Ostatnio mam wszystkiego dość. Dość pogody, dość obowiązków i wstawania prawie że po ciemku. Dość płaszczy, szalików, zimowych pomidorów. Dość tego, że wciąż ktoś czegoś ode mnie chce. Dość tego, że nic mi się nie chce. Samej siebie najbardziej mam dość. I dościów też mam dość.

Też macie dość?
To ucieknijmy razem.

Przysłuchiwałam się ostatnio rozmowie Konrada z dawno niewidzianym znajomym, na którego natknęliśmy się pod pubem w walentynki. Wracaliśmy z kolacji, trzymając się za ręce, a on stał tam taki biedny, samotny, z odpalonym, zwisającym z ust papierosem, ale gębę miał niezwykle, jak na niego, roześmianą. 
– Słyszałem, że na wakacjach byłeś. – Konrad zaskoczył mnie swoim obeznaniem. Czyli jednak czyta statusy na Facebooku (a zawsze się upiera, że nie czyta).
– A byłem, byłem. I stary, słuchaj, tydzień w ciepłych krajach to dla takiego mnie poezja! Wyobrażasz sobie – wsiąść w samolot zimą, wysiąść z niego w dwudziestu pięciu stopniach, w hotelu wbijasz się w szorty, klapeczki, drink z palemką. Pierwszy raz coś takiego przeżyłem. Cudownie. Wracasz jak nowy, jak dopiero co wypchnięty z łona matki. Aż mi się chce teraz pracować, by zarobić na kolejne!
– No. Wtedy w tym kraju będzie normalnie, kiedy przeciętny człowiek mógł sobie zimą pozwolić na tydzień w ciepłych krajach, bez odejmowania sobie od ust niedzielnego burgerka i bez rezygnowania z cotygodniowych zakupów nie-w-dyskoncie – podsumował Konrad w charakterystyczny dla niego filozoficzno-sarkastyczny sposób, wydmuchując nosem dym i wpatrując się w zamyśleniu w szare jak zbuk późnozimowe niebo.

Wielu z nas tej zimy nie uda się uciec do ciepłych krajów jak temu roześmianemu koledze, który nie przestał się uśmiechać nawet wtedy, gdy papieros, który mu wypadł z ust prosto w rozmokły śnieg, okazał się ostatnim z paczki. Ale żeby uciec skutecznie, wcale nie trzeba uciekać daleko.

Uciekamy w książki, gry, filmy i seriale. Dotyk szorstkich kartek pod palcami, nikłe światło czytnika, znajoma chropowatość pada od konsoli, świetna czołówka z przyprawiającą o dreszczyk muzyką – i już nas nie ma na wiele godzin; stajemy się kimś innym, zostawiamy daleko za sobą ten pokój z niepościelonym łóżkiem, zaschnięte w zlewie naczynia, odpruty guzik od płaszcza, wypadające garściami włosy, reprymendę w pracy, wejściówkę, na której tylko się podpisaliśmy – te wszystkie drobne rzeczy, które razem sprawiły, że mamy dość. Przecież nie należą do nas, tylko do kogoś, kto pozostał za nami w tyle, w innej rzeczywistości.

Uciekamy w imprezowanie. Nie możemy doczekać się kolejnego piątku, przyjemnego szumu w głowie, kolejnych kieliszków wódki, wypitego jednym haustem piwa i wzięcia się za drugie, otrzymane od barmana w promocji „Kupujesz jedno, barman stawia drugie”. Można się dwa razy mocniej urżnąć za tę samą kasę i dzięki temu szybciej zapomnieć o poniedziałkowym dedlajnie i chorym kocie. Czyż to nie raj?

Najczęściej jednak uciekamy w narzekanie. Nawijamy (albo piszemy w statusie na Facebooku – wszak internet jest doskonałym miejscem do tego, by napisać, że nasz szef jest głupi) udręczonym tonem każdemu, kto poświęci nam odrobinę uwagi: a to, że jesteśmy tacy zmęczeni, a to że nie mamy na nic czasu, ta łajza zajechała mi drogę, a to ja miałem pierwszeństwo, szef się nie zna, wszyscy w pracy to debile, chociaż dziś ten informatyk Mietek to mi bardzo pomógł, ale cała reszta to debile, że znów przeziębienie, że głowa boli, bo za mało słońca, a skóra się zrobiła jakaś taka szarawa,

i tylko zimno i pada, zimno i pada
na to miejsce na środku Europy…

A gdyby tak – po prostu uciec? Zrobić sobie jeden, jedyny dzień przerwy, by pobyć samemu ze sobą lub z ukochaną osobą, lub z przyjacielem, z którym się dawno nie widzieliśmy, bo on pracuje w godzinach, w których ty co najwyżej przewracasz się na drugi bok i ściągasz z kogoś kołdrę, bo poza łóżkiem piździ złem; pobyć tylko dla siebie, trochę dalej od miejsca swojej codzienności niż wynosi droga do pracy i z powrotem?
Może to być dzień weekendu, sobota najlepiej (bo niedziela to przecież już jakby poniedziałek). Może to być święto wolne od pracy. Może to nawet być normalny, pracujący dzień, o ile mamy odłożony jakiś urlop. Gdy chodziłam jeszcze do gimnazjum, bardzo rzadko zdarzało mi się nie być w szkole, więc gdy mogłam z jakiegoś powodu obejrzeć sobie w powszedni dzień „Chojraka, tchórzliwego psa” na Cartoon Network o 13, czułam się naprawdę niezwykle. Robiłam coś innego, co nie było mi dostępne na co dzień. I od razu czułam się lepiej. Wolny dzień w środku tygodnia, gdy inni pędzą do pracy czy na uczelnię, właśnie tak działa. Czujesz się lepiej, inaczej, niezwykle.

Jakikolwiek to nie jest dzień, możesz wybrać, cokolwiek zechcesz, niekoniecznie spanie do południa, granie, oglądanie seriali czy czytanie. Rusz się z domu. Możesz obejrzeć wschód słońca o bezbożnej porze, w ciepłej kurtce, owinięty szalikiem po oczy i w grubej czapie, bo o bezbożnych porach zawsze jest zimno. Gdzieś na środku pola za miastem. Możesz wyruszyć dokądś o 5 rano, zabrać ze sobą do samochodu herbatę w termosie i kanapki z tym, co akurat było w lodówce, zawinięte naprędce w papierowe serwetki, bo folia spożywcza skończyła się tydzień temu, a nie miałeś siły, by zapisać jej brak na lodówce. No i niech będzie, weź do tych kanapek zimowe pomidory, niech też mają coś ze swojego nie dość czerwonego i nie dość pomidorowego życia. Możesz wówczas odwiedzić małe, senne miasteczko, do którego wcale nie jest tak daleko, a z którym wiążą cię wspomnienia, bo może tam się wychowałeś. Na tym krawężniku wybiłeś sobie pierwszego mleczaka (ale było krwi!), tędy goniła cię ta straszna pani z miotłą, w tym małym okienku miły pan sprzedawał lody w gałkach za 40 groszy  i zarazem prowadził wypożyczalnię wideo, a na ten przystanek odprowadzałeś w niedzielny wieczór starszą siostrę i trochę popłakiwałeś, bo jechała do szkoły i miałeś jej nie widzieć przez całe długie pięć dni. Może to być jakiekolwiek małe miasteczko, nawet to, przez które często przejeżdżamy, ale nigdy się w nim nie zatrzymujemy. Z perspektywy pieszego może się wydać całkiem odmienne. Pada i jest buro? Wybierz sobie dziwną trasę pociągiem w kierunku, w którym się nigdy nie jeździ (ja na przykład zawsze jeżdżę z Olsztyna w lewo. Zawsze. Na prawo to się pewnie tory kończą, a psy wcale nie szczekają, tylko miauczą). Usiądź przy oknie z muzyką na uszach, spoglądaj przez okno. Przypatruj się kroplom deszczu, które spływają po szybie, łączą się w coraz większe strugi i ścigają do zakurzonej ramy okiennej. Kiedy ostatni raz to robiłeś? Kiedy znalazłeś na to czas?

Właśnie dlatego nadeszła ta pora. Jesteśmy na przednówku wiosny, zmęczeni już zimą po same koniuszki, i lada chwila rozkwitniemy nowymi pomysłami, odkryjemy w sobie nowe pokłady energii i będziemy planowali nowe rzeczy. Utopimy się w wiosennej euforii. Czy gdzieś pośród tego znajdziemy czas na przerwę? Czas, by chwilę pomyśleć? Albo więcej – by chociaż przez chwilę nie myśleć?
Dlatego to jest ostatni dzwonek. Właśnie teraz. U kresu twojej wytrzymałości.

Zrób to dla siebie.
Zrób sobie dzień przerwy.