To będzie bardzo prosty i krótki wpis, bo kto w takiej duchocie miałby ochotę pisać lub czytać coś wymagającego? Na pewno nie ja.
Wystarczyłby ci rzut oka na mój nocny stolik, żeby się o tym przekonać.

Arcydzieła czarnego kryminału, antologia opowiadań wypełniona zimnymi i  ciemnymi nocami, w które uciekam, kiedy nieruchome powietrze moich gorących neonowych nocy nie pozwala mi zasnąć (tylko mi, ona śpi jak dziecko w każdych warunkach). Joyland, jedna z moich ulubionych wakacyjnych powieści, którą znam już prawie na pamięć. Siedem dalekich rejsów, prosta opowieść o miłości w Darłówku poza sezonem*.
Pod nimi, prawie w zapomnieniu, czekając na lepszy  chłodniejszy czas, leżą (niekoniecznie w tej kolejności, ale jest zbyt gorąco, żebym wstał sprawdzić) kindle wypełniony kupionymi na wyprzedaży reportażami z doskonałej Serii Amerykańskiej Wydawnictwa Czarne, Shantaram, które obiecałem sobie w końcu nadrobić, i Ostatni rozdział, bo raz w życiu chciałem przeczytać go od razu po Paragrafie. Nie dałem rady.
Za gorąco.

Czytam teraz z upału te proste książki, myślę o tym, jak wiele przyjemności mi dają, i roztkliwiam się nad prostymi rzeczami w ogóle. Myśląc i roztkliwiając się, gaszę pragnienie prostą wodą z plasterkiem cytryny, która, przysięgam na wszystko, co święte, a święte w takie dni jak dziś znaczy tyle, co chłodne, gasi pragnienie lepiej, niż najwspanialszy nowoczesny izotonik z inteligentnymi cząsteczkami tlenku wodoru, które nieomylnie niczym amerykański dron trafiają tam, gdzie suszy.
W przerwach od myślenia i roztkliwiania robię jeden z najprostszych obiadów świata. Zasadniczo makaron z oliwą i czosnkiem. Prościej nie może być, smaczniej też mi w tej chwili trudno sobie wyobrazić, chociaż nie ukrywam, że nie pogardziłbym ziemniakami z sadzonym i małosolnym.

Jem ten prosty obiad z moją dziewczyną i, patrząc, jak je, odczuwam ulgę, że miłość jest na tyle prosta, że można się nią cieszyć nawet w upały.
Niektórzy twierdzą, że wcale nie jest taka prosta, ale ja uważam, że jest jak ta zimna woda. Owszem, można przyglądać jej się z bliska, nazywać ją tlenkiem wodoru, opisywać wzorami, rozbierać na atomy, atomy na jądra, elektrony i inne mądre rzeczy, które są stanowczo zbyt skomplikowane, żeby zajmować się nimi, kiedy jest gorąco. Można, ale to wciąż będzie woda. Po prostu.

W ogóle woda i miłość są do siebie bardzo podobne. Nie przemyślałem jeszcze do końca tej analogii, bo dopiero przyszła mi do głowy, a jest stanowczo zbyt gorąco, żeby cokolwiek porządnie przemyśleć, ale bardzo mi się ona podoba. Analogia. Ale woda i miłość też. Obie są proste. Obie potrafią ugasić pragnienie jak nic innego, i ogrzać, jeśli trzeba. Na koniec dnia obmyć z brudu komplikacji, którym obrzuciło nas życie.

Dostałem dzisiaj kawę do łóżka i myślę o niej (chociaż nie za mocno, bo duszno) przez cały dzień.
Często dostaję kawę do łóżka. Czasami, za rzadko, sam taką robię. Myślę o niej, bo wrzuciłem jej zdjęcie na instagram, i zapytałem się obserwujących mnie dobrych ludzi, kiedy ostatni raz dostali kawę do łóżka. Dostałem dużo odpowiedzi i, w większości, były to odpowiedzi przy użyciu samych brzydkich słów.
Dawno, odpowiedziała jedna dziewczyna, 10 lat temu napisała inna, Nigdy napisał jakiś chłopak. I tak, ja chcę wierzyć mocno wierzę, że odpowiedzi były takie, bo dla reszty, czyli większości, takie proste przyjemności jak kawa do łóżka albo kwiatek bez okazji, jak dobre słowo, albo lepiej od razu dwa, z których jedno zaczyna się na K, jak przytulenie, czy poziomki nawleczone na pojedyncze źdźbło, są równie naturalne, jak szklanka zimnej wody w upalny lipcowy dzień.
Ale ta wiara nie powstrzyma mnie od prostego apelu.

Kochajmy rzeczy proste. Pamiętajmy, żeby je doceniać, żeby je sobie robić. Sobie samym i sobie nawzajem. Pamiętajmy o wodzie, miłości i szczęściu.
Tych prostych rzeczach, które czasami zasłaniają niepotrzebne komplikacje.

*Tak, ta książka naprawdę jest o miłości w Darłówku. To moja najukochańsza książka. Jeśli będziecie ją kiedyś czytać, bądźcie dla niej wyrozumiali, a nie pożałujecie.