Od dłuższego czasu mam focha na polskie kino. Nie oglądam polskich filmów prawie wcale. A już na pewno nie chodzę na nie do kina. Średnia dwóch całkiem dobrych filmów rocznie to za mało, żebym ryzykował kilka dyszek na bilety.

Z tego powodu miałem zamiar zupełnie odpuścić sobie pokaz przedpremierowy “Mamy czas”. Od samego początku wszystko mi nie pasowało. Reżyser, którego nazwiska nie znam. Obsada, którą kojarzyłem w ostatnich latach głównie z reklamami i filmem o papieżu (no jak miałem kojarzyć z czymś więcej, nie oglądając polskich filmów?). Tytuł. Naprawdę, znalazłem tysiąc powodów, żeby skreślić ten film już na starcie.
Na całe szczęście tego nie zrobiłem.

W pożarze kamienicy ginie starsze małżeństwo. Ich syn (Piotr Adamczyk) i niepełnosprawna córka Maja (Barbara Kurdej-Szatan) cudem uchodzą z życiem, jednak nie są w stanie przeżyć bez pomocy. Mężczyzna cierpi na poważne schorzenie wewnętrzne, jego siostra porusza się na wózku inwalidzkim.

Po wypadku zatrzymują się u starszej siostry (Agnieszka Dygant) i jej bezrobotnego męża (Rafał Królikowski). Konfrontacja okazuje się wielkim sprawdzianem. Dopiero próba samobójcza Mai zmienia sposób, w jaki na siebie patrzą.

Tak o filmie pisze dystrybutor

„Mamy czas” to coś wspaniałego.

Tak napisałbym o nim ja, gdybym miał się zamknąć w jednym zdaniu

Na szczęście nie muszę. Nic dziwnego, że nie słyszałem wcześniej nazwiska reżysera. Grzegorz Stępniewski to reżyser telewizyjny debiutujący na dużym ekranie. Każdemu życzę takiego debiutu. To, co zrobił z obsadą, to, jak nimi pokierował, jest czymś niesamowitym. Powiedziałbym niespotykanym. Uwierzyłem w każde jedno słowo, nawet te niewypowiedziane. Tak. Gra stoi na takim poziomie, że dosłownie widać niewypowiedziane słowa. Wychodziłem z kina z mocnym postanowieniem odpuszczenia polskiemu filmowi wszystkich grzechów i jeszcze mocniejszym postanowieniem nadrobienia zaległości, bo ewidentnie zostałem w tyle.

Gdybym miał porównać klimat „Mamy czas” do jednego filmu, byłby to „Dekalog” Kieślowskiego. I pewnie nawet nie zgrzeszyłbym bardzo tym porównaniem. Podczas seansu czuje się, że kręcenie go wymagało odwagi. Jest tak surowy, tak pozbawiony tych wszystkich ozdobników, do których przyzwyczaiło mnie kino, tak stonowany, że aż teatralny. Ale nie teatralny w ten pompatyczny sposób. Nie ma w nim popisów brawurowego aktorstwa. Posadzenie Kurdej-Szatan na wózku, ograniczenie tej całej jej energii do siedzenia, to najbardziej diabelski zabieg, jaki dane mi było ostatnio widzieć. Szapo ba.

Ta kameralna forma sprawia, że przez cały seans miałem wrażenie obserwowania życia. Nie historii opartej na faktach, tylko historii prawdziwej. Bo, o ile w przypadku chociażby filmu „Bogowie”, nie można było pozbyć się wrażenia, że reżyser opowiada swoją wersję tej historii, tutaj czuje się, że opowiada ją samo życie. Zupełnie jakby reżyser widział ją na własne oczy, a teraz umiejętnie prowadził aktorów, żeby jak najwierniej ją odwzorować.

Gdybym mógł zobaczyć w tym roku tylko jedną historię, to chciałbym, żeby było to „Mamy czas”. Historia ludzi, którzy mieli tylko siebie. 

Serio.


Mamy czas
ReżyseriaGra aktorskaHistoriaKlimat
Odrobinę za długi, jeśli mam się czepiać
4.5Wynik ogólny