To, co teraz powiem, przychodzi mi z trudem. Nigdy nie jest łatwo mówić o takich rzeczach. Jestem otwarty, jestem nowoczesny, rozumiem to, że świat się zmienia i chcę, żeby się zmieniał. A i tak, kiedy mam to powiedzieć, gdzieś w środku słyszę ten cichy, prawdziwie męski, głęboki bas, mówiący, że to nie wypada.

Może i nie wypada, ale taka jest prawda. Lubię chodzić na zakupy z moją dziewczyną. Albo, właściwiej, nauczyłem się lubić chodzić z moją dziewczyną na zakupy. Nie boję się centrum handlowego ani butików. Niestraszny mi supermarket ani IKEA. Tylko drogerii się jeszcze trochę boję.

Polubienie się z zakupami, kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, przyniosło mi szereg korzyści. Bardziej i mniej wymiernych. Przede wszystkim zachowuję jakąś tam pozorną kontrolę nad wydatkami. To znaczy — wciąż nie panuję nad tym, ile wydaje, ale przynajmniej wiem, gdzie i na co. Teraz, na odwieczne “Nie mam co na siebie włożyć” zamiast zwykłym “Jak to nie masz? Masz całą szafę ubrań, których nie nosisz!”, mogę odpowiedzieć zdecydowanie gorętszym “Jak to nie? A ten szary sweterek, na który wydałaś ostatnio 250 zł, bo pasuje ci do botków? W ogóle go nie nosisz!”. Czy to działa? Oczywiście, że nie! Ale jaka satysfakcja, że można sobie pogadać, mając solidne podstawy, a nie tylko domysły.
Jeśli jednak się uprzesz, można w trakcie wspólnych zakupów odnieść korzyści materialne. Kobiety z mlekiem matki wysysają skłonność do pozytywnego wzmacniania. Jesteś grzeczny? Dostajesz nagrodę. Nie dostałeś nagrody? Zacznij marudzić, szantażować i straszyć. Czy mógłbyś sobie tę koszulkę, książkę, grę czy burgera z galeryjnego paśnika kupić sam? Mógłbyś. Czy zarobienie na niego kosztowałoby cię zdecydowanie mniej energii niż te zakupy? Możliwe. Ale zasługujesz na to, żeby dla odmiany raz w życiu poczuć, jak płaci za ciebie ktoś inny niż pijany kolega, który twierdzi, że „Jesze za wsześnie eby iszcz do domu, nastempna kohlejka na mniee”.
Generalnie to, co uda ci się wynieść z zakupów, zależy wyłącznie od twojego nastawienia, opanowania i zdolności improwizacyjnych. Można się w zakupy zaangażować. Od zwykłego noszenia reklamówek po aktywny udział. Jeśli znajdziesz coś, co się jej podoba, nigdy ci tego nie zapomni. Jej koleżanki się o tym dowiedzą. Zostaniesz wyniesiony pod niebiosa jako posągowy przykład mężczyzny idealnego. Fenomen na skalę jednorożca. Do niedawna nagrodę można było odebrać bezpośrednio w przymierzalni, jednak odkąd wzrósł w Polsce poziom obsługi klienta, stało się to, jeżeli nie niemożliwe, to na pewno mniej komfortowe. Spróbuj się na czymś skupić, kiedy po pierwszych westchnieniach pomocna ekspedientka puka do drzwi i pyta, czy podać większy rozmiar. To deprymuje.

I teraz przechodzimy do sedna sprawy. Tak. Ta ściana słów powyżej była wstępem. W ostatnim tekście moja ukochana bezczelna dziewczyna zasugerowała, że marudziłem na zakupach. Tak. Marudziłem. Chociaż zwykle nie marudzę. Dlaczego?
Było zimno. Było mokro. Byłem zmęczony po całej nocy imprezy i długim aktywnym dniu, który nastał po niej. Byłem w obcym mieście. Dlaczego byliśmy na zakupach? Bo, uwaga, pomimo faktu, że zabrała na dwudniowy wyjazd walizkę ubrań, stwierdziła, że nie ma co na siebie włożyć. Bo dziewczyny ubierają się na wieczorne wyjście seksowniej, a ona nie chce wyglądać zbyt elegancko przy nich. Tak, ja też nic z tego nie rozumiem. Czy to wystarczyło, żebym stracił cierpliwość? Nie.
Cierpliwość straciłem dopiero w dziesiątym sklepie, jedynym w całym centrum, w którym ktoś myślący postawił kanapę. Różową wprawdzie, ale na tym etapie było mi to absolutnie bez różnicy. Zająłem tę kanapę. Uczyniłem z niej swoją oazę. Byłem Robinsonem na bezludnej wyspie męskiej beznadziei pośród morza pełnego kobiet polujących na szmatki jak wygłodniałe rekiny. Nawet przez chwilę myślałem, że spotkałem własnego Piętaszka w postaci nastolatka, który przycupnął obok na mojej kanapie, ale niestety nie zdołaliśmy nawiązać porozumienia. Był zbyt zajęty robieniem zdjęć swojej dziewczynie.
Siedziałem tam sam tak długo, i tak ostentacyjnie byłem nie na miejscu, że w końcu przyciągnąłem zainteresowanie obsługi sklepu.

– Czy mogę jakoś pomóc? – zapytała  przemiła jak zawsze ekspedientka.
– Herbata byłaby super, jeśli to nie kłopot.
– Nie rozumiem.
– Proszę się tym nie przejmować. Diogenes panią usprawiedliwił już dawno temu.
– Aha. – I poszła. Jak widać poprawa obsługi dotyczy tylko przeszkadzania ludziom w przymierzalni, ale na zakupy pretty woman style dalej nie ma co liczyć.

Siedziałem tam tak długo, że zbyt długo. Siedziałem tam tak długo, że w pewnej chwili prawie przysnąłem. Obudził mnie telefon.

– No hej. Gdzie jesteś? – zaświergotała słodko jak gdyby nigdy nic.
– Jak to kurwa gdzie – odpowiedziałem równie słodko. – W sklepie. Na kanapie. Gdzie mam być?
– W jakim sklepie?
– W tym, co ty. W tym z różową kanapą.
– Jaką kanapą? Ja jestem w kawiarni przy wyjściu. Chodź, spadamy stąd.
– Zostawiłaś mnie samego w sklepie? – zapytałem, kiedy w końcu ją znalazłem i mogłem jej spojrzeć w oczy. Całe płomienne uczucie, którym ją w tej chwili darzyłem, włożyłem w to spojrzenie. Pewnie dlatego wyglądała na lekko przestraszoną. Ale grała twardą, trzeba jej to przyznać.
– Nie zostawiłam.
– Zostawiłaś mnie samego w sklepie.
– Myślałam, że poszedłeś. – Idź w zaparte. Ich ulubiona technika.
– ZOSTAWIŁAŚ MNIE SAMEGO W SKLEPIE.
– No dobrze, może troszkę się zakręciłam. Ale to nie powód, żeby się złościć. I czerwienić. Oddychaj. Konrad, oddychaj.
– Jestem głodny. Zmarznięty. Nie wyśpię się przed imprezą. Chyba łapie mnie przeziębienie. A ty… A ty… Jeżu. Kupiłaś coś chociaż? Powiedz, że było warto. Że to nie poszło na marne.
– No niestety. Nic tu nie ma. Zresztą to i tak nie ma znaczenia.
– ? – spojrzałem pytajnikiem.
– I tak nic bym nie kupiła. Nie wzięłam karty z apartamentu.
– Daj chociaż tej kawy trochę.

– Z mlekiem i słodka, nie będzie ci smakowała. Chciałam ci kupić czarną, ale nie starczyło mi drobnych. 

I właśnie dlatego moja dziewczyna stwierdziła ostatnio, że marudziłem na zakupach.