Jeśli chodzi o makijaż, to ja jestem niezbyt skomplikowaną osobą. Właściwie na co dzień moja twarz wygląda tak samo: czarne kreski, trochę różu na policzkach, muśnięcie rozświetlaczem i tyle, jestem gotowa, możemy wychodzić, tak kochanie, tyle czasu zajęło mi robienie tylko kreski na powiece, bo musiałam przejrzeć Instastories, bo gdzieś widziałam, jak ktoś znajomy robił i wyszło mu bardzo ładnie, i też tak chcę, więc musiałam to znaleźć. Mój standardowy zestaw kosmetyków, których używam, znajdziecie tu (wszystkich wymienionych nadal używam, ale hej, przyszła wiosna, potrzeba mi nowości!).

No właśnie. Wiosną to mi się wszystko odmienia i czarna kreska przestaje mi wystarczać. Bo jakoś nie pasuje mi do pierwszych słonecznych dni, delikatnej opalenizny i rumieńców pojawiających się na mojej twarzy, ilekroć pomyślę o zbliżającym się lecie. Według mnie wiosną jest się najpiękniejszym. Kocham cieniutkie wiosenne sukienki w kwiaty, jasne koszule zwiewne jak mgiełka, delikatną biżuterię i naturalne fryzury. Mam blask w oczach, jestem pełna nadziei i świeżych pomysłów. A tę świeżość wystarczy tylko trochę podkreślić, a nie zamazywać, prawda?

Processed with VSCO with u4 preset



1. Krem BB Bourjois Healthy Mix w odcieniu 02 Medium

Używałam go również zimą i nadal nie wyobrażam sobie bez niego makijażu. Dobrze kryje, jest leciutki, odcień medium idealnie pasuje do mojej skóry, a ja się cieszę, że na co dzień nie nakładam na twarz ciężkiego podkładu. Fajnie ujednolica, będąc jednocześnie niewidocznym i przejrzystym. Konrad czasem mówi, że on tak bardzo lubi, jak czasem nie robię sobie mocnego makijażu i wyglądam jak nastolatka, a ja wtedy udaję, że oczywiście, ja tak wyglądam, że krem BB, który nałożyłam na twarz chwilę wcześniej w łazience nie ma na to zupełnie wpływu 😉 Już się nie mogę doczekać dnia, w którym od słońca trochę wyjdą mi piegi i będą pięknie spod niego przebijać.
To jest serio sztos. Mam jeszcze odcień 03 Dark, bo sądziłam, że taka ze mnie Latynoska, że po wakacjach w Wietnamie opalenizna utrzyma mi się do lata.
Jednak nie.

Dostępne kolory: 01 Light, 02 Medium, 03 Dark

2. Tusz do rzęs Maybelline Snapscara w kolorze Black Cherry

Udało mi się go kupić miesiąc temu w Hebe w jakiejś promocji za 17 zł i byłam przekonana, że będzie to tylko ciekawostka, bo gdzie ja będę paradować z kolorowymi rzęsami i że generalnie tusze to tylko Loreal. Pomyliłam się dwa razy. Kolor rzeczywiście w opakowaniu to taki bardzo ciemny fiolet wpadający w wiśnię, ale na rzęsach wygląda ja prawilny czarny, ale taki niezbyt ordynarny prawilny czarny. Tusz ten szalenie wydłuża rzęsy, można nakładać go warstwa po warstwie, by stopniować efekt, a to lubię, bo czasem przecież trzeba odpocząć od dramatycznego spojrzenia aktorki ze spalonego teatru i bez trudu móc unieść powiekę. Zmywa się go z łatwością letnią wodą i to naprawdę nie jest pic na wodę, tylko sama prawda. Jestem przekonana, że stworzono go specjalnie dla młodych dziewczyn, które muszą zmyć makijaż przed powrotem z imprezy, a przed domem leży tylko szlauch.

Dostępne kolory: Black, Black Cheryy, Deja Blue (czaję się na niego do stylizacji na lata 80.)

3. Żelowa kredka do oczu Maybelline Tattoo Liner w odcieniu Smooth Walnut

Kredka ta stała się ostatnio bohaterką jednego z dialogów na naszym fanpejdżu, bo pomalowałam się nią od razu, jak tylko przyniosłam ją do domu. Zainspirowałam się filmem na YouTubie, w którym modelka Emily Didonato robi sobie właśnie lekki makijaż (możecie go sobie obejrzeć tu, Emily jest piękna).
W Polsce nie jest dostępny odcień, którym Emily robiła sobie kreski (Bold Brown), ale Smooth Walnut brzmiał całkiem sensownie. Stosuję go na dwa sposoby. Albo robię kreskę, ale bez ogonka, i po kilku sekundach rozcieram ją palcem – daje to efekt bardzo naturalnie przydymionego oka (nie można zrobić tego za szybko ani za późno – kreska roztarta od razu może się po prostu wytrzeć, a roztarta za późno w ogóle się nie rozetrzeć, bo jak już zaschnie, to jest bardzo trwała). Albo robię kreskę bez ogonka, rozcieram ją, a potem na tym rysuję drugą, cieńszą kreskę z ogonkiem, której już nie rozcieram. W obu przypadkach nanoszę też kredkę na górną linię wodną, tuż przy rzęsach. Strasznie denerwująca czynność, ale bardzo podoba mi się efekt.
Nie umiem tylko jej temperować i wygląda teraz, jakby ją obgryzł chomik.

Dostępne kolory: Deep Onyx, Smooth Walnut, Rose Gold, Sparkling Silver

4. Rozświetlacz The Balm Mary-Lou Manizer

Kocham go. Jego prześliczne opakowanie z blondynką, bardzo dobrej jakości lusterko, w którym się świetnie wygląda, i efekt, jaki daje na skórze nałożony palcami – jakby mnie polizał jednorożec, zostawiając ślad w postaci lśniącej, perłowej, mokrej tafli. Czasem mam dni, kiedy nakładam go wszędzie – na kości policzkowe, nad brwiami, na powieki, na łuk Kupidyna i na czubek nosa – i wyglądam wtedy jakbym przespała dwanaście godzin w jedwabnej pościeli, śniąc o tęczy i cukrowej wacie.

Dostępne kolory: Cindy-Lou Manizer jest bardziej brzoskwiniowa

5. Automatyczna konturówka do ust Yves Rocher w kolorze Malwa

Zobaczyłam ją pierwszy raz u Matyldy kilka miesięcy temu i chociaż podobał mi się naturalny efekt jaki daje, jeszcze wtedy pozostałam przy ciemniejszych szminkach. Ostatnio jednak zachciało mi się czegoś, czym będę mogła tak podreślić usta, by nie było widać, że coś na nich jest. Numer 10 od Inglota, rozsławiony jakiś czas temu przez Jessicę Mercedes nie odpowiadał mi do końca, bo był zbyt chłodny. Wtedy przypomniałam sobie o ustach Matyldy  ( ͡° ͜ʖ ͡°). I to był strzał w dziesiątkę. Jest to odcień odrobinkę ciemniejszy niż mój naturalny kolor, jak to mówi Matylda, podkręca po prostu naturalny kolor ust. Wystarczy je leciutko obrysować, a potem nałożyć (albo i nie), nawilżającą pomadkę (ja od lat używam różanej Bebe). I to zupełnie wystarczy <3

Dostępne odcienie: nie wiem, ten jest idealny 😀

6. Bezbarwny błyszczyk Golden Rose

Napatrzyłam się tej wiosny na Tik Toku na trendy w makijażu ust i wykminiłam, że najfajniej wyglądają te bardzo naturalne usta, jakby mokre. Rozejrzałam się więc za bezbarwnym błyszczykiem – ten od Golden Rose zbierał najlepsze recenzje. I rzeczywiście, daje efekt lśniących, mokrych ust, ALE okazało się, że ja strasznie nie lubię, jak mi się coś lepi na ustach. I Konrad też nie lubi, o czym mnie informował za każdym razem, jak nakładałam błyszczyk na usta. Marzę o nieklejącej się błyskotce od Michelle Phan (jeśli nie wiecie, kto to jest, to jest youtuberka od makijażu, która ma bardzo ciekawą i inspirującą historię, w ogóle jest super, ale nie mogę polecić jej kanału na YT, bo już go nie prowadzi), bo się napatrzyłam na jej Instagrama, ale póki co jej firma EM Cosmetics nie wysyła do Europy. Więc jestem obrażona na błyszczyki.

7. Bronzer The Balm Bahama Mama

Na koniec love-hate relationship. Bahama Mamę kupiłam na fali zachwytu nad Mary-Lou i póki co zamiast się upiększać, robię sobie nim zwykle krzywdę. Dopiero na wczorajszym evencie makijażystka wytłumaczyła mi, że on jest trudny, bo jest mocno napigmentowany, a na dodatek, jak twierdzi, próbowałam sobie nim zwęzić już i tak dość wąską twarz, którą powinnam poszerzać /szok i niedowierzanie/. I robić to puchatym pędzlem, a nie rysować kreski i je rozcierać.

Więc może jeszcze się polubimy. Ale muszę w takim razie kupić puchaty pędzel do bronzera. Co stwarza okazję do kolejnych zakupów, bo przecież nie mam jeszcze typowo wiosennego różu, no i wysyłka będzie tańsza… Prawda?

***

Jeśli odkryłyście tej wiosny jakiś fajny kosmetyk, koniecznie podzielcie się nim w komentarzach tu albo na fanpejdżu. Szukam właśnie fajnego różu 😉

Oto dowód. Z makijażem wykonanym wiosennymi kosmetykami i rozwianym włosem