O 11 usiadłam przed komputerem.
Toshiba, lekko podniszczona noszeniem luzem w torbie wraz z armią szminek, kluczy do mieszkań wszystkich krewnych i ostrymi ząbkami szczotki, migała w świetle jesiennego przedpołudnia zachęcająco. Naprawdę zachęcająco.

Prawie wystarczająco zachęcająco.
Z wrażenia, że mam napisać notkę na nową odsłonę bloga, zrobiłam się głodna. I zachciało mi się zakupów.  Przecież pisanie może poczekać, nie?

Przechadzając się wolnym krokiem po galerii handlowej, zastanawiałam się, o czym powinnam napisać. Przecież pierwsze słowa są najważniejsze. To na ich fundamencie staną wszystkie następne.
Co zrobić?
Zacząć od: „Hej, jestem taka podekscytowana…!”?
No bo przecież jestem.
Czy lepiej: „Napiszcie mi w komentarzach, o czym mam pisać”?
No bo przecież chcę to wiedzieć (tylko nie o włosach, nie tylko o włosach).
A może nie pytać, bo sama powinnam wiedzieć najlepiej?

Po nabyciu drogą kupna ceglastej szminki (zgodnie z prawami rządzącymi światem w sklepowym świetle wyglądała urzekająco, w domu dokładnie tak samo jak ta, którą kupiłam w zeszłym tygodniu), białej męskiej koszuli na wyprzedaży (polecam) i zrezygnowaniu z przytaszczenia do domu rozkosznego teriera, którego ktoś nierozważnie przywiązał do stojaka na rowery, doszłam do pewnego wniosku:
Może po prostu się przywitam?
Najprostsze rozwiązanie. Konrad mówi, że wszystko komplikuję, rozważając setki możliwych wersji.
Jeśli go posłucham bez gadania, to będzie drugi, może trzeci raz w życiu. Z bólem serca daję mu tę satysfakcję. To ja miałam być ta mądrzejsza, ale niech już będzie.

Witam!

A mogę witać, ponieważ jestem tu od wczoraj na równych prawach gospodarzem.

Co u ciebie słychać?
Napisz mi, bo trochę się wstydzę.
Sterczę tu sama przed wami.
Jak ta lama na zdjęciu ze stocka.