Dzięki wam miałem przez dłuższy czas spokój. Przez ostatnie pół roku K wytrwała przy jakiejś farbie naturalnej. Kolor był ładny, włosy (podobno) zdrowiały, a i z farbą nie było problemu, bo zamawiała do apteki i wystarczyło zajechać, kiedy przyszedł sms.

Niestety, sielanka nie trwa wiecznie. W sumie sam jestem sobie winien.
– Co dzisiaj na obiad?
– Może pojedziemy do chińczyka?
– W sumie kaczkę to bym zjadła.
– Ty jesteś jak kaczuszka.
– ?
– No masz włosy jak kaczuszka.
-MAM ŻÓŁTE WŁOSY!?
Na nic się nie zdadzą tłumaczenia, że takie miękkie. Nie wytłumaczę, że kaczuszki nawet nie są takie żółte, że przecież wie, bo widziała. Postanowione. Ja jestem draniem, a ona farbuje włosy.
I przez kilka dni nie miałem dziewczyny. Nie żeby się obraziła i nie odzywała. Godziny szukania, czytania blogów, wizażu, porównywania. I co gorsza konsultowania ze mną. W końcu jest. Znalazła wymarzony odcień. Nawet ja wiem, że to drogeryjna marka i nie powinno być problemu.
O takiego, cwaniaczku!
10 drogerii! 10 drogerii jednego dnia. To się po prostu w pale nie mieści. Wszędzie oczywiście firma jest, odcienia nie. A księżniczki żaden inny nie zadowoli. 10 drogerii. W upał i duchotę. W samochodzie bez klimatyzacji. Bez porannej kawy. Po kiepskim „Kac Vegas III”. Zjeździłem 10 drogerii, bo ona musi pofarbować włosy. A to wszystko przez kaczuszki.
Trzymajcie kciuki. Przy odrobinie szczęścia wyjdą zielone. Zemsta będzie okrutna.