Wiosna przyszła ledwie kilka dni temu i już babskie portale, telewizje śniadaniowe, blogi, także te całkiem malutkie, a nawet rubryki w Chwili dla Ciebie, wypełniają się radami, jak powinnyśmy się do niej przygotować.

Powinnyśmy schudnąć, by mieć pretekst do wymiany garderoby na nową, wiosenną; podciąć włosy i może je lekko rozjaśnić (by wyglądały jak muśnięte pierwszymi promieniami słońca); wymienić bluzki z takich w gwiazdki (bo zimowe i brrr) na takie w kwiatki (bo kwiatowy total look jest przecież taki świeży!); doczepić frędzle do skórzanej spódnicy sprzed dwóch sezonów (wiedziałaś, że się jeszcze przyda!), bo w tym roku rządzić będą biker girls; zmienić makijaż na lżejszy i dodać odrobinę koloru (koniecznie róż. I seledyn!); zastosować strobing i inne niepokojąco brzmiące zabiegi, by podkreślić naszą stłamszoną przez miesiące braku światła urodę.

Nikt za to nie pisze o tym, co powinni robić wiosną mężczyźni. Bo nikt nie musi. Oni sami wiedzą najlepiej, do czego służą pierwsze słoneczne dni.

Do mycia samochodu.  Kolejki w samoobsługowych myjniach samochodowych ciągną się już na najbliższej stacji paliw oferującej hot dogi w rozmiarze XXL. Nikt przecież tak jak sami mężczyźni nie potrafi wymyć i dopieścić ich ukochanej rzeczy (a tym bardziej inny mężczyzna). Nikt autku nie poświęci tyle czasu, co jego dumny właściciel. Nikt z taką pieczołowitością szmatką z mikrofibry (służącą do tej pory do delikatnego osuszania twarzy bądź włosów partnerki) nie wypoleruje na karoserii najdrobniejszych zacieków. Nikt tak skutecznie jak ojcowie nie przekona swoich dzieci, że odkurzanie wnętrza samochodu w pierwszych promieniach wiosennego słońca to przecież świetna zabawa. Nikt potem po tych dzieciach tak dobrze nie poprawi, rzucając jobami na prawo i lewo. I wreszcie, nikt później tak nie pachnie sprayem nabłyszczającym do kokpitów. Dobrze, że przynajmniej o zapachu cytrynowym.

Do robienia porządków w komputerze. A jak już wyrzucą plik tekstowy z pracą licencjacką (bo stara), zaktualizują Javę i Adobe Acrobata, przejrzą jeszcze raz z nostalgią zdjęcia z tamtej imprezy, co Bartek wyskoczył z balkonu z pierwszego piętra, bo myślał, że jest Batmanem, a Jurek całował się z tą laską, co wcześniej była facetem (to były czasy), a nie mają akurat żadnej nowej gry, w której mogą zrobić porządki wśród złoczyńców, to pójdą robić porządki w internecie. Szczęście, jeśli ktoś jest blogerem i skończy się to na odświeżeniu szablonu i zmianie profilowego w czapce na takie z kwiatami wplecionymi w brodę. Bo inaczej mężczyzna może wyrzucić ze znajomych wszystkich, którzy „piszą głupoty” na fejsie, i nie będzie kogo na święta zaprosić.

Do rozpoczęcia remontu. Nie żeby od razu jakiegoś generalnego, ale do szczęścia nie wystarczy byle jaka mała ściana. To musi być koniecznie ta największa w waszym mieszkaniu albo dokładnie ta w waszej sypialni. Żadna inna. Pomalowanie jej nie powinno zająć więcej niż 4 dni (łącznie z oblewaniem jej w towarzystwie szwagra lub najlepszego przyjaciela). Posprzątanie po pomalowaniu jej będzie za to trwało jakieś 2 miesiące, ale kto by się przejmował. Ważne, że zamiast skandynawskiego Śnieżnego Zaprzęgu masz teraz ścianę w kolorze skandynawskich Białych Nocy.

Do kupienia czegoś większego. Obojętnie czego, byle tylko było większe od poprzedniego. Większej kanapy. Telewizora. Większego młotka i większych gwoździ. Większego smartfonu. Większej choinki zapachowej do samochodu. Większej budy dla psa (by pojechać po nią do Praktikera, zamiast posłuchać delikatnej sugestii, że przecież na YouTube jest mnóstwo filmików DIY, jak takową budę zrobić samemu. A ty byś mogła ją tak ładnie, wiosennie przyozdobić. Girlandami z papierowych jajek, by było wielkanocnie – oczywiście, też DIY).

Do rozpoczęcia sezonu grillowego. Mężczyzna przecież musi być pierwszy, przed wszystkimi innymi mężczyznami. Wiadomo – rozpalenie ognia i przyrządzenie na nim mięsiwa dla swej wybranki (grona podchmielonych kolegów albo rozbrykanych wiosną dzieci) stawia go wyżej w hierarchii na dzielni/wśród balkonowych kucharzy/w akademiku. Bo był pierwszy. I nieważne, że wiosenne wieczory są jeszcze tak zimne, że karkówka w gotowej marynacie (ostatnia paczka z pierwszej dostawy do lidlowskiej lodówki!) zdąży wystygnąć, zanim się w ogóle upiecze. W końcu po coś wynaleziono mikrofalówki. A piwa nie trzeba grillować.

Do naprawienia zepsutych rzeczy. Tyle się ich nazbierało przez zimę. Zepsuta lampa w łazience (w sumie już się przyzwyczailiście do oświetlania jej świecami, to takie romantyczne), niedokręcone krzesła z IKEA (czasem się zastanawiam, czy w nocy ktoś nie przychodzi i ich nie rozkręca. No zawsze się rozkręcają, a potem chyboczą. Chyba, że to on rozkręca, żeby mieć co skręcać), grzejący się laptop, wyjący jak opętany okap kuchenny. Chęci jest wiele, przynajmniej na początku. Wtedy to nawet śrubki liczą i odkładają na kartkę przy rozkręcaniu pilota, który od miesięcy leżał pod szafką na telewizor. Potem te śrubki dziwnym trafem gdzieś się zapodziewają/zostaje kilka nadprogramowych/czegoś nie da się naprawić/krzesła następnego dnia znów się chyboczą, i wszystkie chęci idą w pizdu. Nic nie szkodzi, przynajmniej się starał. Tylko w tym pilocie to wystarczyło zmienić baterie. Bo od nowości były.

Od samego czytania można się zmęczyć tym, ile wiosną mają do roboty mężczyźni. Jakby po prostu nie mogli wykorzystać tej całej wiosennej energii na wymianę zawartości szafy jak normalni ludzie. Tylko problemy robią.
Wszystko, byle tylko nie umyć tych pieprzonych okien  i nie wynieść choinki.