Są wśród ludzi dwa typy, które spotkasz dopiero wtedy, kiedy ujawnisz się jako posiadacz Kindle. Jedni to strasznie pretensjonalne dupki, a drudzy to grupa docelowa tego wpisu.

Te pretensjonalne dupki to wszyscy, którzy twierdzą, że dotyk papieru jest dla mnie nierozerwalnym elementem obcowania z książką albo nie wyobrażam sobie czytania książki, która nie pachnie drukiem i tym podobne bzdury. Jeśli to czytasz, pretensjonalny dupku, to wiedz, że nie masz prawa się na mnie obrażać za nazywanie cię pretensjonalnym dupkiem, bo kiedyś byłem takim samym pretensjonalnym dupkiem jak ty. Na szczęście można się z tego wyleczyć. Nie wiem kiedy, i czy w ogóle, sięgnąłbym po czytnik, gdybym nie wygrał swojego Paperwhite w konkursie. Ale o samym czytniku zaraz, teraz o tej drugiej grupie.

Jeśli masz Kindle, to już wiesz, jeśli nie masz, a chciałbyś, to musisz wiedzieć, że równie często (czyli bardzo często), co pretensjonalnych dupków, przyciąga ludzi, którzy o niego pytają. Jedyna rzecz, którą mam, a o którą ludzie pytają mnie częściej, to dziewczyna, a jako typowy przedstawiciel swojego pokolenia mam przecież masę rzeczy, o które można pytać i ogromną potrzebę, by o nich opowiadać. I właśnie do tej drugiej grupy, ludzi pytających, kieruję ten tekst. Żeby już zawsze, zamiast ciężko wzdychać i z łaską odpowiadać, rzucać linkiem i poprawiać sobie statystyki.

Gdybyśmy uśrednili te wszystkie pytania, wyszłoby coś w stylu „O! Masz Kindle! Polecasz?!”.
Tak, mam! Tak, polecam! Nie rozumiem, czemu krzyczymy!
Kindle to prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka przytrafiła się mojemu czytelnictwu. Naprawdę czyta się go dużo wygodniej niż papierową książkę. Na tyle wygodnie, że czytam w miejscach, w których wcześniej nie czytałem. Widząc długą kolejkę w sklepie, podjeżdżając tylko jeden przystanek, czekając dwie minuty na autobus i w wielu innych sytuacjach, kiedy normalnie sięgnąłbym po telefon, byleby tylko uniknąć potencjalnie kłopotliwych interakcji z otoczeniem, sięgam po czytnik. Czytam dwie strony w czasie, w którym wygrzebałbym z torby książkę i znalazł właściwą stronę.  Nie zliczę, ile książek przeczytałem dzięki takiemu mikroczytelnictwu.
Czytaniu w dziwnych miejscach sprzyja jego wytrzymałość. Mój Kindle ma jakieś cztery lata i naprawdę trudno dostrzec na nim jakiekolwiek ślady użytkowania poza odciskami moich tłustych paluchów na ekranie (przy okazji – ślady objadania się przy czytaniu z ekranu usuwa się łatwiej niż z papieru). Zaliczył bliskie spotkanie z piaskiem na plaży, wodą w wannie, chodnikiem i paroma innymi czynnikami, mniej lub bardziej naturalnymi, które zniszczyły mi ulubione książki w wersji tradycyjnej.
Bateria trzyma długo. Nie mam pojęcia ile – nigdy mi się nie rozładował. Czytam sporo, a czasami nie wtykam mu nic w gniazdko przez tydzień i więcej, a jak już wtykam, to na chwilę. Doładowuję go po dwie, trzy godziny, jeśli wiem, że będę w drodze, i to w zupełności wystarczy. Za to K rozładowuje swojego bez przerwy w najmniej oczekiwanych momentach. Oczywiście to nie jego wina, ale to też na pewno NIE JEJ WINA. K rozładowałaby wszystko, nawet wywrotkę węgla, zwłaszcza gdyby miała jej nie rozładowywać.
No i setki książek w kieszeni, zamiast garba od jednej średniej grubości książki w twardej oprawie, robią robotę. Tak jak możliwość ustawienia kroju liter i ich rozmiaru.

Jeśli zastanawiasz się, jakiego Kindle wybrać, bierz Paperwhite. Moim zdaniem w tej chwili to najlepszy stosunek jakości do ceny. Jeśli chcesz być bardziej sexy, weź biały. Jeśli cię nie stać, weź tańszy model (bez podświetlenia, a różnica w cenie jest niewielka, więc jeśli nie szukasz oszczędności za wszelką cenę bierz Paperwhite). Jeśli masz za dużo pieniędzy, weź Voyage (fizyczne przyciski <3) i znęcaj się nade mną, bo ja też bym chciał. Potrzebujesz dokładniejszego porównania modeli? Nie pomogę. Miałem w ręku tylko ten model i głupio byłoby wymądrzać się na temat pozostałych. O innych producentach też niewiele wiem. Nie wykluczam, że ktoś robi równie dobre albo nawet lepsze czytniki, ale jakoś średnio w to wierzę i nie chce mi się sprawdzać. Bawiłem się kilkoma innymi i żaden nie skradł mojego serca. Zresztą to nie recenzja ani test porównawczy. Ja tylko, od samego początku, zmierzam do jednej rzeczy i cały czas coś mnie rozprasza.

NAJWIĘKSZA PRZEWAGA KINDLE

To coś, o czym nikt nie pisze. Serio. Czytałem kilka tekstów o czytnikach przed napisaniem własnego i nikomu nie wpadło do głowy o tym napisać. Nie wiem, czy dla innych to zbyt oczywiste, czy zupełnie nikt nie uważa tego za ważne, ale dla mnie to killer feature. Spójrz na to zdjęcie. Nie przejmuj się jego jakością, robiłem je kalkulatorem.

kindletekst2

Widzisz? No jak nie? Spójrz jeszcze raz. Tym razem na dół strony. Po prawej patrz. Prawej! No co tam jest? Albo czego nie ma? Teraz widzisz? Tak. Nie ma podanej strony. Oczywiście możesz włączyć podgląd lokacji. Kindle może wyświetlać twoje postępy procentowo albo szacować czas pozostały do końca. Tylko po co? Najlepszą cechą Kindle jest to, że może tego nie robić. Usuwa największą wadę analogowych książek. Książka w tej formie nie spoiluje ci swojego zakończenia. Przypuśćmy, że czytasz kryminał. Główny bohater znajduje się w sytuacji pozornie bez wyjścia albo wydaje się być tuż przed rozwikłaniem zagadki. Niby emocje są, ale widzisz, że do końca masz jeszcze co najmniej sto stron. Meh. To na pewno nie to. Czytając na Kindle, nie masz o niczym pojęcia. Nigdy. Może wydawać się to błahostką, ale K nienawidzi mnie za wyłączenie jej pozycji w książce, odkąd „nagle i zupełnie niespodziewanie” skończył się jej „Czerwony płatek i biały”. Bez porządnego zakończenia. Pieprz się, panie Michel Faber. Moja dziewczyna cztery dni chodziła zła przez jakąś prostytutkę, a ja nie mogłem dojść, o co chodzi.

Pamiętajcie, że za każdym razem, kiedy ktoś mówi, że czytanie książek na e-papierze nie ma klimatu, gdzieś na świecie znany pisarz uśmierca uwielbianego bohatera. Kupując czytnik, nie podpisujesz cyrografu. To tylko kolejny sposób, w jaki możesz obcować z książką. Ja od kilku lat dzięki czytnikowi czytam zdecydowanie więcej, oszczędzając miejsce na regałach dla tytułów wyjątkowych i albumów, których wcześniej nie kupowałem prawie wcale. Na moich półkach w końcu znalazły się kredowe strony pełne roznegliżowanych aktorek, fotosów z planów zdjęciowych i innych wspaniałych rzeczy w twardej oprawie, które nigdy mi się nigdzie nie mieściły przez pożałowania godne zamiłowanie do taniego fantasy.

Dużo lżej mi się żyje, odkąd stos książek, których nigdy nigdy nie przeczytam, zajmuje megabajty zamiast sześciennych metrów.

Do (najprawdopodobniej) 26 marca Kindle Paperwhite III (moim zdaniem najrozsądniejszy obecnie wybór) jest w wielkanocnej promocji na niemieckim Amazon. Tak tanio jeszcze nie było – wersja bez reklam kosztuje 94.99 euro, dostępna jest też w białym kolorze i jest, moim zdaniem, najlepszą opcją zakupu Kindle w Polsce – z przesyłką wychodzi ok 415 zł (w zależności od tego jak bank przeliczy wam Euro). Możecie wybrać też wersję o 20 euro tańszą, z reklamami, ale wysyłają ją tylko na terenie Niemiec.