamptons, gdzie przyjeżdżają na weekendy i lato bogaci mieszkańcy Nowego Jorku; jest i malutki drewniany domek pod lasem, pokryty śniegiem, a przez szybki w jego oknach zawsze jest widać buchający wesoło ogień w kominku. Jest i romantyczny, samotny dom na pustkowiu, targany wiatrem i deszczem, w którym zawsze znajdowałabym schronienie i mogła patrzeć się na świat zza grubych, ciężkich zasłon.

Było tam również mieszkanie na poddaszu. Wchodziło się do niego po krętych schodach, otwierało masywne drewniane drzwi z lekko zmatowiałymi szybami i wsuwało do środka przez mały korytarzyk. Wyobrażałam sobie właściwie tylko jeden pokój – kto by tam sobie wyobrażał takie prozaiczne pomieszczenia jak kuchnia i łazienka! – ale za to duży, jasny i przestronny. Wypełniony szafkami z książkami, wielkim łóżkiem pod białym, lejącym się baldachimem (wiem, wiem…) i dwoma fotelami o wysokich zagłówkach, w którym ja i mój Wymarzony Ktoś, koniecznie o ciemnych włosach i jasnych oczach, moglibyśmy oddawać się błogiemu czytaniu.

Ważnym elementem w tym moim wyobrażeniu był duży stół stojący pod oknem. Musiał być koniecznie z ciemnego drewna, zniszczony, porysowany i zasypany mnóstwem kartek pokrytych drobnym pismem. To miały być moje rękopisy, gęsto zapisane piórem, takie, jakie Emilka Starr chowała w przepastnej szufladzie w swoim pokoju w montgomerowskim Księżycowym Nowiu. Na stole miała stać również ciężka, kryształowa popielnica, taka jak u mojej babci, wypełniona niedopałkami papierosów (dym papierosowy jest przecież taki romantyczny!). Na okiennym parapecie, obok doniczek z kwiatami, w moich myślach stały białe, proste filiżanki, z wypitą do połowy kawą, a gdy się podniosło jedną do góry, na pozostawionej na parapecie do połowy zapisanej kartce zostawało okrągłe kawowe kółko.

Tak. Kawowe kółko było bardzo ważne.

Na skosach miały wisieć ręcznie malowane akwarele albo szkice, albo plakaty ze starych filmów, a okna w dachu miały wychodzić wprost na niebo – nie zastanawiałam się wtedy, czy poniżej tego nieba mają być korony drzew czy dachy wielkiego miasta, po których biegają czarne koty, a z kominów wypływa szary dym… Miałam stać w oknie, słuchając muzyki płynącej ze starego gramofonu i pijąc czarną kawę z białej filiżanki, i obmyślać fabuły swoich kolejnych opowiadań. Zimą na parapecie miał leżeć śnieg, na który sypałabym okruszki dla wróbli, a na poręczy fotela wisieć gruby wełniany koc. W ciepłe dni natomiast zasuwałabym zasłony, kryjąc się przed palącym latem w mieście na poddaszu kamienicy, a jeślibym chciała, przesypiałabym najgorętsze godziny w swoim wielkim łóżku z baldachimem, przykryta jedynie chłodnym prześcieradłem…

Moje marzenie się spełniło.

Mieszkam na poddaszu kamienicy, z Wymarzonym Ktosiem, który już dawno przestał być potencjalny, i na dodatek ma ciemne włosy i jasne oczy. Wchodzi się do nas przez masywne drzwi z ciemnego drewna. Główny pokój jest duży, jasny i przestronny, ma wysoki sufit z drewnianymi belkami i trzy duże okna dachowe, z parapetami, na których codziennie zostawiam filiżanki z niedopitą kawą.

Mam i rękopis i niedopitą kawę, trzykrotkowe przedszkole i album z polaroidami

Okna wychodzą jednocześnie na niebo, korony drzew i dachy domów. Łóżko co prawda nie ma baldachimu, ale jest schowane za ścianą zrobioną z biblioteczki wypełnionej książkami tak ciasno, że prawie z niej wypadają, i można po nie sięgać wprost z łóżka <3 Wszędzie stoją kwiaty w doniczkach, leżą książki i gazety, a smugi światła w wiosenne słoneczne popołudnia pokrywają podłogę i białe ściany. Foteli o wysokich zagłówkach jeszcze się nie dorobiliśmy i dużego, starego stołu z drewna również, ale za to mamy małą kanapę i duże biurko, przy którym oboje możemy pisać, chociaż, niestety, ręczne pisanie idzie nam coraz gorzej…

Pokazując fragmenty naszego mieszkania, często dostaję pytania od ludzi, którzy tak jak ja marzyli od dzieciństwa o mieszkaniu na poddaszu, a teraz słuchają od innych, że to za wysoko, że latem to na pewno jest straszny skwar, że słońce nie da im żyć, i że może to i jest romantyczne, ale na pewno nie jest praktyczne. Właściwie z tym słońcem to trochę prawda, bo przez pierwsze lata mieszkania na poddaszu trochę dawało nam się we znaki. W oknach dachowych nie ma jak zawiesić zasłon uroczo powiewających na wietrze, a o roletach nie chciałam słyszeć, bo kojarzyły mi się z białymi plastikami i kolorami modnymi w 2002 rogu (łosoś albo zachód słońca w Afryce, brrr…).

Rolety zaciemniająco-plisowane, które pozwalają wpuścić tyle słońca, ile potrzebuję.
Albo odciąć się od świata bez słońca.

Tej wiosny jednak zmieniłam zdanie, bo w wyniku współpracy z marką VELUX od kilku tygodni mamy w tych naszych sześciu dachowych oknach (oprócz tych w dużym pokoju jeden mamy w łazience i dwa w kuchni, po drugiej stronie mieszkania) rolety, które na szczęście nie wyglądają jak rolety, a nawet bardzo mi się podobają, bo wyglądają, jakby ich przeznaczeniem było wisieć właśnie w oknach naszego mieszkania. W łazience zamontowaliśmy jasną żaluzję, bo kocham paski światła na płytkach, w kuchni dwie rzymskie rolety w kolorze beżowym, które wyglądają jak płótno i nadają pomieszczeniu rustykalny charakter. Do dużego pokoju wybraliśmy natomiast kremowe rolety zaciemniająco-plisowane.

W ciągu dnia zaciągam najczęściej plisowaną część, która wygląda jak papierowa żaluzja – światło w pomieszczeniu staje się bardzo przyjemne i rozmyte, a o złotej godzinie gdzieniegdzie na ścianach odbija się paskowany wzór, jak w Dziewięć i pół tygodnia – mam wtedy nieprzepartą ochotę położyć się w tej plamie światła jak zwierzę <3 Na noc albo gdy mam ochotę o 12 w południe obejrzeć sobie serial, zaciągam część przyciemniającą (która też ma kolor kremowy) i widzę każdy najmniejszy element na ekranie, no chyba że to jest finałowa bitwa z Innymi w Grze o Tron, to wtedy widzę prawie wszystko, ale tu chyba żadne żaluzje nie pomogą. W przypadku ludzi kochających filmy i seriale ta kinowa ciemność na zawołanie to coś wspaniałego <3

Kawowy kącik pod rzymskimi roletami, najważniejsze miejsce w domu

Więc okazało się też, że rolety mogą być tak samo romantyczne jak powiewające zasłony i w niczym nie zepsuć wymarzonego domku, a nawet dodać mu uroku. Przed nami jednak jeszcze wiele pracy, kilka remontów, wymiana mebli na takie z duszą czy położenie drewnianej podłogi. Jednak od samiutkiego początku nasze mieszkanie jest spełnieniem mojego marzenia. Gdy o nim kiedyś myślałam, nie wiedziałam jednego – że najfajniejsze będzie właśnie nie przyjście na gotowe, tylko to powolne urządzanie po swojemu. Kupno ładnego fotela za uzbierane pieniądze, zamontowanie po trzech latach ładnych rolet, przyniesienie do domu kolejnego kwiatka czy wieszanie na ścianach autorskich plakatów. To kreowanie przestrzeni wokół siebie. Może nie do końca instagramowej, ale takiej mojej.
Własnej.
Wymarzonej.
W której nie musi do końca być idealnie. Bo przecież najważniejsze jest, jak wypełniamy przestrzeń – sobą, emocjami i marzeniami. I światłem.