Dziś mija pięć lat, od kiedy poszłam pod laser. Pięć lat beztroskiego kąpania się w jeziorze, zasypiania na stojąco po całonocnej imprezie, bez dłubania w oczach w poszukiwaniu zaginionej soczewki. Pięć lat obrazu jak w HD. Nie wyobrażam sobie lepszej okazji, żeby wam o tym opowiedzieć.

Okulary nosiłam od 3 klasy podstawówki. Dostałam wówczas od dalekiego kuzyna konsolę Sega Mega Drive i kilkanaście gier. W czasach prehistorycznych stanu gry nie dało się zapisać, więc rozgrywka toczyła się cały dzień, przegryzana naprędce plackami ziemniaczanymi podsuniętymi przez mamę. Publiczność w osobach mojego młodszego brata, koleżanek i siostry ciotecznej dzielnie mi towarzyszyła w pokonywaniu kolejnych światów, a ja siedziałam z padem coraz bliżej i bliżej telewizora…

– Mamo… – Stanęłam jakiś czas później w drzwiach dużego pokoju, chowając ręce za plecami. Z kurtki i butów topniejący śnieg spływał kałużą na linoleum.
– Co, skarbie? Już wróciłaś? Gdzie masz okulary? – Mama chrupała kakaowe draże, wyłuskując je zręcznie z żółtego opakowania z przerażającym klaunem, i patrzyła na mnie. W tle leciał „Zbuntowany anioł”.
Ona już wiedziała.
– Bo widzisz, po szkole nacieraliśmy się śniegiem… I ja byłam w ataku… I wiesz, ten Chińczyk z mojej klasy, on celował w kogoś innego, to nie jego wina… – Wysunęłam przed siebie rękę z resztką tego, co jeszcze przed godziną miałam na nosie.
– K, znowu? Zlituj się! To już trzecia para w tym roku!

Rodzice mieli ze mną niełatwo pod tym względem. Jedne okulary utopiłam w stawie, na innych ktoś usiadł. Wpadałam na szyby w witrynach sklepowych, potykałam się o własne nogi i krawężniki, a raz nawet wsiadłam do samochodu z brodatym facetem, który z kilometra może i przypominał mojego tatę, ale nie jeździł fordem mondeo, tylko cinquecento.
Gdy tylko dorosłam na tyle, by nosić soczewki kontaktowe, przerzuciłam się na nie. Było nieźle, ale w dalszym ciągu pozostawało jedno ale: poranna droga z łóżka do łazienki. Szczególnie wtedy, gdy rozochocona soczewkami zrezygnowałam z okularów analogowych, mimo tego, że moja wada oscylowała w okolicach -5,5 w obojgu oczach. Mama obserwowała moje wędrówki po omacku, guzy na moim czole i czekała na odpowiedni moment, który długo nie nadchodził. Aż do pewnego pamiętnego Grouponu. Był grudzień 2012 roku.

PRZED

Pojechałam na drugi koniec Polski na badanie wstępne. Byłam bardzo zdenerwowana, w końcu nie każdy może się poddać laserowej korekcji wzroku, ponieważ badania są naprawdę restrykcyjne. Spędziłam w klinice kilka godzin, po kroplach rozszerzających źrenice raziło mnie światło, ale już miałam przedsmak tego, co mnie czeka – okulistka zapuściła mi krople znieczulające i sondą z wypustką zbadała grubość rogówki mojego oka. Jedynym dyskomfortem było chrobotanie w tylnej części głowy. Na polu widzenia pojawiały mi się maleńkie kręgi (jak na wodzie po puszczeniu kaczki). Wychodząc z gabinetu, byłam zła, ponieważ musiałam czekać kolejne kilka dni na diagnozę, a przyjechałam nastawiona na natychmiastowy wynik badań. Po dwóch dniach otrzymałam telefon, że się zakwalifikowałam i z radości spadłam z łóżka.

Wiele osób uważało za swój cholerny obowiązek, by ustrzec mnie przed tym straszliwym błędem (w tym kilku okulistów):

„Wiesz, że mogą ci tego nie skorygować do końca?”.
„Po co się tam pchasz? Operacja to ZAWSZE ingerencja w ciało, a tak ładnie ci w okularach”.
„Słyszałam od znajomej, która słyszała od znajomej, że kuzynka wójta wsi, w której mieszka jej cioteczny dziadek ze strony matki, powiedziała, że znała kiedyś kogoś, kto po korekcie wzroku w latach 80. całe życie miał wieczorem efekt halo”.
„Ja bym się nie zdecydowała, operacja na oku? A jak coś pójdzie nie tak? Szczególnie, że to zniżka z Grouponu. Z GROUPONU?  Z głupim się na łby pozamieniałaś? Przecież w tej klinice mogą cię pociąć na narządy”.
„W internecie przeczytałam, że wada może całkowicie wrócić. Martwię się o ciebie. To się często zdarza. Nie myśl, że jesteś wyjątkowa”.
I najlepsze:
„Ja bym się bała”. No jasne. Trzeba mieć jaja ze stali, by się na to zdecydować. Ja mam.
Gdyby to jeszcze mi nie wystarczyło, weszłam na fora. O korekcie wzroku. Po co ja to zrobiłam? Powinien powstać fanpejdż „Beka z for okulistycznych”. Lajkowałabym.

W TRAKCIE

Przygotowując się do zabiegu, szukałam informacji dotyczących postępowania przed laserową korekcją. W większości przypadków bardzo się różniły, co powodowało niepokojące myśli – zrobię coś źle i z zabiegu nici… Na szczęście udało mi się wyodrębnić kilka zasad:

Co należy zrobić przed zabiegiem laserowej korekcji wady wzroku?

  • 4 tygodnie przed ściągnąć soczewki kontaktowe – ja zrobiłam to 1 stycznia. Można oczywiście później, a nawet kilka dni przed operacją, ale może to spowodować niedokorekcję i kruchość naczynek.
  • 2 dni przed zabiegiem nie imprezować = nie pić alkoholu, bo odwadnia i oczy nie będą dostatecznie nawilżone. Myślę, że chodzi tu także o komfort personelu medycznego – na kacu nikt ładnie nie pachnie, pacjent czuje się gorzej, co też może mieć wpływ na ostateczny wynik korekcji.
  • 1 dzień przed – buzia bez makijażu. Oczy odpoczywają od tuszu i kresek, żadne pozostałości makijażu nie mogą ujawnić się podczas operacji, która przeprowadzana jest przy miejscowym odkażaniu twarzy.
  • Rano, w dniu zabiegu – dokładnie umyć włosy, twarz i ciało, nie nakładać kremów, balsamów, nie perfumować się, nie używać lakieru do włosów ani innych „rozpylaczy”.
  • Ubieramy się lekko i wygodnie, czyli dżinsy, obcasy, obcisłe bluzki odpadają. Ja wybrałam legginsy i t-shirt, ale widziałam też panią w szpilkach i szlafroczku w ocelota i nie wyrzucili jej z poczekalni.
  • 2 godziny przed – zjeść smaczny, nietłusty posiłek. Mi się zachciało McDonald’sa, ale mus to mus (odbiłam to sobie po wszystkim). Oczekiwanie na zabieg może się wydłużyć, więc lepiej nie przychodzić zupełnie na czczo.
  • Wziąć ze sobą kogoś, by też się denerwował i towarzyszył w trudnych chwilach. Dobrze, by miał zapędy opiekuńcze i duże pokłady empatii. Konrad na przykład przestał się odzywać. Ze zdenerwowania, oczywiście, wcale nie dlatego, że musiał przesiedzieć 6 godzin na korytarzu bez ładowarki.

Tak przygotowana, dumna i blada przyszłam na wyznaczoną godzinę, poddałam się powtórnemu badaniu, by sprawdzić, czy po dłuższym czasie bez soczewek nic się nie zmieniło. Kolejna poczekalnia i rozmowa z panią doktor, która starała się rozładować atmosferę i z każdym pacjentów porozmawiać. Mnie akurat zapytała o zdanie na temat książki, którą czytałam w poczekalni (nie przyznałam się, że był to „Gorący kochanek lady Jakiejśtam”). W tym momencie można zadać wszystkie dręczące nas pytania, ja akurat zapytałam o rodzaj zabiegu, któremu zostanę poddana. Bo jestem masochistką.

Epi-LASIK

polega na mechanicznym odseparowaniu cienkiego płatka nabłonka rogówki za pomocą urządzenia zwanego epikeratomem. Następnie chirurg poddaje działaniu lasera powierzchowną część rogówki. Po zakończeniu zabiegu zakładana jest specjalna soczewka opatrunkowa, a nabłonek rogówki odrasta w sposób naturalny.

ODRASTA. Wat.

Po rozmowie z panią doktor zostałam odprowadzona do jednoosobowego pokoju z łóżkiem, łazienką i telewizorem, dostałam kanapki i herbatę oraz syrop uspokajający, bym czasem niepostrzeżenie nie uciekła przez okno (a miałam chęć, nie powiem). Pani pielęgniarka zakropiła mi oczy, wręczyła szpitalne ubranie składające się z wielkich portek i jeszcze większej koszulki, i kazała mi wypocząć przed zabiegiem.

Co się dzieje w trakcie zabiegu?

  • Znieczulenie oczu – gdy krople zaczynają działać, masz wrażenie zdrętwienia, opuchnięcia powiek i już nie wiesz, czy mrugasz, czy nie. Jesteś dokładnie znieczulony na zewnątrz, a cholernie przerażony w środku.
  • Zdezynfekowanie okolic oczu i twarzy – od tego momentu ręce muszą leżeć wzdłuż ciała. Nie wolno podnosić ich do twarzy (co ja oczywiście zrobiłam, bo akurat strasznie zaswędziało mnie pod lewym okiem. A potem pod prawym. I znów pod lewym).
  • Założenie rozpórki – przypomina wsadzenie zalotki w oko. Rozszerza powieki i zapobiega niechcącym mrugnięciom. Zimne.
  • Co jakiś czas oczy zlewane są jakimiś płynami w celu oczyszczenia operowanego miejsca.
  • Odcięcie nabłonka – osoby nadwrażliwe proszę o wyjście z internetu. Do oka przykładane jest specjalne urządzenie, słyszysz ostrzeżenie: „Może pani poczuć delikatny ucisk”, po czym czujesz się jak bohater „Mechanicznej pomarańczy”. Gdy słyszysz: „Siostro, proszę włączyć ssanie” i masz wrażenie, że słoń trąbą chce ci wyssać oko, zaczynasz się rozpaczliwie zastanawiać, co ci w ogóle przyszło do głowy, nienawidzić swojej matki, że cię do tego zmusiła, że w ogóle sprowadziła cię na ten podły świat, gdzie lekarze w kitlach cię torturują, a tak w ogóle to twoje okulary są bardzo ładne, takie czerwone z zielonym i że w sumie przecież ci nie przeszkadzały. A to tylko odcinają płatek rogówki.
  • Manipulacje przy oku – chirurg bawi się niegrzecznie swoimi zabawkami, coś tam czyści, coś podkłada, coś odsuwa – nie wiesz właściwie, co robi, ale sobie leżysz, bo co ci szkodzi. Znieczulenie robi swoje, życie jest piękne i chcesz ucałować panią doktor.
  • Właściwa korekcja – zawisa nad tobą prośba o patrzenie dokładnie w czerwone światełko nad okiem. Więc patrzysz, ale mózg usłużnie ci podpowiada: „Spójrz w bok. Zobaczymy, co się stanie. Przecież nie jesteś tchórzem. A kto w ogóle wierzy, że laser cokolwiek może przeciąć, przecież to zwyczajna wiązka światła. Grawitacja przecież też nie istnieje”. Syczenie, światełka migają w twojej głowie jak na gimnazjalnej dyskotece, w tle głos chirurga: „40 procent zabiegu za nami… 60 procent zabiegu za nami… 100 procent zabiegu za nami. Może pani odetchnąć. Dlaczego się pani tak histerycznie śmieje? Przecież nie bolało, nie? Możemy powtórzyć, jeśli pani bardzo chce, haha. Żarcik taki”.
  • Powtórne manipulacje przy oku – czyli sprzątanie po laserze, nakładanie płatka, nawilżanie, kropienie, soczewka opatrunkowa, wyjmowanie rozpórki, gapisz się nadal w górę, myślisz mimochodem: „Hmm, ale ta lampka nade mną ma kabelków. A ta pani doktor to ma takie śmieszne plamki w oczach. A numer seryjny tego śmiesznego urządzenia, które stoi w rogu sali operacyjnej, to X8907… „.

Kolejne oko, powtórka z rozrywki. Wkrótce zjeżdzasz niepokonana z placu boju w wózku inwalidzkim, rozglądasz się po korytarzu i myślisz, patrząc na zwyczajnych ludzi, którzy nie przeżyli tego, co ty przed chwilą: „Co ty wiesz o korektorowaniu… Ty stara dupa jesteś”.

PO

Co się dzieje w ciągu tygodnia po zabiegu?

  • Ciągle działa znieczulenie, ale jak najszybciej należy się postarać o coś przeciwbólowego. Ja stwierdziłam, że nie czuję bólu jak Wiedźmin naprany eliksirami. Okazało się, że nie jestem Wiedźminem. Ani trochę.
  • W klinice dostajesz pierwszą dawkę kropli i receptę na nie. Bardzo ważne, by się stosować do zaleceń, bo te leki naprawdę przyspieszają gojenie. Mnie pilnowali na zmianę mama i Konrad. Musieli, inaczej tym razem bym stwierdziła, iż mam w sobie coś z Wolverine’a i wszystko mi się świetnie wygoi bez żadnych bzdetów. Otóż nie.
  • Kilka godzin odpoczywasz, dostajesz wypis z poleceniem, by zgłosić się na kontrolę i zdjęcie opatrunków za kilka dni.
  • W domu dużo śpisz. W zaciemnionym pokoju. Z elegancką opaską na oczy i dizajnerskiej piżamie. Byś mogła wzdychać i jęczeć z taką klasą, jak ućpane xanaxem młode dziedziczki z nowojorskich wyższych sfer.
  • Pijesz dużo wody. Wstając w nocy z łóżka, potykasz się o dziesiątą zgrzewkę mineralnej, którą przytargał twój tata w ciągu ostatniej doby. Tak się troszczy. No bo przecież musisz dużo pić.
  • Zaczynasz nienawidzić audiobooki. Nie możesz już słuchać głębokiego głosu Fronczewskiego, a przez Jungowską nigdy więcej nie spojrzysz na Atomówki.
  • Twoje życie zaczyna przypominać imprezę z cyklu „Sunglasses even at night”. I jesteś na niej sama.
  • NIE patrzysz w smartfona, NIE używasz Messengera, NIE wrzucasz zdjęć na Instagrama. Całkowita śmierć socialmediowa.
  • Przez pierwsze kilka dni jesteś przekonana, że zabieg się nie powiódł. Coś tam niby lepiej widzisz, ale dalej czujesz się jak kineskopowy Thompson zrzucony z trzeciego piętra przy remoncie.
  • Czekasz. Czekasz. Czekasz.

I wreszcie. Tydzień później.

  • Spędzasz w podróży jedyne 247489 godzin, by wizyta kontrolna trwała 10 minut. I kolejne tyle spędzasz na czekaniu na pociąg powrotny.
  • Ale to ci zupełnie nie przeszkadza.
  • Zupełnie.
  • Bo jadąc tramwajem na dworzec, WYRAŹNIE WIDZISZ, jak na końcu ulicy krewka babcia leje parasolką dryblasa, który ma szalik z napisem…
  • „Stomil Olsztyn”.

I nagle zupełnie przestaje cię obchodzić, że nie możesz przez najbliższe:

  • Przez 2 tygodnie – prowadzić samochodu, malować się, pić alkoholu, korzystać z mediów elektronicznych, kontaktować się ze zwierzętami i chorymi osobami, przebywać w zadymionych pomieszczeniach.
  • Do 6 miesięcy – kąpać się w zbiornikach wodnych, w tym basenach, opalać się naturalnie ani w solarium.

I zawsze będziesz musiał:

  • Umawiać się na badania kontrolne – na początku częściej, później wystarczy raz do roku, chyba że nasz okulista zaleci inaczej – a on wie najlepiej, bo to on jest okulistą i skończył długie i trudne studia, nie my. Więc trzeba robić, jak każe. A jak nie każe, to przynajmniej raz w roku. I jeśli wcześniej było się krótkowidzem, to badać się przy rozszerzeniu źrenic (to wtedy, jak zakraplają ci do oczu krople i przez kilka godzin wyglądasz jak demon. Albo Popek. Ale chyba jednak wolę demona).

To wszystko nieważne. Ważne jest, że WIDZISZ WYRAŹNIE. SWOIMI OCZAMI. Nie soczewkami, nie okularami, tylko czymś, co urodziło się razem z tobą. W tym samym czasie. Jako część ciebie.

Radośnie wypieprzyłam pojemnik z soczewkami do śmieci.

Wiele osób waha się przed podjęciem decyzji o laserowej korekcji wady wzroku. Jest to duży stres i istnieje wiele przeciwwskazań do przeprowadzenia zabiegu. Obecnie kliniki i szpitale oferujące korekcję laserową zabezpieczają się, poddając kandydatów restrykcyjnym badaniom, więc ryzyko niepowodzenia i niedokorekcji jest naprawdę niewielkie. Jak każda operacja, także i udana laserowa korekcja ma swoje minusy, do których zaliczyć można zespół suchego oka (u mnie zespół się skończył po dwóch latach. Pewnie frontmanowi zachciało się kariery solowej) czy czasową nadwrażliwość na światło. Ale to mija.

Wada się nie cofnęła. Na wszelki wypadek rozważam jednak okulary do pracy przy komputerze. Lepiej dmuchać na operowane (edit: Nadal je rozważam. Od dwóch lat.)

Jeszcze pięć lat temu mój świat bez soczewek był rozmazaną plamą – dziś dla rozrywki odczytuję tytuły książek, stojąc po drugiej stronie pokoju. Dla osoby, której świat przez większość życia wygląda jak obraz z niewyostrzonego rzutnika do slajdów, wciąż jest to niesamowite. Wręcz magiczne. Ścigam się czasem z Konradem, kto szybciej odczyta numer nadjeżdżającego autobusu. I generalnie wkurzam ludzi, mówiąc z szeroko otwartymi oczami: „Ale jak to? Nie widzisz tamtego napisu? Serio? Dziwne”.

Najcięższym momentem jest podjęcie ostatecznej decyzji. Wiele osób odkłada to na „kiedyś”, „po ciąży”, „jak operacja będzie zupełnie bezpieczna”. Moje „kiedyś” zamieniło się w „teraz”, gdy spojrzałam na Konrada, szukając pomocy. Zadałam sobie wówczas jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie:

Czy będę szczęśliwsza, budząc się rano i widząc cień, jaki rzęsy rzucają na jego policzki?

A potem byłam. Szczęśliwsza. I nadal jestem. Do diabła z okularami.

 

Opisałam tylko swoje wrażenia i doświadczenia. Nie namawiam was  – każda taka decyzja musi być dokładnie przez was przemyślana.