Zrobiłam ją pierwszy raz w zeszłe lato.

Czytałam wtedy jednocześnie zbiór opowiadań „Floryda” Lauren Groff (drugi raz) albo „Rękę mistrza” Stephena Kinga (dwudziesty drugi raz). Och, po tych miesiącach zamknięcia, bez perspektywy jakiegokolwiek wyjazdu poza kraj ojczysty, jakże ja wtedy marzyłam o podróży do Stanów Zjednoczonych śladami bohaterów, o pojechaniu na Florydę i zanurzeniu stóp w Oceanie Atlantyckim (marzyłam też o zamieszkaniu w różowej willi wspartej na palach, pod którą nocą gromadziły się muszle, o słuchaniu wieczorami ich chrzęstu i malowaniu zachodów słońca, chociaż malować to ja wcale nie umiem, ale kto by mi zabronił namalować kulfoniaste różowe słońce i fale?). Nigdy nie byłam w USA ani tym bardziej na Florydzie, więc zapragnęłam jakoś do tych moich wyobrażeń dodać a little bit of spice. A że moja wyobraźnia jest bardzo mocno sprzężona z jedzeniem i jego smakiem, rogi papierowych książek zawsze noszą ślady tego, co akurat mi pasowało do czytania (i gdyby ktoś kiedyś potrzebował moich odcisków palców, wiecie, gdzie je znaleźć), postanowiłam zjeść do czytania coś, co mogli jeść bohaterowie.

No i, nie ukrywajmy, oprócz tego chciało mi się po prostu letniego ciasta.

Tarta limonkowa/Key Lime Pie

Składniki na spód tarty (łatwo zapamiętać, powtarza się czwórka):


400 g ciastek maślanych (ja robię na takich z Lidla marki Sondey, bo tak mi radzi za każdym razem moja bratowa, bo ja nigdy nie pamiętam, które to te dobre ciastka, a które to te złe, z których nie wychodzi)
1/4 kostki masła (czyli jakieś 50 g, ja odcinam zawsze na oko, chociaż na papierku niby jest zaznaczone po 25 g, ale lubię ten dreszczyk emocji)

Składniki na krem (również powtarza się czwórka, czary!):

4 limonki (w oryginale powinny to być key lime, ale z Olsztyna na Florydę mam 8500 km, więc muszę zadowolić się tymi, co mam w sklepie za rogiem; z nich wytwarzamy drogą tarcia i wyciskania 2 łyżki startej skórki i 100 ml soku, tu też można się jebnąć o trochę mililitrów, bo i tak wychodzi)
400 ml mleka skondensowanego (w puszce 530 g jest go trochę za dużo, ale nie martwcie się – swój bilans kaloryczny możecie poprawić kawą bombon, czyli następnego dnia wylać na resztę mleka skondensowanego espresso, a po wypiciu łazić po ścianach z oczami jak pięciozłotówki – polecam!)
4 żółtka (najlepiej takie większe od szczęśliwych kurek, ale jeśli zostaliście oszukani w supermarkecie przez pudełko z wielkim napisem eko i okazało się, że kupiliście jednak jedynki zamiast zerówek – też się nadadzą)

Składniki na topping (możecie z niego zrezygnować, ale hej, i tak robicie tartę z mleka skondensowanego, ciastek, masła i żółtek, dodatkowa warstwa dobroci nic nie zmieni):

200 g śmietany kremówki (może być 30%, może być 36%, co będzie na półce)
cukier puder do smaku (bez cukru to trochę jakbyśmy smarowali masłem, nie?)

Co i jak robimy?

  • Kruszymy ciastka dowolnym sposobem. Ja zmieliłam je w wysłużonym blenderze, ostatnio u przyjaciół używałam blendera ręcznego, można też po prostu wsypać je do woreczka ze szczelnym zamknięciem i parę razy zdzielić wałkiem albo butelką do wina, w ramach autoterapii stresu. Ciasteczkowy piasek mieszamy z rozpuszczonym masłem, wyklejamy nim tartę, pamiętając o rantach, i wkładamy do piekarnika na 15 minut 180 stopni, grzanie góra-dół. Co jakiś czas łypiemy okiem, czy nic tam się nie przypala, bo może akurat nasz piekarnik ma dziś zły dzień. (Ewentualnie: można wstawić tartę po prostu do lodówki i poczekać, aż masło zwiąże ciastka).
  • W ciągu tych 15 minut możemy zrobić krem, ale nie musimy, bo po wyjęciu z piekarnika i tak spód musi wystygnąć (a przy obecnych temperaturach trwa to dość długo), więc możemy ten czas spędzić na scrollowaniu TikToka albo na zaaranżowaniu miejsca do poźniejszego zdjęcia na Instagrama 😉
  • Po wyjęciu tarty z piekarnika i odstawieniu jej do ostudzenia zabieramy się do robienia kremu. Będziemy potrzebować miski i miksera, może też być trzepaczka, może być KitchedAid, w ostateczności widelec (ale wtedy trochę się namachamy), bez różnicy, nie ma tu wielkiej filozofii. Ubijamy żółtka ze skórką z limonki, tak na oko, by było widać, że zmieniły konstystencję, to nie biszkopt ani beza. Potem dolewamy mleko skondensowane, pamiętając, że w puszce musi go trochę zostać, i znów ubijamy. W tym momencie masa może być i rzadka, i gęsta, różnie mi się zdarzało, nie ma tu reguły. Wlejcie teraz do niej sok z limonek, włączcie mikser i patrzcie, jak pięknie gęstnieje <3 Serio, wystarczy mieszać do uzyskania konsystencji kremu, potem może zrobić się rzadszy, ale bez obaw – zsiądzie się z powrotem w piekarniku.
  • Krem wylewamy na spód tarty, równiutko go rozprowadzamy i wstawiamy całość do piekarnika znów na 15 minut, 180 stopni, grzanie góra-dół, co jakiś czas zaglądamy, czuwając, by krem się niepotrzebnie nie przypiekł. (Ewentualnie: jeśli nie boicie się surowych jajek albo piekarnik nie jest waszym najlepszym przyjacielem i ostatnio spalił wam nawet mrożone frytki, tartę po prostu wstawiamy do lodówki. Krem będzie bardziej galaretkowaty, ale spokojnie wyjdzie).
  • Tartę po wyjęciu z piekarnika studzimy i wkładamy do lodówki na 2-3 godziny. Można ją zacząć jeść od razu po wystudzeniu, wtedy krem jest bardziej mazisty, ale zaręczam wam – po kilku godzinach w lodówce to jest zupełnie inne ciasto 😉
  • Wystudzoną tartę przed włożeniem do lodówki możemy posmarować ubitą śmietaną i przystroić po swojemu fantazyjnymi wzorami niczym Salt Bae. Można też z pozostałych białek zrobić bezę i przypiec ją w piekarniku – ale, z ręką na sercu, nigdy tego nie robiłam, więc decyzja należy w tym wypadku do was 😉

A potem już tylko wystarczy nałożyć sobie kawałek na talerzyk, odgryźć rożek dla spróbowania, zachwycić się doskonałością połączenia kwaśnych limonek i słodkiego mleka, po czym zawrócić do kuchni i dołożyć sobie jeszcze jeden kawałek, by nie chodzić dwa razy i nie musieć odrywać się od swojej letniej lektury 😉