Zwykle trudno zbić mnie z tropu.
Wybaczam więcej ludziom dookoła siebie, niż potrafię wybaczyć sobie, jeśli chodzi o zachowanie. Chociaż wybaczam to może niewłaściwe słowo – po prostu patrzę na to z przymrużeniem oka. Natomiast gdy to ja zrobię coś głupiego, zrobię się zbyt wylewna przy mało znanej osobie albo popełnię błąd, potrafię to sobie wyrzucać przez kilka dni. Gdy inni tak się zachowują, uważam, że to urocze – w końcu są tylko ludźmi i przecież nie robią nic złego.
Jest jednak jedna rzecz, która wyprowadza mnie z równowagi.

Nie lubię, gdy ktoś stawia mnie w niezręcznej sytuacji. Gdy nie wiem, co mam zrobić. Gdy muszę wybierać pomiędzy mową a milczeniem, a żadne wyjście nie jest dobre. Po prostu. Wiem, że ludzie mają prawo do podejmowania swoich decyzji, gorszych lub lepszych, i to oni ponoszą późniejsze skutki, i mnie to nie powinno interesować, ale… czasem nie mogę się z tym pogodzić. Taka już jestem.

Przykładowa sytuacja, jakich wiele, wygląda zwykle tak: mam znajomych, szczęśliwą parę, z którymi widuję się kilka razy do roku. Na imprezie, nieważne, czy w klubie, czy na domówce, czy na Marsie, na której nie ma jej, on bawi się aż za dobrze. Niby nie robi nic złego, bo tylko flirtuje i obejmuje się z inną, śmiejąc się i patrząc jej w oczy, bawiąc się jej włosami i zdejmując niewidzialny pyłek z sukienki.  Potem znikają gdzieś na jakiś czas. Niechcący zaczynam się zastanawiać, co by powiedziała na to jego partnerka, którą przecież znam i bardzo lubię. Nie jest dla mnie randomową osobą, którą widuję tylko na Facebooku, jednym z tysiąca zdjęć, do których nie mam żadnego stosunku.

Zastanawiam się,  jak ja bym się czuła na jej miejscu.

Źle. Bardzo źle. Byłoby mi kurewsko przykro.

Kiedyś zadzwoniła do mnie koleżanka:
– K, byłam w klubie i spotkałam wieczór kawalerski mojego kolegi. Tego, na którego ślub idziemy za tydzień. I widziałam, jak się całował z INNĄ laską! Co byś zrobiła na moim miejscu, no kurwa, przecież znam dobrze jego narzeczoną! Podeszłam do niego, by spytać, co jest grane, i był tak pijany, że ledwo mnie rozpoznał! I teraz siedzę w domu i nie wiem, co mam zrobić. CO MAM ZROBIĆ?

Odpowiedziałam, że też nie wiem. Ale pocieszyłam ją, że to nie jej wina, że to widziała. Nie byłam zbyt pomocna.

Inna sytuacja. Znów impreza, ale mogłoby się to wydarzyć gdziekolwiek i kiedykolwiek. Słowa, które słyszę, nie są przeznaczone tylko dla moich uszu, ale padają podczas filozoficznej, grupowej rozmowy, jakich wiele pod koniec przyjęć, gdy wszystkie powierzchnie płaskie są zajęte, a w misce z chipsami widać już dno.

Ona w którymś momencie mówi, że go kocha, ale chciałaby się jeszcze wyszumieć, poznać nowych facetów i uprawiać z nimi seks, zdobyć jeszcze kilka szczytów. Że ją znudził, ale z nim jest, bo nie chce jej się zaczynać wszystkiego od początku.

Zastanawiam się, jak ja bym się czuła na jego miejscu.

Źle. Bardzo źle. Byłoby mi kurewsko przykro.

Potem widzę ich wspólne zdjęcie na Facebooku. Uśmiechnięte twarze, oczy wpatrzone w siebie, splecione dłonie, deklaracje wiecznej miłości.Wiem, że to nie moja sprawa. Wiem, że ludzie są różni, że może mają otwarty związek, że miłość ma różną intensywność, że może to dla nich normalne, że powinnam się odpierdolić.

Ja się czuję z tym źle. Nie wiem, co mam z tym zrobić. Milczeć, udawać, że to się nie wydarzyło, czy podjąć jakieś działania? Nie nadaję się do wydawania kategorycznych sądów, co jest właściwe, a co nie. Znam obie strony, potrafię się postawić na ich miejscu, zrozumieć.

Chciałabym po prostu, by wszyscy byli szczęśliwi.

Więc jeśli chcesz – wypij o kieliszek za dużo, a potrzymam ci włosy nad umywalką i dam przed snem ibuprom; wyznaj przyjaźń wszystkim wokół, a rano cię zapewnię, że wszyscy czuli to samo; zbij w kuchni wino, a pomogę je posprzątać i opowiem anegdotkę, jak kiedyś rozbiłam cały stolik; ale proszę cię – nie stawiaj mnie w sytuacji, w której nie wiem, co myśleć.

Bo wtedy czuję się zagubiona.